Normalność, która wstrzymuje oddech. Recenzja „Między falami” Sary Moss

10 minut czytania
391
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
12 kwietnia 2018

Odsłuchaj

Okresy normalności są jak przypływy i odpływy. Człowiek żyje nieustannie w poczuciu zagrożenia, bo nigdy nie wie, co może przytrafić się jemu lub jego bliskim. Trauma potęguje to uczucie. W powieści “Między falami” Sarah Moss zadaje trudne pytania i pokazuje ludzi, którzy próbują się z nimi zmierzyć.  

Jak poradzić sobie z faktem, że twoje dziecko może nagle po prostu przestać oddychać? A jak skonfrontować to z informacją, że w tym samym czasie trzydzieścioro syryjskich dzieci ginie w gruzach szpitala?

Lęk przed „kiedy, jak i gdzie”  

Dziecko rodzi się, i wydarza się cud – oddycha. Co jednak, jeśli pewnego dnia przestaje oddychać, odchodzi? Choć wraca, cień tego bezdechu krąży już przez całe życie nad nim i jego rodzicami. Kryzys został zażegnany, ale groźba jego powrotu pozostaje i w żaden sposób nie można temu zaradzić. Jednak takie życie nie jest anomalią, a szok jest czymś przejściowym, nawet jeśli czynnik, który go wywołał, nie znika – mówi Adam, bohater i zarazem narrator książki „Między falami” Sary Moss. I dodaje: „Zwykłe rodziny i rodziny, którym przytrafiło się coś strasznego, nakładają się. Można, a nawet trzeba należeć do obu grup”. Przytrafia mu się coś, co spotkać może każdego, zdaje się mówić Moss, ale wraz z rozwojem swojej opowieści pokazuje stopniowo, że można nauczyć się, żyć ze strachem przed utratą kogoś bliskiego. Bohater jej książki zdaje sobie sprawę, że nie jest w tej nauce nikim wyjątkowym.

Te egzemplarze czekają na Czytelników IgiMaga!

Trwanie w oczekiwaniu na katastrofę, na to, co wydarza się pomiędzy zwyczajnym życiem a sytuacjami krańcowymi – chorobą, śmiercią, wypadkiem – jest głównym motywem książki Sary Moss. Opowieść, której angielski tytuł brzmi „The Tidal Zone”, czyta się na krawędzi, gdzieś pomiędzy zwyczajnym, spokojnym życiem angielskiej, jak najbardziej współczesnej rodziny, i załamaniem rzeczywistości, w której funkcjonują. Sposób, w jaki napisana jest książka, na którą składają się przemyślenia bohatera, jego próby przygotowania się na najgorsze, a zarazem walka o zaradzenie temu i nieustanne dążenie do bycia przygotowanym, sprawiają, że zagrożenie zdaje się czyhać w każdym kolejnym zdaniu, na kolejnej stronie i w kolejnych rozdziałach.

Czytając powieść urodzonej w 1975 roku w Glasgow pisarki, autorki pięciu powieści i wykładowczyni kreatywnego pisania na Uniwersytecie Warwick, łatwo wczuć się w strach bohatera przed czymś bardzo konkretnym, choć z drugiej strony nieokreślonym. Nie wie on, kiedy i z jakiego powodu, to czego boi się najbardziej, może się  wydarzyć. Jest rodzicem, który nie potrafi uciec przed strachem o własne dziecko.

Zupełnie zwyczajne życie

Historia Adama i jego rodziny rozpoczyna się jak baśń, jak prywatna mitologia, przywołując opis stworzenia nowej istoty, poczynając od komórek, które „zaczęły się dzielić i przekształcać, jak zawsze, i powstało coś nowego”, poprzez stopniowo wyłaniające się kształty, narządy, a w końcu pierwszy oddech . Ten właśnie oddech staje niezwykle ważny dla toku historii, doprowadza bowiem do kryzysu, który choć zostanie zażegnany, kładzie się cieniem na życie bohatera i całej jego rodziny. Dziewczynką z baśniowego opisu jest piętnastoletnia Miriam, córka głównego bohatera i sprawczyni całego zamieszania, która pewnego dnia na boisku po prostu przestaje oddychać. Udaje się ją uratować, lekarze nie potrafią jednak do końca wytłumaczyć, dlaczego jej ciało na chwilę się zatrzymało. Są przy tym pewni, że ta sytuacja prawdopodobnie się powtórzy.

Zanim się to wydarza, jej rodzina wiedzie zupełnie zwyczajne życie. Główny bohater, Adam Goldshmidt, to pełnoetatowy tata, który głównie zajmuje się dziećmi i domem. Od czasu do czasu pracuje też jako wykładowca i badacz, ale jak sam siebie określa, jest „bezrobotnym z doktorantem, których zatrudnia się na śmieciowej umowie”. Czasem prowadzi wykłady, których nikt inny nie chce poprowadzić. Jest specjalistą od ruchu Arts and Crafts i bada losy katedry w Coventry.

Ruiny katedry w Coventry

Historia jej odbudowy przeplata się z opowieścią o jego zmaganiach z zagrożeniem życia jego dziecka, a raczej niewiadomą i strachem, którymi jeden wypadek naznacza codzienność jego i jego bliskich. Miriam musi znosić nieustanny nadzór zestresowanych rodziców, w wieku, w którym potrzeba wolności w młodym człowieku przybiera szczególne rozmiary; jej matka Emma, zapracowana lekarka zmaga się ze szwankującym systemem opieki zdrowotnej, który zna od środka, a do którego wpada nagle jej dziecko; druga córka Adama i Emmy, Rose, ma dziewięć lat i początkowo trochę zazdrości siostrze, że ta leży w szpitalu zamiast chodzić  do szkoły, aż pewnego dnia również okazuje się, że może być zagrożona podobnym atakiem, jak Miriam.

Pranie i gotowanie, czyli lek na strach

Adam przed i po wypadku stara się panować nad domową rzeczywistością. Opisując jego codzienne obowiązki, autorka zdaje się celebrować prozę życia, która w obliczu zagrożenia kolejną katastrofą, nabiera wyjątkowego smaku. Sarah Moss pokazuje, jak jej bohater pierze bieliznę swojej żony i córek, gotuje dla nich obiad z tego, co znajdzie w lodówce, piecze ciasto, czy myśli o tym, żeby jego dziecko miało czysty strój na WF i wyprasowany mundurek. W obliczu nieszczęścia, które go spotyka, te trywialne z pozoru czynności stają się trudne, ale też okazują się być specyficznym rodzajem ratunku. Choć pełno w nich niedoskonałości i chaosu, nie można ich porzucić, stają się sposobem na powrót do normalności, na radzenie sobie ze strachem.

W tym przypadku przypisywane płci żeńskiej „krzątactwo” jest domeną mężczyzny i pozwala mu stopniowo wrócić do pionu, poczuć, że ma nad czymś kontrolę. Adam jest świadomy tego, że w świecie, w którym żyje, jego zachowanie wciąż nie przez wszystkich może być odbierane jako normalne. Boleśnie tego doświadcza, kiedy np. idzie na basen ze swoją córką i czekając, aż dziewczynka wyjdzie z szatni, zostaje uznany za zboczeńca. O tym, jak patrzą na niego ludzie świadczy też zabawna scena, w której rozmawia z zapracowanym „naprawdę” ojcem przyjaciółki swojej córki, ironicznie zwracając uwagę na to, jak wciąż nierówno traktuje się pracę domową i zawodową, także jeśli wykonuje ją mężczyzna:

„Ooo, patrzcie, ktoś, kto opanował zarówno sikanie na stojąco, jak i mycie zlewu. Słuchaj, chłopie, fiut ci się nie kurczy, kiedy lukrujesz babeczki?
– Czyli nie masz za dużo pracy na uniwersytecie?
Nie odciąłeś go sobie chyba, co?
– Och, pracuję tam tylko dorywczo. Prowadzę zajęcia raz w tygodniu. – Nie powiedziałem: żeby wyrwać się z domu, mieć odmianę od Pilatesa i fryzjera. Słuchaj, ziom, to też praca: pieczenie ciast i zmienianie prześcieradeł (…)”.

Rodzic próbuje złapać oddech

Motyw relacji obowiązków domowych i płci Sarah Moss porusza także we wcześniej przetłumaczonej na język polski powieści pt. „Nocne czuwanie”. Opisuje w niej historię Anny, badaczki romantyzmu (podobnie jak pisarka), matki dwójki małych chłopców, która na szkockiej wyspie zmaga się brudnymi pieluchami, nieprzespanymi nocami, śpiewaniem kilkanaście razy tej samej piosenki i pisaniem książki o związku między romantyczną celebracją dzieciństwa jako czasu czystego i radosnego a jednoczesnym wzrostem instytucji zajmujących się dziećmi. Nierówny podział obowiązków w jej związku staje się powodem jej narastającej frustracji. W jej historii ogromne znaczenie ma również motyw zmagań z rodzicielstwem, który także łączy ją z Adamem.

Sarah Moss, fot. materiały prasowe/University of Warwick

Bohater „Między falami” jest podobny do Anny, również spoczywa na nim większość domowych obowiązków, z tą różnicą, że przyjmuje je z większą wyrozumiałością, czasem przyznając nawet, że lubi swoją rolę. Jego opowieść nawiązuje również do Nocnego czuwania przez fakt, iż autorka przeplata główną historię przemyśleniami głównych bohaterów na temat historii czy sztuki. Staje się to rodzajem dodatkowego komentarza do perypetii zmęczonej macierzyństwem, ale uwielbiającej swoich synów Anny, czy historii Adama, trzymającego pieczę nad swoim domem i rodziną, ale uczącego się na nowo żyć w obliczu zagrożenia jej utratą.

Podobnie, jak Anna, która w „Między falami” pojawia się zresztą, jako znajoma Goldschmidtów, Adam zdaje się w pewien sposób łapać oddech, wracając do swojej pracy badawczej, a konkretnie do opisu odbudowy katedry w Coventry i zmagań z przestrzenią po katastrofie, jaką prowadzi architekt Basil Spence. Odbudowa zniszczonego w 1940 roku budynku, a raczej tworzenie w jego miejscu czegoś nowego, co nie traciłoby łączności z przeszłością, koresponduje ze zmaganiami Adama w codziennym życiu. Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że po wypadku Miriam nic już nie będzie takie samo, ale chce stworzyć coś, co pozwoli mu nie zwariować, dostrzegać to, co wartościowe, dobre i co da mu tyle siły, że uda mu się pozwolić na odkrywanie tego wszystkiego także swoim dzieciom. Sarah Moss na swojej stronie internetowej właśnie takimi motywami uzasadnia wybór przedmiotu badań swojego bohatera:

„Katedra w Coventry to budynek, który uczy nas stawić czoła naszej traumie, a następnie spojrzeć w górę, aby uznać agonię i nadal tworzyć piękno. Jeśli moja książka może odzwierciedlać tę lekcję w zwykłym życiu, na skalę domową, zrobiłam to, czego odważyłam się podjąć”.

Ucieczka do przeszłości

Moss nie tylko w badaniach Adama nad Coventry odnosi się do przeszłości. Wypadek jego córki sprawia, że mężczyzna zaczyna coraz częściej przywoływać obrazy z własnego dzieciństwa i szukać przyczyny obecnego stanu zdarzeń w dziejach swojej rodziny. Jako mały chłopiec traci matkę w tajemniczych okolicznościach, które stara się powiązać z nagłą przypadłością swojej córki. W tym wątku pojawia się dzieciństwo spędzone w komunie, ale też postać jego ojca, Żyda, którego rodzice uciekli z Europy do Ameryki, ale on sam ostatecznie do niej powrócił.

Podróżując przez Amerykę, od jednego środowiska hippisów do drugiego, ojciec Adama dostrzegł pozory funkcjonowania tych grup, w których założenia o równości płci miały się nijak to rzeczywistości, bowiem to wciąż kobiety były obciążone większością prac. Wizyta w jednej z nich jednak na zawsze zmieniła jego życie, poznał tam bowiem swoją żonę. Zdradził dla niej przodków (nie była Żydówką) i wrócił do Europy. Po latach opowiedział historię swoich poszukiwań Miriam i Rose, swoim wnuczkom.

Na pierwszy rzut oka syn wydaje się być zupełnym przeciwieństwem swojego ojca. Jednak tak, jak on wybiera wolność, tyle że inaczej rozumianą niż w środowisku, w którym się wychował. To wolność na jego zasadach – z dziećmi, ciasnym domem w angielskim miasteczku i rzadkimi chwilami na pracę, która jest też pasją. Adam przy okazji traumatycznych wydarzeń coraz częściej myśli także o swoich przodkach, chce zabrać córki do Wiednia, skąd pochodzi jego rodzina, odwiedzić miejsca z nią związane. Piecze też chałkę, zastanawiając się nad przeszłością swojego ojca, który podobnie, jak on często podejmuje się tzw. kobiecych zajęć. Ta sfera zostaje przez autorkę odwrócona, odarta ze stereotypu, denerwując pewnie zwolenników tradycyjnego podziału ról.

Nastoletni wyrzut sumienia  

„Między falami” jest powieścią na wskroś współczesną. W dramat bohaterów wdzierają się doniesienia o kolejnym zbombardowanym mieście czy setkach tonących uchodźców. Swój własny strach o dzieci Adam zagłusza radiem. Dobywają się z niego newsy o spadających bombach, kryzysie służby zdrowia czy rasistowskich wypowiedziach prawicowych polityków. W wywiadzie dla Guardiana Sarah Moss wspomina, że pomysł na tę książkę zrodził się, kiedy pewnego dnia chłopiec w szkole jej syna miał wypadek. W tym samym czasie podano wiadomość o zbombardowanym szpitalu w Syrii, w którym zginęło trzydzieścioro dzieci.

fot.materiały prasowe/Wydawnictwo Poznańskie

Pisarka zadaje sobie pytanie, jak to możliwe, że w jednej części świata wzywa się do dziecka powietrzny ambulans, a w drugiej używa helikoptera do tego, żeby jakieś dzieci zabić? Zaznacza, że jej książka nie odpowiada na to pytanie – nie da się na nie odpowiedzieć – i podkreśla, że w Między falami zależało jej przede wszystkim na tym, żeby stworzyć narracje, w której te dwie opowieści funkcjonowałyby równocześnie.

Udaje się jej to, a swego rodzaju wyrzutem sumienia są w tym przypadku nie tylko newsy dobiegająca z radia czy czytane przez Adama w internecie, ale też nastoletnia Miriam. Dziewczyna pasjami ogląda wiadomości, czyta gazety, nosi koszulkę z napisem „Bo patriarchat nie pójdzie się sam pieprzyć”, w której rodzice nie pozwalają jej wychodzić z domu, i wytyka im okropności świata, na który ją sprowadzili. Jest w tym wszystkim egzaltowana, irytująca i brutalnie szczera. Doskonale denerwująca, jak przystało na nastolatkę, czasami bywa też dość zabawna.

Przypływy i odpływy

Moss mierzy się w swojej książce z faktem, że kochając kogoś, kogokolwiek, nosi się w sobie obawę przed jego stratą. Nie odkrywa tym samym Ameryki, pokazuje za to zmagania z najbardziej błahymi zagadnieniami w obliczu zagrożenia, które tak naprawdę istnieje zawsze – bez względu na stan zdrowia czy kraj, w którym się mieszka. Jest w tym szczera, precyzyjna, ale potrafi też dostrzec wartość w na pozór trywialnych czynnościach, które pozwalają człowiekowi po traumie iść dalej.

W jej powieści jest wszystko, co znamy z codziennego życia: zmagania z wychowywaniem nastolatki, media społecznościowe, wiadomości wypełnione doniesieniami o terroryzmie i wojnie w Syrii, ekologiczne jedzenie, przepracowanie, hippisi, zmaganie z służbą zdrowia, pieczenie ciast, Holokaust i pleśniejące w pralce mokre ubrania. Ten zbitek powszedniości z tragedią i problemami współczesnego – i nie tylko – świata jest dokładnym przełożeniem tego, z czym muszą zmierzyć się jej bohaterowie. Nagle stają się rodzicami, którym wszyscy powtarzają: „Nie wyobrażam sobie, co zrobiłbym na twoim miejscu”. Oni nie muszą już sobie tego wyobrażać. Tkwiąc w chaosie, starają się uporządkować go po swojemu, aby wyłoniła się z niego rzeczywistość nie taka sama, jak przed katastrofą, ale w jakiś sposób znośna, dająca nadzieję, na nie dość docenianą wcześniej normalność.

Normalność pozwala unosić się na falach

„Między falami” jest więc opowieścią o tym, jak wiele razy w życiu trzeba kolejny raz uczyć się chodzić.  Pod tym względem jest uniwersalna – opowiada o strachu przed życiem i o jednoczesnym jego pragnieniu, a także o niezwykłej zdolności ludzkiego gatunku do podnoszenia się. Autorka nie boi się obok zagadnień życia i śmierci stawiać kwestii tego, ile razy można powtarzać dzieciom, żeby założyły buty, przyszykowały się do wyjścia albo zjadły coś zdrowego, nie wpadając przy tym w szał. Bez strachu i pretensjonalności używa słów, które wielu nazwałoby banalnymi. Jest brutalnie szczera, co sprawia, że czytelnik jej wierzy. Pisarka ma też szczególny dar do opisywania codzienności, nakreślając ją językiem niezwykle plastycznym, sugestywnym i pełnym interesujących detali. W swojej książce pokazuje, że właśnie ta codzienność – szara, męcząca, lepka od niepewności – sprawia, że człowiek rusza z miejsca, znajduje w sobie siłę, żeby powoli wychodzić ze swojej paranoi, przerażenia, słabości, i krok po kroku wracać do normalności.

IgiMag jest patronem powieści „Między falami”

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Książka

Opłakujecie niedźwiedzie polarne? Zapłaczcie nad sobą. O „Upadku cywilizacji zachodniej”

Książka "Upadek cywilizacji zachodniej" Erika Conwaya i prof. Naomi Oreskes przypomina rozszerzony prolog do filmowej postapokalipsy w rodzaju "Mad Maksa". Prolog do historii, która – jak twierdzą naukowcy – rzeczywiście może się zdarzyć.
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
2 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ