To nieprawda, że każdy tu ma broń i wysokie ogrodzenie, żeby uniknąć napadu. W RPA żyje się normalnie

13 minut czytania
2527
3
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
15 kwietnia 2018

„Zjeździłam RPA wzdłuż i wszerz. Dotarłam również do dzielnic zamieszkanych przez czarnoskórych, które uchodzą za najbardziej niebezpieczne. Nigdy nie spotkało mnie nic złego. Nie rozumiem, skąd bierze się zły wizerunek tego kraju”, mówi Sylwia Polańczyk, Polka, która od 27 lat mieszka w RPA, gdzie prowadzi biuro podróży.

Edyta Ochmańska: RPA ma kiepską reputację światowej stolicy przestępczości. Nie jest to też kraj, który przychodzi jako pierwszy do głowy, gdy planujemy podróż. Jednocześnie dla niektórych to wymarzone miejsce do życia. Martyna Wojciechowska, która zwiedziła pół świata, na pytanie, gdzie by chciała mieszkać, odpowiedziała: w Kapsztadzie.

Sylwia Polańczyk: Mieszkam od 27 lat w Kapsztadzie (Cape Town), czyli w najstarszym, a zarazem najpiękniejszym mieście w RPA. Zjeździłam ten kraj samotnie wzdłuż i wszerz. Mój samochód dotarł również do dzielnic i regionów zamieszkanych przez czarnoskórych, które uchodzą za najbardziej niebezpieczne. Nigdy nie spotkało mnie nic złego. Wręcz przeciwnie, kiedy potrzebowałam pomocy, to bardzo często właśnie czarni mi pomagali. Nie rozumiem, skąd ten zły wizerunek RPA. Oczywiście jest tu przestępczość, kradną, napadają, ale podobnie jest w wielu innych krajach i na innych kontynentach. Generalnie cały świat zrobił się bardziej  niebezpieczny. A tu żyje się po prostu normalnie.

Sylwia i afrykańskie słonie

Może RPA ma słaby PR?

Wydaje mi się, że w wielu przypadkach to czarny piar. Media często przedstawiają RPA w złym świetle, wyolbrzymiają pewne sprawy. Sławna aktorka Charlize Theron, która stąd pochodzi, jest ambasadorką swojego kraju na świecie i próbuje ocieplić ten niezasłużenie zły wizerunek. Przekonuje, że RPA to najbogatszy i najbardziej cywilizowany kraj Afryki, a kwestię przestępczości bardzo się demonizuje. Ja się z nią zgadzam.

Mówi się, że prawie każdy mieszkaniec RPA ma w domu broń, a co druga osoba – psa obronnego. Dbałość o bezpieczeństwo przeradza się w paranoję, im wyższe ogrodzenie, tym lepiej.  

To nieprawda. Ja na przykład nie mam broni. Mam psa, ale wcale nie należy do obronnych. Mieszkam w dzielnicy domków jednorodzinnych. Biegamy z mężem o pierwszej w nocy, bo wtedy nie ma ruchu na ulicach. Mam wysokie ogrodzenie, lecz nie dlatego, że się boję, ale po to, by zachować prywatność, gdy np. pływam w swoim basenie lub się przy nim opalam. Od czasu do czasu włamią się do jakiegoś domu, ale nie jest to nagminne, tak jak pokazują media. Są dzielnice, w których nie powinno się spacerować po zmroku, ale w każdym dużym mieście na świecie są przecież takie miejsca. Na plaży w Kapsztadzie nikogo nie napadają i nie rabują, tak jak to bywa np. na plażach w Ameryce Południowej. Zdarzają się również kradzieże samochodów. Ukradziono mi dwa, ale na szczęście były ubezpieczone.

Tutaj żyje się stosunkowo łatwo, pamiętając o kilku podstawowych zasadach, m.in. o zamykaniu drzwi i bram oraz samochodu w garażu na noc lub parkowaniu w bezpiecznym miejscu. Za czasów apartheidu każdy mógł mieć tyle broni, ile chciał. Potem wprowadzono przepis, który pozwala na posiadanie tylko jednej sztuki.

Niektórzy twierdzą, że zbyt liberalne prawo przyczyniło się do zabójstwa, jakiego dokonał słynny niepełnosprawny biegacz Oscar Pistorius. Zawsze trzymał broń przy łóżku, bo bardzo bał się napadu. Jego obrońcy twierdzili, że żył w poczuciu ciągłego zagrożenia, jak wielu mieszkańców RPA. Kiedy usłyszał, że ktoś się skrada w łazience,  strzelił na oślep. Potem okazało się, że zabił swoją dziewczynę.

Przepisy południowoafrykańskie są tak skonstruowane, że chronią bardziej przestępców niż zwykłych ludzi. Dlatego tutaj zazwyczaj strzela się nie po to, żeby postrzelić, tylko po to, by całkowicie odstraszyć napastnika.

Piękne, rzadkie i zagrożone

Nieprecyzyjnie sformułowane przepisy sprzyjają też popularyzowaniu barbarzyńskiej rozrywki, jaką jest polowanie na lwy na ograniczonym terenie, w tym również na białe lwy, które są zagrożone wyginięciem.

W RPA są prywatne farmy takich lwów. Farmerzy hodują je do odstrzału: robią im zdjęcia, a potem zamieszczają na stronie internetowej. Za jej pośrednictwem można konkretnego lwa wybrać i zapłacić za odstrzał. Bardzo wielu zamożnych ludzi chce mieć niepowtarzalne trofea myśliwskie. Lew z hodowli nie ma skaz, np. w postaci zadrapań na skórze, tak jak dziki. Zainteresowani przyjeżdżają do RPA, a wybranego lwa przemieszcza się na zamknięty teren, aby go było łatwiej odstrzelić. Jest to proceder niezwykle barbarzyński i kosztowny. W cenie są szczególnie właśnie białe lwy.

Przez ludy afrykańskie białe lwy są uznawane za zwierzęta święte. Nauka nie traktuje ich jako osobnego gatunku. Za ich białą sierść, brak pigmentu w skórze i we włosach, ale nie w tęczówkach oczu, jest odpowiedzialny gen recesywny. Nie jest to więc objaw albinizmu, lecz leucyzmu.

Powszechnie wierzy się, że lwy pochodzą z Timbavati, czyli regionu położonego obok parku Krugera. Pierwsza udokumentowana obserwacja białych lwów odbyła się w 1930 roku. Jednak po raz pierwszy opinia publiczna dowiedziała się o nich dopiero w latach 70. XX wieku. Wtedy właśnie strażnik tego parku  natknął się na trzy białe lwiątka.

W Hollywood krążą pogłoski o pracy nad filmem o Lindzie Tucker, słynnej działaczce na rzecz ochrony białych lwów. W czasie jej pobytu w Parku Narodowym Krugera wydarzyło się coś trudnego do wytłumaczenia.

Linda pochodzi z RPA. Była modelką i studiowała w Anglii. Kiedyś przyjechała do parku Krugera ze znajomymi na nocne safari. W środku buszu zepsuł im się samochód, który otoczyło stado lwów. Wiedząc, że polują one właśnie w nocy, uczestnicy safari byli przygotowani na śmierć, ale nagle w środku afrykańskiego buszu pojawiła się starsza kobieta z dzieckiem. Przeszła spokojnie wśród stada dzikich lwów i nieoczekiwanie jej obecność je ukoiła. Po chwili odeszły. Linda Tucker dowiedziała się później, że była to znana lokalna szamanka uważana za obrończynię lwów. Owa szamanka powiedziała, że na nią czekała, bo przeznaczenie Lindy to walka o ten gatunek, a szczególnie o ocalenie dla potomności rzadkich białych lwów. Modelka uwierzyła, że została wybrana, bo w dzieciństwie miała sny o lwie, który, jak sądziła, chciał ją zaatakować. Szamanka wytłumaczyła jej, że zwierzę wcale nie zamierzało zaatakować, tylko próbowało nawiązać z nią kontakt. Wyjawiła też, że urodzi się biała lwica, którą Linda uratuje z niewoli. I rzeczywiście tak się stało.

Vuyo, sangoma, przyjaciółka Sylwii

Szamanka, która odnalazła Lindę, była sangomą. Co to oznacza?

W RPA tak właśnie mówi się na szamanów. Mają oni umiejętności uzdrowiciela i afrykańskiego psychologa, a może nawet psychiatry. Są bardzo szanowani i odgrywają ważną rolę społeczną. Są też uznawani przez przedstawicieli medycyny konwencjonalnej, nikt nie nazywa ich szarlatanami, tak jak to bywa w Polsce.

To trochę zielarz, trochę egzorcysta, trochę lekarz, trochę ksiądz – wszystko w jednym. Leczy katar i choroby psychiczne, ma widzenia i nawiązuje kontakt z duszami przodków. Wypędza złe duchy i koi złamane serca. Do sangomów chodzą politycy i dyrektorzy firm, a także sprzątaczki. Aby zostać sangomą, nie potrzeba żadnych wyuczonych kwalifikacji – trzeba mieć jedynie powołanie, o którym kandydat na szamana dowiaduje się od przodków, najczęściej w snach. Powszechnie wiadomo, że swojego sangomę miała każda afrykańska reprezentacja podczas mundialu w 2010 roku. Zanim oficjalnie otwarto stadion Soccer City, też poświęcili go szamani.

Afrykańscy szamani stosują różne dziwne praktyki, nie gardzą lewatywą i prowokują wymioty. To forma oczyszczenia organizmu. Korzystała pani z ich usług?   

Kiedyś obsługiwałam grupę lekarzy, którzy przyjechali z Polski na spotkanie z sangomą, żeby zbadać właściwości stosowanych przez nich preparatów. Pamiętam, że wtedy byłam  bardzo przeziębiona. Uzdrowiciel dał mi proszek z ziół do wdychania – myślałam, że się uduszę, bo tak zaczęłam kaszleć. Ale gdy kaszel ustał, wszystkie przypadłości przeszły, poczułam się jak nowo narodzona. Byłam też świadkiem wyleczenia z uciążliwej migreny. Niegdyś w rezerwacie przyrody jedna z moich lokalnych koleżanek poprosiła rangera, czyli przewodnika po afrykańskim buszu, żeby nazbierał suchych kup słoni dla jej koleżanki, która cierpi na migreny. Odwiedziła wszystkich możliwych lekarzy i żaden nie potrafił jej pomóc. Dopiero sangoma poradził, aby spaliła kupy słonia i wdychała dym. Ponoć jej to pomogło. Podobnie było z polskim turystą, który miał takie migreny, że mdlał kilka razy dziennie. Namówiliśmy go do zastosowania tego samego panaceum. Kiedy po długotrwałym wdychaniu wrócił do hotelu, zwymiotował, a następnie poczuł się całkowicie zdrowy. Prawdopodobnie rośliny, które jedzą słonie i których niestrawione resztki znajdują się w ich odchodach, mają lecznicze właściwości.

Mieszkańcy RPA uwielbiają przyrodę i dzikie zwierzęta. Często jeżdżą na safari, najchętniej do prywatnych rezerwatów, w których można stanąć oko w oko z żyrafą lub słoniem.  

W RPA są parki narodowe takie jak słynny park Krugera, ale są też prywatne rezerwaty. Odróżnia je to, że w państwowych parkach można jeździć własnym samochodem w poszukiwaniu dzikich afrykańskich zwierząt. Można jednak jeździć głównie po drogach (w większości asfaltowych) i nie wolno podjeżdżać do zwierząt, chyba że wyjdą na drogę. O określonej godzinie zamyka się bramy i jeżeli odwiedzający nie zdążą opuścić terenu parku lub wjechać do obozowiska, w którym mogą przenocować, to płacą karę.  Natomiast w prywatnych rezerwatach jeździ się odkrytym samochodem terenowym, bez szyb, i z rangerem, który ma doskonałą wiedzę na temat afrykańskiej fauny i flory. Ranger orientuje się, gdzie zwierzęta akurat mogą przebywać, jakimi szlakami się poruszają i jakie mają zwyczaje. Podczas safari tropi zwierzęta i podjeżdża do nich na bliską odległość, czasami na wyciągnięcie ręki. Z reguły nie wysiada się z samochodu. Pamiętam, że byłam kiedyś na safari z Japończykiem, on siedział obok mnie na tylnym siedzeniu, a ranger z przodu. Wytropiliśmy stado lwów, które dopiero co upolowało zwierzynę i właśnie posilało się zdobytym łupem. Potem jedna z lwic podeszła do samochodu od strony turysty. Jej pysk był cały zakrwawiony, a przenikliwe oczy ciekawie się mu przyglądały. Azjata spanikował i niemalże skulił się w kłębek, chowając się przed jej wzrokiem. Na szczęście samica chciała sobie tylko na nas popatrzeć i wszystko się dobrze skończyło.

Bliskie spotkania…

Czy poruszanie się otwartym samochodem jest bezpieczne?

Tak, jeżeli turyści stosują się do zaleceń rangera, m.in. nie wystawiają rąk i żadnych innych elementów poza samochód i zachowują się spokojnie, okazując szacunek tutejszej przyrodzie. Zdarzają się czasem sytuacje niebezpieczne, gdy np. pojazd się zepsuje.

Trzeba jednak podkreślić, że bardziej niż lwa czy lamparta trzeba by się obawiać hipopotama. To wprawdzie zwierzę roślinożerne i terytorialne, ale jeżeli mu się wejdzie w drogę, to kłapnie paszczą i po człowieku. Kiedyś byłam na wycieczce z Japonkami. Płynęliśmy łódką wzdłuż rzeki i z daleka, przy wyłączonym silniku, obserwowaliśmy hipopotamy, aż tu niespodziewanie kilka metrów za nami wynurzył się jakiś inny osobnik i chciał nas zaatakować. Wbrew pozorom  hipopotam potrafi dość szybko poruszać się w wodzie, a jeszcze szybciej na lądzie. Rangera sparaliżowało, pierwszy raz widziałam czarnoskórego, który zbladł. Na szczęście szybko się opamiętał i udało mu się włączyć silnik i odpłynąć. Ledwo uszliśmy z życiem.

Podobno w RPA trudno sobie wyobrazić życie bez samochodu?

Zgadza się, tutaj większość mieszkańców jeździ swoim samochodem. Transport publiczny jest bardzo słabo rozwinięty.  Żeby rozwiązać ten problem, jeszcze za czasów apartheidu stworzono przedsiębiorstwa taksówkowe. To busy, które nazywa się  czarnymi taksówkami, choć w rzeczywistości są białe. Wprowadzono je, żeby wozić do pracy afrykańczyków. By zatrzymać taką taksówkę, trzeba ułożyć dłonie w odpowiedni sposób, np. gdy chcę jechać do regionu, który nazywa się Orange, wykonuję gest zrywania pomarańczy.

To, co mnie zadziwia w RPA, to rzadko spotykane zjawisko dyskryminacji białych.

Nazwałabym to raczej faworyzowaniem ludności czarnej. Tutaj kłania się statystyka, czarnoskórzy po prostu stanowią większość – aż ok. 80 proc., reszta to ludność mieszana, zwana często „Malajami z Kraju Przylądkowego” – ok. 9 proc.; biali – również ok. 9 proc.; oraz Hindusi – ok. 2 proc. Obowiązuje tu system Black Economy Empowerment (BEE), który nakazuje zatrudniać czarnego pracownika, nawet jeśli to biały, mieszany lub Hindus ma wyższe kwalifikacje. Wśród pracowników musi być określony odsetek czarnych. Jeżeli firmy nie mają statusu BEE, nie dostają rządowych kontraktów. Chodzi o wyrównanie szans.

Strzeż się hipopotama

Kiedy miały się odbyć mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2010 r., wszyscy  wątpili, czy RPA sobie z tym poradzi. Wielu kibiców obawiało się tu przyjechać.

No i okazało się, że wszystko udało się świetnie zorganizować. Było bezpiecznie. W tym czasie wprowadzono takie prawo, że jak ktoś dopuścił się przestępstwa, to stawał natychmiast przed sądem polowym. Kiedy japońskiej ekipie telewizyjnej skradziono kamerę, udało się ją odzyskać w dwa dni.

Tutejsza branża turystyczna bardzo obawiała się, czy RPA podoła, ale wyszło bardzo dobrze i  atmosfera była naprawdę niesamowita. Podczas mundialu pracowałam dla telewizji japońskiej. Byłam na wszystkich meczach drużyny z Kraju Kwitnącej Wiśni. Gdy wygrała w Bloemfontein z drużyną Kamerunu, baliśmy się, że po meczu dojdzie do zamieszek, ale ku naszemu zdumieniu Afrykańczycy z szacunkiem gratulowali Japończykom wygranej.

Na pewno do poprawy wizerunku RPA może przyczynić się nowy prezydent – biznesmen i multimilioner Cyril Ramaphosa, zaprzysiężony niedawno, po ustąpieniu Jacoba Zumy oskarżanego o korupcję i gwałt. Cyril Ramaphosa zapowiedział, że będzie walczył z korupcją, która rozprzestrzeniła się za czasów jego poprzednika. Na początku była wielka euforia, bo rzeczywiście wszyscy chcieli, żeby Zuma ustąpił. Teraz mamy okres przejściowy i każdy czeka, co się będzie działo. Jednym z założeń nowej prezydentury, zresztą mocno dyskutowanym, jest ustawa pozwalająca odbierać bez rekompensaty ziemię farmerom i oddawać ją biednym.

Podobno jest pani jedynym przewodnikiem w RPA, który mówi po polsku, rosyjsku, japońsku i angielsku?

Zdarzyła mi się taka zabawna sytuacja, że w dzień egzaminu na przewodnika, zamiast do niego przystąpić, dostałam polecenie tłumaczenia konferencji prasowej z udziałem japońskiego boksera, który przyjechał do RPA na mecz. Gdy byłam w drodze na konferencję, podszedł do mnie ów pięściarz i zaczął mówić po rosyjsku. Ja do niego: „Przecież miałam tłumaczyć konferencję z bokserem japońskim”. A on na to: „Nie jestem Japończykiem, tylko  Rosjaninem, ale mam japońskich sponsorów i trenuję w Japonii. Nie mówię jednak po japońsku”. W efekcie musiałam tłumaczyć tę konferencję z japońskiego na rosyjski i angielski oraz z rosyjskiego na angielski i japoński, ponieważ japońscy sponsorzy również brali w niej udział, a nie mówili ani po rosyjsku, ani po angielsku. Bokser mówił zaś tylko po rosyjsku. To było niesamowite doświadczenie.

Jak znalazła się pani w RPA?

To był przypadek, jak większość rzeczy w moim życiu. Skończyłam japonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowałam w biurze podróży LOT-u i obsługiwałam rynek japoński, głównie grupy turystów japońskich przylatujących samolotami czarterowymi latającymi z Tokio do Warszawy. Była to bardzo ciężka praca w czasie letnich wakacji. Nie byliśmy w stanie brać wtedy żadnych urlopów. Po sezonie mieliśmy jednak możliwość podróżowania z polskimi turystami. Pewnego dnia okazało się, że któryś z opiekunów jednej z grup nie mógł wyjechać do RPA i szef zapytał mnie, czy mogłabym go zastąpić. No i pojechałam.

To były lata 90. ubiegłego wieku. Wtedy niewiele wiedzieliśmy o RPA. Nie miałam żadnych źródeł, aby zdobyć rzetelną wiedzę i przygotować się do prowadzenia grupy. Ale naszym przewodnikiem po tym kraju był pierwszy lokalny Murzyn, który uzyskał oficjalną licencję przewodnika w RPA. Był rewelacyjny i miał niesamowitą wiedzę. Tłumacząc jego komentarze, zdobyłam i przekazałam uczestnikom wycieczki unikalne informacje. Poczułam też na własnej skórze, jak piękna i niepowtarzalna jest RPA. Po prostu cały świat w jednym kraju. Kiedy właścicielka lokalnego biura, która organizowała wycieczkę, zorientowała się, że jestem olśniona jego urodą, a do tego mówię po japońsku, zaczęła mnie namawiać na pozostanie tutaj, ponieważ firmy obsługujące rynek japoński poszukiwały przewodników znających ten język. Przyjechałam więc z moją grupą do Polski, ale po powrocie wysłałam CV i zostałam zaproszona na rozmowy kwalifikacyjne. Korzystając z bezpłatnych biletów LOT-u, poleciałam. Dostałam ofertę pracy w największej wówczas  firmie turystycznej w RPA i po załatwieniu wszystkich oficjalnych dokumentów i pozwoleń wylądowałam w Kapsztadzie. Pracowałam w tej firmie dwa lata. Tam mnie wyszkolili na przewodnika. Obsługiwałam głównie turystów z Japonii. Potem pracowałam w Johannesburgu również dla firmy japońskiej. W końcu założyłam własne biuro podróży i tak to się potoczyło.

Sylwia i Wodospady Wiktorii

Czym panią uwiodła RPA, skoro zrezygnowała pani dla niej z Japonii?

Zachwyciły mnie olbrzymie przestrzenie i przyroda. To nie miasta rzucają na kolana, lecz właśnie ona. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz podróżowałam po RPA, byłam zaskoczona też jej czystością. W ciągu jednego dnia przejechaliśmy ponad 600 km, zatrzymując się na stacjach benzynowych, i nie spotkałam brudnej toalety. Pomyślałam, że kraj, w którym toalety są takie lśniące, musi być wart zamieszkania.

RPA to kraj słońca i uśmiechu. Kapsztad leży u podnóża Góry Stołowej, stoki której pokrywa słynny Fynbos, drobny busz, stanowiący część Przylądkowego Królestwa Roślinnego. W jego skład wchodzi aż ok. 9600 gatunków roślin endemicznych, czyli takich, które nie występują nigdzie indziej na świecie.

Ludzie przyjeżdżający tutaj myślą: „Schudnę, gdy będę w RPA”. Okazuje się to jednak niemożliwe, bo zajadają się np. kalmarami lub innymi smakowitymi owocami morza. Jedzenie jest tu fantastyczne. Jest również bardzo malowniczy szlak winny, na którym można spotkać praktycznie wszystkie znane szczepy winorośli i spróbować wyśmienitych win.

Poznałam wiele osób, które przybywając tutaj, mówiły, że odwiedzają każdy kraj tylko jeden raz, bo na świecie jest mnóstwo miejsc do obejrzenia. Potem okazywało się, że wracały, bo RPA tak bardzo chwyta za serce.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Wywiad

„Ziemia jest tylko jedna, nie zgubię się”. Podróże na emeryturze

Gdy mówiła, że po przejściu na emeryturę będzie podróżować, znajomi unosili brwi i tylko się uśmiechali. No bo za co? Nie znając angielskiego? Bez biura podróży? Zupełnie sama? Teraz mogą poczytać na jej blogu relacje ze Sri Lanki, Kambodży, Meksyku, Gwatemali, Panamy, Australii…
Beata Turska
Beata Turska
23 grudnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ