Nie jestem Jamesem Bondem – wywiad z Markiem Strongiem

6 minut czytania
450
0
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
14 kwietnia 2018
©20th Century Fox

Zagrał już chyba wszystko, co było do zagrania, na ekranie i na teatralnej scenie. Brytyjski aktor Mark Strong to od lat jedna z najbardziej zapracowanych osób w branży filmowej. Obecnie można go oglądać w szpiegowskim serialu „Deep State”, którego emisja ruszyła 9 kwietnia na kanale Fox. My mieliśmy okazję porozmawiać z nim na planie pod Casablancą.

Bartek Czartoryski: Maroko dobrze cię traktuje?

Mark Strong: Świetnie, bo można tu robić rzeczy, których nie moglibyśmy zrobić nigdzie indziej. Z całym szacunkiem, ale to gotowy plan filmowy, możemy kręcić praktycznie wszystkie nasze sceny na ulicach, nie na zielonych ekranach czy w halach magazynowych, a to odświeżające. Jest oczywiście gorąco, kurzy się straszliwie, ale pracujemy z niesamowitymi ludźmi, którzy, mimo Ramadanu, dają z siebie wszystko, a przecież chodzą głodni, nie mogą sobie zapalić. Niezwykłe.

Przed chwilą patrzyłem na scenę akcji, którą kręciliście. Często wyręczasz się kaskaderami?

Naprawdę chciałbym wszystko robić samemu, ale wystarczy nadepnąć na zardzewiały gwóźdź albo się pośliznąć i wszystko bierze w łeb, cała produkcja staje, a to, po prostu, byłoby nieodpowiedzialne. Telewizja kręci szybko i przestoje są bolesne dla całej ekipy. Lubię taki system pracy, lubię działanie. Nie znoszę siedzieć pół dnia z założonymi rękami i czekać na swoją kolej.

Chcesz przez to powiedzieć, że wolisz mały ekran od dużego?

Niekoniecznie, ale telewizja ma to do siebie, że dobry scenariusz jest nieodzowny, bo jak fabuła nie jest interesująca, ludzie przełączą kanał i już. Kino to coś zupełnie innego, trzeba przyciągnąć uwagę na dwie godziny, a jak ktoś już raz usiądzie w fotelu, to raczej tam zostanie do samego końca seansu. Otrzymuję naprawdę dużo propozycji i mam w czym wybierać. Zdecydowałem się na „Deep State” nieprzypadkowo, bo to kawał fabuły, zdolnej przykuć odbiorcę na długie godziny.

Jesteś zapracowanym człowiekiem, a serial wymaga od ciebie dyspozycyjności na długie tygodnie. Podejrzewam, że niełatwo jest jednak podobną decyzję podjąć.

Faktycznie, kiedy ma się rodzinę i może robić tylko pełne metraże, czyli mieć kilka tygodni dni zdjęciowych raz na kilka miesięcy, jest to kusząca możliwość. Choć tuż przed tym serialem kręciłem film, który zajął mnie na sześć tygodni, wtedy już musisz się zastanowić, bo to duża decyzja. Ale „Deep State” było najciekawszym scenariuszem, jaki otrzymałem, łącznie z filmowymi. Nie mogłem odmówić. Bo jeśli projekt jest tak ciekawy, jak ten, szkoda zrezygnować.

Mark Strong (fot. Siebbi, CC BY 3.0, via Wikimedia Commons)

Jakim szpiegiem jest twój bohater, Max?

Starym! Jednym z najlepszych, ale emerytowanym. Nie chce już dłużej być szpiegiem, bo ma rodzinę i inne sprawy na głowie. Ale okoliczności zmuszają go do powrotu. Po dziesięciu latach przerwy ma zupełnie inne spojrzenie na tę pracę, inną etykę, pojęcie moralności. Jest starym wygą ze sporym bagażem, bo jego praca zrujnowała mu życie i odcięła od poprzedniej rodziny, a teraz, kiedy znowu ułożył sobie życie, ponownie go wsysa. Próbuje być kimś innym, lecz musi zrobić swoje, bo jego bliscy są zagrożeni. Co usprawiedliwia według niego wszystkie działania, jedyne, czego chce, to powrócić do rodziny i wydostać się ze świata, który uznaje za połamany. Mieszka we Francji, ale zostaje poproszony przez Sekcję, grupę ludzi z MI6 i CIA oddelegowanej do operacji specjalnych, o wykonanie ostatniego zadania. Nie ma wyjścia, musi je przyjąć, choć nie chce.

Czyli nie jest Jamesem Bondem?

Bond ma swoje wymyślne gadżety i cięte riposty, my prezentujemy analogowy świat szpiegowski, z jego krwią i potem. Bo to ciężka, brudna robota. Szpiedzy dzisiaj już coraz rzadziej pracują w terenie i mają ze sobą do czynienia, sporą część sprawy załatwiają drony i komputery. My prezentujemy inny aspekt tej pracy, w którym kontakt międzyludzki jest nadal szalenie istotny.

Wymaga również pewnego wyrzeczenia się swojego dotychczasowego życia.

Trudno mi pojąć, jak można prowadzić podwójne życie, nie mieści mi się to w głowie. Pamiętam sprawę pewnej demonstrantki, z którą związał się policjant pod przykrywką. Mężczyzna ten miał rodzinę, żonę i dzieci, a przez kilka lat spotykał się z tą dziewczyną, zdobył jej zaufanie. Nie mam pojęcia, jak to możliwe nie tylko logistycznie, ale i emocjonalnie. I jako Max musiałem się zastanowić, co bym zrobił w podobnej sytuacji, jak bym się wtedy zachował. Bo praca szpiega to nie bieganie po dachach i strzelanie. Szpiedzy zapewne ślęczą nad papierkami więcej niż ja!

Czy „Deep State” porusza bieżące kwestie dotykające brytyjskiej polityki? Brexitu?

Nie, nie za bardzo. Nie wydaje mi się, aby pisano scenariusz z myślą o polityce jako takiej, raczej chodzi o ogólne zagadnienie działań świata zachodniego na Bliskim Wschodzie, o tym, czego wszyscy doświadczamy po konflikcie w Iraku. Ale nie komentujemy brytyjskiej polityki per se, nie.

Na pierwszym planie Mark Strong jako Merlin w filmie „Kingsman” (©20th Century Fox)

Grasz dużo, niektóre twoje filmy trafiają od razu do telewizji albo, co jest coraz częstszą praktyką, do oferty platform streamingowych. Czy sprawia ci to, jako aktorowi, różnicę?

Nie obchodzi mnie to aż tak bardzo, bo jednak taki Netflix ma, jak mi się wydaje, osiemdziesiąt milionów subskrybentów na świecie, czyli szanse, że ktoś zobaczy mój film są często większe niż  przy dystrybucji tradycyjnej. Poza tym moje dzieci oglądają czasem coś na swoich komórkach, sam tego nie rozumiem, bo filmy kręci się na duże ekrany, lecz tak się dzisiaj dzieje. I póki konkurencja między streamingiem i kinem jest zażarta, dzieje się to z korzyścią dla odbiorcy. Rzecz jasna brakowałoby mi kina, gdyby nagle wyparowało, ale chyba znajdzie się miejsce dla wszystkich.

Powrócisz jeszcze do kina superbohaterskiego? Dzisiaj to ono przyciąga do kin tłumy.

Trudno powiedzieć, bo nigdy nie planuję kolejnego ruchu, uważam, że aktor o swojej karierze może opowiadać jedynie, patrząc na nią z perspektywy czasu. Nie traktuję podejmowania decyzji jak szachowej partii, nie myślę, że jeśli przyjmę tę rolę, to potem będę mógł zrobić to i to, wtedy człowiek może oszaleć. Powiem tak, jeśli przyjdzie oferta porządnej roli superbohaterskiej, nie mam powodu, żeby jej nie przyjąć. Kiedyś sporo ich dostawałem, szczególnie role złych postaci i pytano mnie, czy powinienem się w to pakować, bo zostanę zaszufladkowany. Ale to tak nie wygląda, mody przechodzą. Bezpośrednio przed serialem zagrałem dwie zupełnie różne role.

Nadal kręcą cię czarne charaktery?

O tak, ale z czasem perspektywa się trochę zmienia. Kiedy byłem młodszy, delektowałem się tym mrokiem i złem, lecz po latach, gdy mam obok siebie rodzinę, coraz częściej zadaję sobie pytanie, czemu to wszystko służy. Rola czarnego charakteru musi być interesująca, złożona. Zresztą nie uważam, że są ludzie źli od urodzenia i jeśli są tacy, jacy są, to musi istnieć ku temu jakiś powód.

Prócz znakomitych rzeczy, trafiały ci się filmy, powiedzmy, nie najlepsze, co jest, jak mi się wydaje, stałym ryzykiem, gdy gra się tak dużo, jak ty.

Nikt nie przychodzi do roboty, myśląc, że coś nie wypali. Zawsze bierze się rolę z myślą, że to będzie coś dużego. Dlatego aktorstwo jest interesujące. Dlatego nadal robię to, co robię!

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury. Prowadzi fanpage Kill All Movies.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Film

Mateusz Kościukiewicz: “Twarz to element ciała bezpośrednio związany z oceną, jakiej jesteśmy poddawani”

Mateusz Kościukiewicz, odtwórca głównej roli w filmie "Twarz", opowiada nam o niezwykłym doświadczeniu grania w masce, o tym na ile film jest oparty na prawdziwej historii oraz o pomocy, jakiej ekipie filmowej “Twarzy” udzieliła Metallica.
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
10 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ