Pop’gląd #8. Szybki przegląd kulturalnych nowości

6 minut czytania
152
0
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
27 kwietnia 2018
fot. Kilmer Media /Shutterstock

Odsłuchaj

Jeśli szukacie inspiracji na nadchodzący bardzo długi weekend, to mamy kilka propozycji, które przyjemnie wypełnią czas. Mamy coś dla wielbicieli Harry’ego Boscha, powieści grozy, a na dodatek jeszcze sto naboi…

Pośród premier ostatnich tygodni szczególnie atrakcyjnie znów wypadają wznowienia. Wiele z nich, dotąd trudno dostępnych nawet w drugim obiegu, można przeczytać po polsku po raz pierwszy od kilku-kilkunastu lat. Warto!

Książka

Krótka wizyta na portalach czytelniczych pokazuje, że współczesny czytelnik ma problem z Shirley Jackson – jedną z najważniejszych, a pomimo tego wciąż niedostatecznie znanych pisarek amerykańskich ubiegłego stulecia. W komentarzach do „Nawiedzonego domu na wzgórzu”, wznowionego w Polsce po raz pierwszy od 2000 roku, czytamy m.in. o „braku napięcia” i „nieumiejętnie dawkowanej grozie”. Nie można się temu specjalnie dziwić: dzisiaj, gdy opowieści o upiornych domostwach cechują się powtarzalną narracją i prostymi chwytami gatunkowymi, klasyczna powieść Jackson może sprawiać wrażenie skromnej i niedoprawionej (sic!). W rzeczywistości jest po prostu niesztampowa. Jackson, która w licznych opowiadaniach i mniej licznych powieściach konsekwentnie obnażała obłudę i zaduch lokalnych społeczności, była mistrzynią terroru psychicznego – oszczędną w stylu, zwartą w formie.

„Nawiedzony dom na wzgórzu”, wyd. Replika

Dlatego też w „Nawiedzonym domu…” nie o nocne postukiwania chodzi, a o formę psychiczną bohaterki – niedowartościowanej, żyjącej w cieniu władczej matki i poczucia winy, które każe jej wierzyć, że przez zaniedbanie doprowadziła do jej śmierci. Obecność w domu, w którym ma straszyć (ale czy na pewno straszy?), wyzwala tłumione dotąd emocje i doprowadza do ich erupcji. Podobnie skonstruowane jest „Zawsze mieszkałyśmy w zamku”, inna powieść Jackson, wznowiona równolegle z „Nawiedzonym domem…”: tam, znów w murach przytłaczającego domostwa, ponownie mamy do czynienia z nagromadzeniem lęków i paranoi, które wyzwala „zmiana”. Patrząc z jakim przekonaniem autorka pisze o samotności, strachu przed tym, co „na zewnątrz” i swego rodzaju osobowościowym rozszczepieniu, łatwo nabrać przekonania, że wiele z poruszanych kwestii znała z autopsji.

Kolejnymi wznowieniami, obok których trudno przejść obojętnie, są „Czarne echo” i „Czarny lód” Michaela Connelly’ego, dwa pierwsze tomy kryminałów o detektywie Harrym Boschu. Dzisiaj bardziej znany z realizowanego przez Amazon serialu (cztery serie od 2015), Bosch pozostaje jednym z ważniejszych bohaterów kalifornijskiego kryminału. Powołany do życia właśnie w „Czarnym echu”, do dzisiaj doczekał się 21 książek, z których „…echo” ukazuje się u nas po raz pierwszy od 1995.

Perypetie Boscha charakteryzują powściągliwość i realizm – Connelly, który zaczynał jako reportażysta, doskonale zna policyjne (i nie tylko!) procedury, mechanizmy władzy, ale przede wszystkim jest przenikliwym znawcą charakterów. 

Nie dziwi więc, że jego Bosch, samotnik z zasadami, jest postacią na wskroś autentyczną. Gdy w pierwszym tomie poznajemy jego sięgającą Wietnamu przeszłość, która okazuje się pomocna w rozwiązaniu sprawy morderstwa (i nie tylko), Connelly bez cienia patosu pokazuje, jak głęboko ta przeszłość w nim tkwi. Jeśli szukać prostych porównań, „Czarne echo” i „Czarny lód” wypadałoby zestawić z twórczością Michaela Manna. Wysoce prawdopodobne, że kręcąc „Gorączkę” Mann znał powieści Connelly’ego – ich podejście do metodyki policyjnej pracy, mitu samotnego (czyt. osamotnionego) stróża prawa i ikonografii Los Angeles jest zbieżne, a obie opowieści w tym samym stopniu wybrukowane są głodem bliskości i doznań. Wyżej w gatunku są już tylko Chandler i Ellroy.

Komiks



”100 naboi”, jeden z hitów polskiego rynku komiksowego z czasów chwilowego bezkrólewia (czyli krótko po upadku TM-Semic, ale jeszcze przed hegemonią Egmontu), powraca w nowym wydaniu. Pierwotnie autorską serię Briana Azzarella i Eduarda Rissa wydawała u nas Mandragora, małe wrocławskie wydawnictwo, które z dzisiejszej perspektywy należy uznać za kluczowe dla rozwoju lokalnego rynku i rozumienia komiksu jako tworu (także) dla dorosłych. Mandragora wydawała „100 naboi” prawie na bieżąco, mając niespełna dwa lata opóźnienia w stosunku do rynku amerykańskiego, co jak na standard TM-Semikowski (często kilka-kilkanaście lat poślizgu) było prawdziwą rewelacją. Gdy w 2008 wydawnictwo niespodziewanie zwinęło żagle, w Stanach seria wciąż się ukazywała – ze 100 zeszytów w Polsce udało się wydać 42.

Teraz, dekadę później, polski czytelnik ma okazję nie tylko zaznajomić się z ciągiem dalszym, ale przypomnieć sobie sam początek – tytuł wznowił, a jakże, Egmont. 

W pierwszym z pięciu planowanych tomów, obejmującym aż 20 zeszytów, skomplikowana intryga spiskowa, z której dzisiaj „Naboje” słyną, rozwija się powoli. Zanim dowiemy się o co chodzi agentowi Gravesowi i jego Minutemenom, i jaki mieli wpływ na amerykańską historię, poznamy szereg pozornie niezwiązanych ze sobą postaci – (nie)szczęśliwców, którym dano broń, 100 sztuk niemożliwych do namierzenia naboi oraz tożsamość osoby, będącej sprawcą ich niedoli. Jak wykorzystają tę wiedzę i daną im sposobność, zależy już tylko od nich. Motywy winy, moralności i przypadku dominują w kolejnych mini-opowieściach (średnio po 3-4 zeszyty każda), a okraszone żywymi dialogami, prostą kreską i oszczędnym kolorami, idealnie wypełniają gatunkowe założenia pulpy i noiru.

„100 naboi”, wyd. Egmont

Największą atrakcją serii, co dla obu wspomnianych konwencji także typowe, są bohaterowie: przeklęci, połamani i zdesperowani, gotowi na krok ostateczny. Nieważne, czy to latynoska gangsterka, biała kelnerka czy czarny nastolatek – wszyscy tak samo umoczeni w zależności, które pozostają poza ich kontrolą. Każde z nich sięgnęło dna, ale nie każdemu będzie dane się od niego odbić – jedni sami przesądzą o swoim losie, inni będą tylko częścią większego planu. Można się z tym nie zgadzać, poczytać jako wadę, ale w tych krótkich chwilach, gdy perspektywa zostaje oddana im, wszyscy oni – często reprezentujący mniejszości, często wywodzący się ze społecznych nizin – są wiarygodni. Dlatego, choć opowieść o nich spina klamra sensacyjnego spisku, dotykając ich niedoli, dotykamy – jak trywialnie by to nie brzmiało – brudnej prawdy o Ameryce.

W sprzedaży pojawił się trzeci tom „Daredevila – Nieustraszonego” ze scenariuszami Briana Michaela Bendisa i rysunkami Alexa Maleeva. To wielkie zwieńczenie kilkuletniego „runu” Bendisa i Maleeva, którzy przejęli serię w 2001 i tworzyli ją nieprzerwanie aż do 2006, nadając tej postaci (i komiksowi superbohaterskiemu w ogóle) surowy, autorski posmak. Bendis, wówczas znany jako twórca niszowych, realistycznych kryminałów, i Maleev, którego specjalnością są posępne akwarele z lekką nutą innych technik, spotkali się już wcześniej przy okazji kilku zeszytów „Sama i Twitcha”.

Ich „Daredevil” jest przedłużeniem tamtej współpracy i artystystycznych obsesji: przyziemnym, wyrywającym się superbohaterskiej konwencji komiksem na styku pulpowego kryminału i historii obyczajowej, w którym psychologia i wiarygodność są ważniejsze od rozmachu. 

Nie dziwi więc, że zarówno w tym, jak i poprzednich tomach, Daredevil ustępuje miejsca swojemu (co)dziennemu alter ego, prawnikowi Mattowi Murdockowi, a poszczególne historie, częściej niż pośród nowojorskich dachów, rozgrywają się… na salach sądowych, w tanich czynszówkach czy, po prostu, na ulicy. Bendis, który w tym samym czasie tworzył też „Alias”, którego bohaterką była Jessica Jones (ostatni tom niedawno ukazał się w Polsce nakładem Mucha Comics), porusza tu typowe dla gatunku kwestie – moralności, odpowiedzialności czy osamotnienia. Ale filtrując je przez przypadłości swoich czasów, czyni je wyjątkowo nieprzyjemnymi, zatopionymi po uszy w chaosie, desperacji i paranoi epoki po 11 września.

 

 

Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
Krytyk filmowy i publicysta popkulturowy. Prowadzi stronę Pop Glitch
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Kultura

Pop’gląd #7. Szybki przegląd kulturalnych nowości

Nowe wydanie komiksowego hitu „Pjongjang” oraz powrót polskich filmowych hitów z lat 90. - to nasze kulturalne polecaje na ten tydzień.
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
20 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ