Płyty, do których wracam: „Blue Lines” Massive Attack

4 minuty czytania
191
1
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
9 kwietnia 2018
fot. Christian Bertrand/Shutterstock

„Blue Lines” grupy Massive Attack to interesująca podróż po ulicach Bristolu końca lat 80. i początku lat 90. Brzmienie, które w zamyśle twórców miało być wyłącznie formą ich ekspresji, z czasem przerodziło się w jedno z najbardziej wyjątkowych zjawisk muzycznych końca XX wieku.

Bristol, południowo-zachodnia Anglia. Około 180 kilometrów od stolicy Zjednoczonego Królestwa. Miejsce uwielbiane przez miłośników parków, pubów oraz baloniarzy, mających tu od 1979 roku własną imprezę – „Bristol International Balloon Fiesta”. W ubiegłym roku Sunday Times ogłosił je najlepszym miastem do życia w Wielkiej Brytanii. O jego atrakcjach można by napisać cały artykuł. Nie po to tu jednak się spotkaliśmy.

Trip hop – że co?!

Tym razem pretekstem do spotkania jest kultura tego niezwykłego miasta, a konkretniej rzecz biorąc soundsystem, który powstał  na jego terenie w latach 80. Mowa tu o „Wild Bunch” – kolektywie gromadzącym wszelkiej maści kreatywną brać – od grafficiarzy po DJ-ów. Organizowali oni imprezy, eksperymentowali z muzyką oraz zamieniali szare mury w dzieła sztuki. To właśnie tam spotkało się trzech kreatywnych kolesi – Grantley „Daddy G” Marshall, Andrew „Mushroom” Volwes i Robert „3D” Del Naja.

Wspólnie ukształtowali brzmienie stanowiące połączenie soulu, reggae, dubu, jazzu, hip hopu, muzyki elektronicznej i alternatywnego rocka. Zamknęli je w tempie oscylującym wokół 80 – 90 BPM (czasem delikatnie szybszym, czego przykładem jest chociażby „Unfinished Sympathy” – 114 BPM), dzięki czemu powstał gatunek określany przez dziennikarzy trip hopem. Sami zainteresowani nigdy jednak nie chcieli, by ich twórczość zamykano w jakichkolwiek szufladkach.

Skrzyżować nowojorską ulicę z nowoorleańskim klubem jazzowym

Wyobraźcie sobie, że do jednego studia wchodzą John Lydon z członkami Public Image Ltd, Lee „Scratch” Perry, Chuck D. z Public Enemy, Isaac Hayes, Marvin Gaye, The Specials i Grandmaster Flash. Palą zioło, rozmawiają na różne tematy – od polityki, seksu, aż po filozofię i sztukę. Atmosfera w pomieszczeniu robi się tak gęsta, że jedynym sposobem na złapanie oddechu oraz złagodzenie emocji staje się muzyka. Każdy z tego składu postanawia coś z siebie wyrzucić i nagle okazuje się, że wszyscy mówią jednym językiem. Pochodzenie, poglądy, gatunki schodzą na drugi plan. Liczy się tylko wejście w głąb własnego umysłu oraz serca.

W konsekwencji powstaje płyta, która nie moralizuje, nie uczy bycia modnym i fajnym, nie jest przesadnie skomplikowana, choć do popowej prostoty jej bardzo daleko. Ma jednak w sobie mocny powiew świeżości. Ten opis doskonale pasuje do zawartości wydanej nakładem Virgin Records 8 kwietnia 1991 roku debiutanckiej płyty Massive Attack – „Blue Lines”. To tak, jakby skrzyżować nowojorską ulicę z nowoorleańskim klubem jazzowym, jamajskim studiem „Black Ark”, manchesterską sceną post-punkową oraz starą fabryczną halą, gdzie DJ puszcza acid house. Otrzymamy narkotyczną mieszankę zmysłowo-ulicznych dźwięków, ukazujących wielokulturowość Bristolu – miasta, w którym połączyły się brzmienia z różnych stron świata.

Zaczyna się od „Safe From Harm”. Pulsująca linia basu hipnotyzuje słuchacza, wywołując wyobrażenia podobne scenom z wideoklipu, gdzie rozgrywa się swoisty dialog pomiędzy dwójką młodych ludzi, błąkających się gdzieś po jednym z bristolskich bloków. Gotowi bronić własnych ideałów, lokują swoje uczucia na granicy snu oraz jawy (lub jak kto woli, tam gdzie kończy się impreza, a zaczyna niekoniecznie wesoła codzienność).

Następny w kolejce jest „One Love” czyli hymn na cześć tej jedynej, szczerej i wyjątkowej miłości, wyśpiewany przez jamajskiego muzyka reggae, Horace’a Andy’ego. Numery takie, jak tytułowy „Blue Lines”, „Daydreaming” i „Five Man Army” (tu ponownie słyszymy Horace’a Andy’ego, tym razem w towarzystwie Claude’a „Williego Wee” Williamsa) to kwintesencja hip hopu rodem z ulic Bristolu. Głęboki głos Daddy’ego G doskonale uzupełnia tutaj delikatny, ocierający się o szept rap 3D oraz klasyczny rzut rymów Tricky’ego (wtedy jeszcze noszącego ksywę Tricky Kid). Być może narażę się w tym momencie fanom Kalibra 44, ale zawsze dostrzegałem jakieś pokrewieństwo między psycho rapem a trip hopem (pardon, wybaczcie, że po raz kolejny używam tego zakazanego słowa!), biorąc pod uwagę nieortodoksyjne spojrzenie na hip hop, a także obecny w utworach psychodeliczny klimat.

„Niebieskie linie” w oparach jointów i smrodzie pieluch

Wróćmy jednak do „Niebieskich linii”. Wspaniale wypada cover soulowego klasyka Williama DeVaughna „Be Thankful For What You’ve Got”, podobnie zresztą jak „Hymn Of The Big Wheel” (tu Horace Andy po raz trzeci), który brzmi tak świeżo, że spokojnie mógłby zostać wydany w tym roku. Kultowy „Unfinished Sympathy” śmiało można określić mianem alternatywnego R&B. Któż z nas nie pamięta kultowego teledysku nakręconego jednym ujęciem w Los Angeles, którego główna bohaterka w osobie Shary Nelson przemierza ulice miasta, wyśpiewując tekst utworu. Na drugim planie klipu można dostrzec towarzyszących wokalistce członków Massive Attack. Płytę kończy „Lately”. Tutaj ponownie słyszymy Sharę, a całość okraszona jest taneczno-hip hopowym beatem. Aż dziw, że nie został on jednym z singli promujących ten album.

To jeszcze nie trip hop (przynajmniej wg dziennikarza Mixmaga, Andy’ego Pembertona, który tak właśnie określił trzy lata po premierze „Blue Lines” muzykę wydawaną w labelu Mo’Wax, w tym kawałek „In/Flux” DJ’a Shadowa). To po prostu Bristol Sound! Ta płyta z pewnością nie powstałby bez udziału producentów Jonny’ego Dollara oraz Booga Beara (Cameron McVey, producent wykonawczy krążka) oraz żony drugiego z panów, Neneh Cherry, która miała nakłonić chłopaków z Massive Attack do wizyty w studiu i dokończenia materiału. Co ciekawe, kilka z utworów powstało właśnie w londyńskim mieszkaniu artystki i jej męża, a konkretniej w pokoju dziecięcym, gdzie w powietrzu unosił się brzydki zapach. Okazało się, że za kaloryferem leżała brudna pielucha, o czym Daddy G opowiedział w 2004 roku brytyjskiemu tygodnikowi The Observer.

Jedno jest pewne – „Blue Lines” to jeden z tych krążków, które zmieniły bieg muzyki popularnej i pokazały, że źródłem najciekawszych brzmień jest łączenie tego, co pochodzi z różnych dźwiękowych światów.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Kasety w złotej dekadzie lat 90.: kradzione zdjęcia, koszmarne fonty, szalone kolory

To były czasy wolnej amerykanki: rodzimi wydawcy kaset tworzyli absolutne perełki graficzne, nie przejmując się zbytnio czymś takim jak prawa autorskie. Korzystali ze zdjęć z zachodnich gazet, robili amatorskie grafiki, zmieniali oryginalne okładki. Grafik płakał jak projektował?
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
17 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ