Nie ma nic złego w byciu snobem (pod pewnymi warunkami)

4 minuty czytania
1054
2
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
23 kwietnia 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Po zapowiedzi nowej brytyjskiej aplikacji randkowej Toffee, słowo “dyskryminacja” jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Dostęp do niej mają mieć tylko absolwenci prywatnych uczelni. Czy miejsca dla wybranych to nowy trend? Przecież to żaden snobizm, a czysta nauka!

W tym samym czasie na stronach Gazeta.pl  toczy się dyskusja “Klasa średnia się grodzi”. Grzegorz Sroczyński grzmi, że elity, w tym elity polityczne, zamknięte za bramami kondominiów, stopniowo odklejają się od rzeczywistości i nigdy nie mają szansy wygrać z populizmem. Że tej różnorodności PRL-u nie udało się już nigdy więcej powtórzyć, a wówczas było sprawiedliwie, bo – jak w “Alternatywy 4” – na tym samym piętrze mógł mieszkać ordynator i salowa, woźny i profesor. I wszyscy musieli się mierzyć z tą samą szarą rzeczywistością.

Lemingi się izolują

Tymczasem dziś – pisze publicysta – polskie elity masowo uciekają do lepszych dzielnic, porzucając dotychczasowych sąsiadów w ich komunalnych mieszkaniach. Przenoszą się choćby na warszawski Wilanów, przechadzają po identycznych uliczkach i prowadzą miałkie rozmowy w bliźniaczych kawiarniach w stylu scandi, koniecznie kids friendly. Ot, tacy ludzie bez właściwości.

Może to i prawda, ale po pierwsze latte z sieciówki daleko do ośmiorniczek popijanych Dom Perignon, a mieszkanie na kredyt na zamkniętym osiedlu to z pewnością żadne Bizancjum. Im więcej czytam opisów tych enklaw rzekomego bogactwa, tym bardziej widzę w nich ludzi którzy po prostu próbują żyć swoim życiem, gdzie jest mniej lub więcej konsumpcji (ich sprawa), ale i pragnienie spokoju i przewidywalności. Chcą czystych klatek schodowych, infrastruktury na poziomie. Chcą znajomych w podobnym wieku i z podobnego kręgu społecznego. Uciekają za to od opieszałej administracji, problematycznych sąsiadów i zasyfionych trawników. Nikogo nie można zmusić do przyjaźni, odpowiada Sroczyńskiemu socjolog Janusz Majcherek, sugerując, że przedstawicieli innych grup społecznych, możemy spotykać na placach zabaw czy w centrach handlowych. No ale przecież sferę prywatną państwo stara się nam coraz dokładniej ułożyć.

Dlatego tak, lemingi przenoszą się do lepszych dzielnic a będzie się to działo tak długo jak o wyborze przestrzeni decyduje cena za metr, bliskość szkół i znośna komunikacja. Ale też coś niewymiernego: aspiracje i chęć przynależności do pewnej grupy. Ludzie lgną do podobnych sobie i nikt nie może im tego zabronić.

High class swipuje tylko swoich

Z Toffee, aplikacją randkową dla klasy wyższej, jest w gruncie rzeczy podobnie. Przypomnijmy: aby się w niej zarejestrować trzeba być absolwentem jednej z prywatnych uczelni w Wielkiej Brytanii lub w USA – spełnia ten wymóg ok. 7 proc. Brytyjczyków. Pomysł, by parować ludzi o podobnych przekonaniach i doświadczeniach nie jest niczym nowym. Weźmy polski portal dla praktykujących katolików Przeznaczeni.pl, czy kilka aplikacji tylko dla Żydów-singli (jak JSwipe).

Ale elitarny charakter Toffee wystarczył, by wylała się fala goryczy. Bo tworzy zamkniętą społeczność, w której jedynym wymogiem są pieniądze rodziców. Bo pogłębia podziały, które już istnieją. A przede wszystkim, bo utrwala klasowość, na którą Brytyjczycy są uczuleni. “Mam poczucie, że ci z prywatnych szkół i tak trzymają się razem, więc do czego właściwie mieliby potrzebować tej apki?” mówi 23-letnia Claire dziennikowi Independent.

Ale dlaczego nas to wszystko oburza? Toffee opiera się przecież na naukowej tezie, że ludzi podobnych sobie bardziej lubimy i postrzegamy jako bardziej atrakcyjnych. To fakt, że idealnego partnera szukamy wśród osób z tego samego kręgu społecznego, z którymi łączy nas wykształcenie, ale też wspólne doświadczenia z tej edukacji, poziom dochodów, zainteresowania i życiowe cele. To działa nie tylko w miłości – już w 1970 r. badacze Byrne i Clore stwierdzili, że towarzystwo podobnych do nas osób dostarcza nam wsparcia dla własnych przekonań. Innych mimowolnie oceniamy gorzej.

Przeciwieństwa się nie przyciągają

Z kolei teoria na temat przyciągania się przeciwieństw była wiele razy podważana w psychologii społecznej i zaliczana raczej w poczet ludowych mądrości. Obalają ją również Scott O. Lilienfeld, Steven Jay Lynn, John Ruscio i Barry L. Beyerstein w swojej książce „50 wielkich mitów psychologii popularnej”. Ale jednocześnie przyznają, że przekonanie o sile działania przeciwieństw – zwanej w psychologii jako komplementarność – w naszej kulturze trzyma się mocno. Aż 77 proc. studentów przebadanych przez psycholog Lynn McCutcheon deklarowało, że miłość opiera się właśnie na przeciwieństwach. Mowa o cechach osobowości, ale też o wartościach, życiowych doświadczeniach, poglądach.

Spójrzmy na przykłady z życia: Katarzyna Groniec, opowiadała w kwietniowym Twoim Stylu, jak tworzy szczęśliwy związek ze “swoim inżynierem”, człowiekiem zupełnie spoza świata show businessu, ale to raczej rzadki przypadek w tym środowisku. Z reguły tym co łączy partnerów jest gotowość do wystawienia swojego życia na pokaz. George Clooney miał poznać swoją żonę Amal przez profesjonalną agencję swatającą celebrytów. W początkach związku Księcia Williama i Księżnej Kate również nie było wielu bajkowych akcentów. Księżna Kate, mimo że bez tytułu szlacheckiego, pochodzi z majętnej brytyjskiej rodziny i nie ma nic wspólnego z Kopciuszkiem. Jej pojawienie się na Uniwersytecie w St Andrews również nie było przypadkowe – mówi się, że rodzice przenieśli ją na prestiżową uczelnię, by znalazła się na tym samym roku z Williamem.

I pewnie w tej ostatniej historii brakuje romantycznego wydźwięku, takiej wisienki na torcie. Ech, gdyby tylko Kate Middleton była dziewczyną z gminu, a ich związek mógł być symbolem społecznego miksu. Ale może wprost przeciwnie, nie mamy prawa dziwić się ludziom, którzy chcą grać w swojej lub wyższej lidze? Nie czarujmy się, “miejsca dla wybranych” były i zawsze będą powstawać, a brakuje ich tylko w wizjach społecznych utopistów.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

 

Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
Śledzi trendy i fenomeny zza zawodowych, marketingowych okularów. Ogląda bloki reklamowe i zdarza jej się przy tym pochlipywać. Lubi czytać historie brandów, które poniosły porażkę, a szczególnie jeśli się po tym podniosły. Inspirują ją ludzie, którzy przy śniadaniu wpadli na pomysł, o którym rok później mówił już cały świat. Obecnie pełnoetatowa Matka-Polka.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

2 odpowiedzi na “Nie ma nic złego w byciu snobem (pod pewnymi warunkami)”

  1. Kate JEST dziewczyna z gminu. Brak tytułu szlacheckiego jest w Wielkiej Brytanii dużo ważniejszy w tym przypadku niż pieniądze jej rodziców, lub ich brak. Polska nie jest społeczeństwem klasowym w tym sensie, dlatego może nam się wydawać ze to szczegół. Ale ich związek to jest prawdziwy mezalians w oczach całej brytyjskiej arystokracji.

    • Zechcesz łaskawie podać choć jedną wypowiedź brytyjskiego arystokraty wyrażającego dezaprobatę dla związku Kate Middleton z księciem Williamem?

      Gwoli ścisłości, Kate nie JEST z gminu. Jej oficjalny tytuł to od 2011 Jej Królewska Mość Księżna Cambridge. Ród Middletonów koneksje z rodziną królewską miał przynajmniej od lat 20 ubiegłego wieku, a protoplasta rodu, wpływowy prawnik z Leeds William Middleton posiadał, niski co prawda, ale szlachecki tytuł esquire (odpowiednik pruskiego junkra, albo austrowęgierskiego edlera).

      Przynajmniej od czasów rozwodu księżnej Diany z Karolem monarchia brytyjska odchodzi od usztywnionych konwenansów klasowych i błękit swojej krwi ożywia tą czerwieńszą, żeby nie skończyć jak ci Habsubrgowie z prognatycznymi żuchwami. Obecna małżonka Księcia Walii, Kamila Księżna Kornwalii, to córka ‚zaledwie’ oficera brytyjskiej armii i wnuczka trzeciego barona Ashcombe, posiadacza nuworyskiego tytułu arystokratycznego utworzonego dopiero w 1892 r. a więc długo po ustaleniu parażu Wielkiej Brytanii w przeciągu XVIII w. W porównaniu z rodowodem Diany z rodu Spencerów (założonego w 1469) to kundlica przecież.

Dodaj komentarz

Zobacz też

“Wyglądasz jak wyrzygany ryż” – jak działa klubowa selekcja nienaturalna?

Zapraszasz dziewczynę do klubu na randkę, a w drzwiach mówią ci, że ona owszem, ale ty się nie nadajesz. Odbicie się od bramki to największa potwarz w imprezowym światku.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
28 grudnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ