Pop’gląd specjalny: przegląd gier

3 minuty czytania
423
0
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
6 kwietnia 2018

Dziś zamiast cotygodniowego przeglądu wydawniczych nowości: książek, komiksów, płyt i filmów, proponujemy szybki rzut oka na półkę z grami. Coś dla fanów rozwałki jak i dla tych, którzy wolą niespieszne strategie.

Oto garść krótkich recenzji, które mogą przydać się poszukiwaczom najbardziej satysfakcjonującej rozrywki.

„Far Cry 5”

To bezpieczny hit: kontynuując dotychczasowe założenia serii, shooter Ubisoftu ma w sobie dość zdrowej energii, by zapewnić kilka dni (tygodni?) satysfakcjonującej rozwałki i na tyle mało nowych rozwiązań, by nie zapisać się w gatunku niczym szczególnym. Brak innowacyjności nie jest tu zresztą wadą: wypracowane mechanizmy wciąż działają nad wyraz sprawnie, a jedną z istotniejszych atrakcji dotychczasowych części było usytuowanie akcji w konkretnej czasoprzestrzeni. Tu jest podobnie: to atmosfera miejsca, w połączeniu z możliwościami jego eksplorowania, jest nadrzędną zaletą gry, przyćmiewając wszystkie potencjalne wady.

fot. materiały prasowe

W „piątce” udajemy się do Stanów – a konkretnie do fikcyjnego hrabstwa Hope w stanie Montana. Przygotowana z tej okazji mapa jest olbrzymia, a zbudowany na niej świat tętni lokalnym folklorem. Religijny fanatyzm, preppersi, polowania na dziką zwierzynę, zapijaczeni „rednecy” w swoich rozklekotanych pickupach – nowy „Far Cry” to spełniony sen nie tylko fana amerykańskiej mitologii, wdrukowanej w masową świadomość przez popkulturę, ale też prowincji jako takiej. Bo to właśnie w leśnej głuszy, na odciętych od świata farmach i w małych zapyziałych miasteczkach toczy się większość rozgrywki. Świat przedstawiony, zbudowany w oparciu o górzysto-leśną topografię prawdziwej Montany, sprawia, że nader łatwo się tu zapomnieć: przystanąć na chwilę pośród drzew i nasłuchiwać dzikiej zwierzyny lub szumu pobliskiego strumienia.

Kto oczekuje więcej, może być rozczarowany: warstwa fabularna, choć potencjalnie interesująca, jest jedną ze słabości piątego „Far Cry’a”. Religia i patriotyzm przefiltrowane przez radykalizm nigdy nie wybrzmiewają tu w pełni, rozdźwięk pomiędzy ciężarem zagadnień a luźną tonacją opowieści bywa… cóż, konsternujący, a główny villain – kaznodzieja-psychopata – jest tylko kalką rozchwianych dyktatorów z poprzednich części. Szczęśliwie, gra daje niewiele okazji, by się nad tym głowić: zanim zapłaczemy nad straconymi szansami, przyjdzie nam posłać kolejny oddział fanatyków w upragnione zaświaty.

Gra jest dostępna na platformach PS4, Xbox One i PC.

„Northgard”

To rzadki przykład udanego wskrzeszenia sentymentu: to strategia czasu rzeczywistego, której nieśmiertelny wzorzec – „Settlers” – został gruntownie przemyślany, skondensowany i dostosowany do dzisiejszych mechanizmów i dynamiki. W grze, osadzonej w świecie Wikingów, pozyskujemy surowce, przydzielamy mieszkańcom profesje i rozbudowujemy osadę, przy jednoczesnym poszerzaniu terytorium i mierzeniu się z przeciwnościami losu. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to swoisty minimalizm: mapy są niewielkie, a liczba budynków i jednostek stosunkowo nieduża.

Nie znaczy to, że gra jest uboga. Wręcz przeciwnie: „Northgard” charakteryzuje się niezwykle inteligentnym modelem rozgrywki – polega ona nie tylko na metodycznym podbijaniu kolejnych terenów, ale także na mądrym zarządzaniu zasobami. Bywa, że większym od wrogiego klanu przeciwnikiem potrafi być… wyjątkowo sroga zima. Jeśli przez lato nie zgromadziliśmy zapasów, nie przetrwamy. Wyraźny jest też nacisk na improwizację i dynamikę rozgrywki – po każdej przegranej mapa jest generowana losowo, co niejednokrotnie wymusza zmianę obranej wcześniej taktyki.

Gdy dodać do tego przyjemną, lekko stylizowaną na retro grafikę, znajomość materiału źródłowego (jednym ze sposobów zwycięstwa jest… utrzymanie bramy Asgardu – mitologicznej krainy nordyckich bogów) i udany tryb dla jednego gracza (9-12 godzin rozgrywki), okaże się, że „Northgard”, mało promowany tytuł, który niepostrzeżenie przemyka przez nasz rynek, jest jednym z jego tegorocznych czarnych koni. Przynajmniej, jeśli chodzi o strategie.

Gra jest dostępna na platformie PC.

„Assassin’s Creed: Rogue Remastered”

Miesiąc bez kolejnego tytułu z serii „Assassin’s Creed” jest najwyraźniej miesiącem straconym, bo choć najnowszej części wciąż nie widać na horyzoncie, to trzeci miesiąc z rzędu w sprzedaży pojawia się jakaś „assassinowa” pozycja. Po dwóch dodatkach do zeszłorocznego „Origins” przyszła pora na zremasterowaną wersję „Rogue”. Sytuacja to dość specyficzna: część ta, pierwotnie wydana w roku 2013, stanowiła modelowy przykład stagnacji marki, a jednak z jakiegoś powodu do dzisiaj cieszy się niesłabnącym uznaniem fanów serii. Dla nich, i tylko dla nich!, adresowany jest niniejszy remaster.

fot. materiały prasowe

Technicznie wygląda to w porządku – grę wzbogacono o nowe tekstury, poprawiono wybrane efekty wizualne. Ale nie rewelacyjnie: zdarzają się problemy z rozmytymi twarzami, odbarwieniami tekstur czy innymi niedogodnościami znanymi z wersji sprzed pięciu lat. Przy odrobinie złych chęci można wręcz uznać, że mamy do czynienia nie tyle z remasterem, co prostą konwersją. W samej grze zmieniło się zresztą niewiele, a powrót do niej po latach, zwłaszcza po udanym „Origins” przypomina o tym, co od tego czasu zdołano poprawić (krótka kampania, fabularne bzdury) lub ubogacić (eksploracja terenu, charakterystyka postaci).

Gra jest dostępna na platformach PS4 i Xbox One.

Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
Krytyk filmowy i publicysta popkulturowy. Prowadzi stronę Pop Glitch
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Gry i aplikacje

Na cześć nowej Lary Croft – najgorsze ekranizacje gier wideo

Kinowe adaptacje gier wideo bywają lepsze lub gorsze. Zazwyczaj jednak gorsze. Z pewnością znajdą się tacy, którzy uznają, że dobra ekranizacja tego typu jeszcze nie powstała. I wcale nie będą mijać się z prawdą.
Rafał Christ
Rafał Christ
5 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ