Papcio Arnold nie idzie na emeryturę

6 minut czytania
946
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
16 kwietnia 2018
fot. Featureflash Photo Agency/Shutterstock.com

Pod koniec marca 2018 roku 70-letni Arnold Schwarzenegger przeszedł operację wymiany zastawki serca. Zabieg przebiegł pomyślnie i austriacki kolos przywitał personel słowami, a jakże, “I’m back”. Były gubernator stanu Kalifornia nigdzie się nie wybiera, a 27 kwietnia na polskie ekrany wkroczy kolejny film z jego barczystą osobą, czyli “Dorwać Gunthera”.

Jest to z pewnością powód do radości, bo dla wielu widzów angielski Arniego, tak samo kwadratowy jak jego szczęka, to istna muzyka dla uszu. Poza tym ten gigant, dosłownie i w przenośni, kina akcji, to gwarant solidnej rozwałki na ekranie, gdzie nieważna jest logika, a pokaz eksplozji. Dla mnie, i jak mniemam wielu dzisiejszych trzydziestolatków, seanse filmów ze Schwarzeneggerem były wręcz przeżyciem formatywnym, a i dla naszych ojców nazwisko Arniego w obsadzie było stemplem jakości zapewniającym niczym nieskrępowaną rozrywkę kipiącą od testosteronu.

Zmiana warty wśród twardzieli

Ale to już było i (chyba) nie wróci więcej. Konia z rzędem temu, kto wskaże porządny obraz ze Schwarzeneggerem, który powstał na przestrzeni co najmniej kilkunastu lat. Symboliczne przekazanie pałeczki Dwayne’owi Johnsonowi w “Witajcie w dżungli” w scenie, w której Arnold mija The Rocka ze słowami: „Baw się dobrze”, było jak najbardziej zasadne.

Bo dziś to właśnie były wrestler i jedna z gwiazd serii “Szybcy i wściekli” jest tym, na którego dokonania chodzi się do kina – wyniki box office nie kłamią. Niegdyś wybierało się “nowy film z Arnoldem” i to bez względu na to czy były to typowe w jego karierze akcyjniaki, czy też przaśne komedyjki. Zdaje się, że dystrybutorzy wciąż pamiętają o tych czasach, gdyż z plakatu “Dorwać Gunthera” bije po oczach nazwisko ex-Terminatora, no i oczywiście jego facjata na tle wybuchów. Huczna zapowiedź, ale samego Arniego w dziele Tarana Killama jest jak na lekarstwo. Cóż, odtwórca roli Conana, chciał, nie chciał, jest już reliktem przeszłości. W “Terminatorze 3” T-800 sam mówi o sobie jako o “przestarzałym modelu”, z kolei w “Likwidatorze” postaci Schwarzeneggera w walce z bandziorami w małej mieścinie najbardziej zdaje się kibicować pewna staruszka. Wymowne.

Gubernator Terminator

W latach 2003-2011 siłą rzeczy aktor dużo rzadziej pojawiał się na ekranie ze względu na pełnioną dwukadencyjną rolę urzędnika państwowego. Może to i dobrze, skoro kolejne dzieła z niegdysiejszym herosem zaliczają w większości klapy finansowe lub w ogóle nie trafiają do kin, tylko prosto do serwisów VoD. Wyjątkiem dochodowy, choć pokraczny “Terminator: Genisys”, a także udana seria “Niezniszczalni”, ale tu aktor pojawił się na dalszym planie. Obecnie Arnold grywa przede wszystkim mniejsze role, ale mający już blisko 71 lat były gubernator jest niezwykle zapracowanym człowiekiem. To przecież osoba zbudowana ze skupienia oraz ambicji, no i może megalomanii. Gość przyzwyczajony do dominacji na ekranie i w realnym świecie, jego zdobywanie Ameryki to nic innego, jak istny blitzkrieg.

Mimo sędziwego wieku wciąż można go spotkać każdego dnia w Santa Monica, gdzie zasuwa na rowerze przez Ocean Avenue. Trening aerobowy jest przecież tak samo istotny, jak podnoszenie żelastwa, z którego aktor również nie rezygnuje, odwiedzając regularnie siłownię Gold’s w Venice. Zaledwie kilka lat temu został też przez niego powołany Instytut Badawczy USC Schwarzenegger, który zajmuje się m.in. badaniami nad ochroną środowiska, kwestiami edukacji i reformą amerykańskiej służby zdrowia. Arnold nie odpuszcza również działań nagłaśniających problem zmian klimatycznych. Przykładowo wraz z Jamesem Cameronem wziął udział w kampanii nawołującej do nie jedzenia lub ograniczenia spożycia mięsa. Ma to doprowadzić do obniżenia emisji gazów cieplarnianych, a wszystko dzięki redukcji hodowli zwierząt, które odpowiadają za 14,5 proc. globalnego ich wydzielania. Co więcej aktor za swoją działalność na rzecz środowiska został odznaczony najwyższym francuskim orderem Legii Honorowej.

No tak, ale trudno wciąż patrzeć na Arnolda Schwarzeneggera jako na niekwestionowany numer jeden. O powrocie do polityki milczy, choć w mediach społecznościowych sugerował Donaldowi Trumpowi, aby zamienili się wykonywanymi profesjami. Zresztą były gubernator chyba nie ma już czego szukać na tym poletku. Marzenia o zajęciu stanowiska w Białym Domu należy pogrzebać, gdyż obywatelom nie urodzonym na terenie USA nie przysługuje prawo kandydowania na najwyższy urząd w państwie. Przy niższych urzędach sprawa ma się inaczej, ale choć Kalifornia witała nowego gubernatora z otwartymi ramionami i upatrywała w nim swojego zbawienia, to jednak aktor-polityk nie zdołał wyciągnąć stanu z kryzysu.

Co więcej poziom zadłużenia wzrósł niemal trzykrotnie – z 34 miliardów dolarów do aż 91. Źle też odebrano m.in. jego zawetowanie ustawy legalizującej małżeństwa homoseksualne. Reputację Schwarzeneggera podkopało również jego życie prywatne. Ożenił się przecież z Marią Shriver, siostrzenicą JFK i Roberta Kennedy’ego, małżeństwo nie przetrwało jednak próby czasu z powodu zdrady Arnolda. Aktor uwikłał się w romans z gosposią Mildred Baeny, z którą ma syna Josepha. Choć w 2011 roku Maria złożyła papiery rozwodowe, to para formalnie wciąż pozostaje małżeństwem. Zresztą jego seksistowskie wypowiedzi z cygarem w ustach na temat instrumentalnego traktowania kobiet i publiczne wspominanie swoich podbojów zapewne też nie przysporzyły mu zwolenników.

„Panienki” wygrywają

Stało się. Oponenci Arnolda, których zwykł nazywać “girlie men” (tyle co “panienkami”), wzięli w końcu nad nim górę. Czy dostanie kiedyś jeszcze drugą szansę? Wątpliwe, ale hej, to przecież Ameryka, wszystko może się tu zdarzyć. Przynajmniej polityczne poczynania Austriaka zostały odnotowane w 2005 roku w odnowionej wersji utworu “California Über Alles”. Gorzej, że tekst Jello Biafry nie stawia Arnolda w zbyt dobrym świetle.

Schwarzenegger kocha sławę i władzę, polityka była mu w stanie zapewnić spełnienie na tych dwóch polach, ale przecież i przemysł filmowy ma sporo do zaoferowania w tej kwestii. Przynajmniej według zapowiedzi grafik aktora pęka w szwach. W planach są przede wszystkim kontynuacje już sprawdzonych tytułów. Co prawda Arnie starał się ostatnio wychodzić poza swoje dotychczasowe emploi próbując udowodnić, że jest nie tylko górą mięśni, ale potrafi też grać (efekt był sporny).

Jednak dramaty, takie jak “Aftermath” czy nie taka zła, igrająca z konwencją zombie “Maggie”, przyniosły opłakane wyniki finansowe, a i aktorskie starania Schwarzeneggera były w większości określane negatywnie. Pora zatem na powrót do pomysłów, które już kiedyś zdały egzamin. W najbliższych latach możemy się spodziewać sequelu “Bliźniaków”, aktor zapewnia o tym, że wróci także do roli Conana oraz Terminatora. W ostatniej z wymienionych produkcji rolę producenta ma sprawować sam James Cameron. Jeszcze w 2018 roku swoją premierę ma mieć rosyjsko-chiński “Viy 2”, gdzie Arnold pojawił się ponownie u boku Jackiego Chana – rola prawdopodobnie równie pokraczna co ta z “W 80 dni dookoła świata”. Potwierdzono także, że Austriak wystąpi w „Kung Fury II” jako… prezydent Stanów Zjednoczonych. Ach, ta magia kina.

Poważny gubernator! (fot. Frederic Legrand – COMEO/Shutterstock.com)

Papcio Arnold nie ma chyba na co narzekać. Pomimo wielu grzechów na karku wciąż brnie przed siebie rozpychając się łokciami – a ma mocarne fizyczne zaplecze do tego. Choć niektórzy zapewne wysłaliby go na emeryturę, to z godną siebie postawą zdobywcy nie wybiera się na takową. Wypowiedziane przez niego przed laty “I’ll be back” wciąż nie traci na aktualności.

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Benny Hill. Smutna historia znanego wesołka

Wśród fanów brytyjskiego komika byli m.in. Clint Eastwood, Michael Jackson oraz Charlie Chaplin. Jego slapstickowe skecze poprawiały humor ludziom na całym świecie. Wydawać by się mogło, że ich autor żyje jak król. Prawda okazała się jednak o wiele bardziej smutna.
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
29 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ