Projekt Kodeksu pracy był zły, ale to, jak potraktował go PiS, jest jeszcze gorsze

6 minut czytania
1075
1
Martyna Kośka
Martyna Kośka
9 kwietnia 2018

Rzecznik PiS Beata Mazurek oświadczyła, że „Prawo i Sprawiedliwość nie pracuje nad żadnymi zmianami w kodeksie pracy. Propozycji Komisji Kodyfikacyjnej nie poprzemy”. A Polacy jak sobie radzili z kodeksem z połowy lat 70., tak nadal będą z niego korzystać.

Wszystko wskazuje więc na to, że cała praca Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy, która przez 18 miesięcy przygotowywała projekt dwóch ustaw: indywidualnego prawa pracy (czyli tych regulacji, które dotyczą wszystkich zatrudnionych) i zbiorowego prawa pracy (dotyczącego związków zawodowych) pójdzie w piach. Za tych 18 miesięcy pracy podatnicy zapłacili prawnikom z komisji blisko milion złotych.

Rewolucji nie będzie

Analizom nie było końca. Każdego dnia w mediach pojawiały się artykuły wyjaśniające, jak rozumieć kolejną kontrowersyjną propozycję, a eksperci ostrzegali jak straszne szkody poczyni wejście w życie nowych przepisów. Dziennikarze żarliwie podchwytywali każdy rzucony mediom kąsek i analizowali, rozbierali na części i, umówmy się, wyśmiewali je w całej rozciągłości.

Wkrótce miały rozpocząć się publiczne konsultacje projektu nowego Kodeksu pracy. Fraza „rewolucja na rynku pracy” była odmieniana przez wszystkie przypadki. Dziś już wiemy, że rewolucji nie będzie.

14 marca Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Elżbieta Rafalska otrzymała  finalny projekt, efekt półtorarocznej pracy Komisji. Na zapoznanie się z nim dała sobie miesiąc (co znamienne, projektu nie udostępniono opinii publicznej – niczym w starych, złych czasach trafił do rąk minister i przepadł w jej szufladzie. W internecie krążą wprawdzie PDF-y z projektem, ale najpewniej zostały „wyniesione” przez któregoś z członków Komisji. Pełnią rolę takiej współczesnej bibuły, którą przekazują sobie zaufani ludzie), ale w połowie wyznaczonego czasu rzecznik PiS Beata Mazurek oświadczyła, że „Prawo i Sprawiedliwość nie pracuje nad żadnymi zmianami w kodeksie pracy. Propozycji Komisji Kodyfikacyjnej nie poprzemy”.

PiS nie wyjaśnia, po prostu informuje

Jasne, PiS to tylko jedna z partii w polskim parlamencie, ale przecież najliczniejsza, więc bez jej poparcia żaden projekt nie zostanie przekuty w ustawę. Tak więc dokument, który przygotowało grono 14 prawników może zostać włożony do niszczarki, a Polacy jak sobie radzili z kodeksem z połowy lat 70., tak nadal będą z niego korzystać.

Jestem tylko nierozumiejącym tej dziwnej sytuacji obywatelem.

Nic to, że Komisję Kodyfikacyjną powołał rząd Beaty Szydło (nie można więc powiedzieć, że to ta zła Platforma Obywatelska wpadła na głupi pomysł pisania prawa od nowa) i nic też, że Ministerstwo Rodziny miało w niej swojego przedstawiciela który na bieżąco mógł informować stronę rządową, jakie pomysły się w eksperckim gronie wykluwają. Teraz resort udaje, że nie miał pojęcia, jakie przedziwne postanowienia przelewa na papier Komisja i dopiero po  szybkiej lekturze minister Rafalska (choć niewykluczone, że w tej sprawie decyzyjna była zupełnie inna osoba) krzyknęła: po moim trupie! Ten projekt nie wejdzie w życie!

W sumie po co kombinować, czterdziestoletni kodeks też jest dobry i na miarę XXI wieku..

Kodeks konserwował stary system

Nie zamierzam bronić projektu, bo był zły w każdym punkcie. Odpowiadał rynkowi pracy lat 90. ubiegłego wieku, a ignorował wiele zmian, które się obecnie dokonują. Garść przykładów: projekt nijak nie uwzględniał, że nie wszyscy pracownicy marzą o pracy na etacie na rzecz jednego tylko pracodawcy. Nie miał nic do zaproponowania freelancerom. Kodyfikatorzy z przedziwnym uporem forsowali pomysł całkowitego wyeliminowania umów cywilnoprawnych i zmuszenia wszystkich do pracy na etacie (pod pewnymi warunkami dopuszczali możliwość założenia działalności gospodarczej). Projekt bardzo mocno ograniczał wariant, w którym pracownik wykonuje, po godzinach, zlecenia czy zamówienia dla innej firmy.

Niezrozumiałe wydaje się wprowadzenie zastrzeżenia, że urlop na żądanie musi być zgłoszony z co najmniej 24-godzinnym wyprzedzeniem. Stoi to w zupełnej sprzeczności z ideą tego rodzaju urlopu, który ma ratować pracownika w pilnych, nie dających się przewidzieć sytuacjach. Takie drobne wypadki przy pracy nie zrażały Komisji, która brnęła dalej – i co pomysł, to było gorzej.

Żadnych badań rynku pracy

Przysłowie mówi, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Projekt doskonale te prawdę odzwierciedla. Żaden z członków Komisji nie powiedział publicznie, że jest zadowolony z jego kształtu. Najgłośniej mówiła o tym prof. Monika Gładoch, która reprezentowała organizację Pracodawcy RP. Jako pierwsza miała odwagę, by powiedzieć, że projekt jest zły i ona go nie poprze.

Rozmawiałam z panią Gładoch na tydzień przed zakończeniem prac Komisji. Przez ponad dwie godziny patrzyłam na człowieka, który jest bardzo rozczarowany tym, w czym wziął udział. Widać, że było jej głupio, że zgodziła się wejść do grupy kodyfikatorów. Powiedziała mi zresztą, że gdyby wiedziała, że ostateczny projekt będzie szedł tak bardzo w poprzek nowoczesnym, sprawdzonym w innych krajach rozwiązaniom, to na udział w pracach przenigdy by się nie zgodziła.

To jest rewolucja robiona przez grupę partyzantów nieuzbrojonych w żadną amunicję. Czas jest bardzo krótki. Nie mamy narzędzi eksperckich oraz żadnych badań rynku pracy, które by odpowiadały, ile wprowadzenie tych zmian będzie kosztowało – powiedziała zapytana o próbę oceny finalnego dokumentu.

Zmarnowana szansa na dyskusję o dobrym prawie pracy

Projekt miał być podstawą do dalszych prac nad kodeksem, którego ostateczny kształt mógł znacznie odbiegać od projektu. PiS zamaszystym ruchem zdecydował jednak, że nie ma o czym dyskutować.

Tym samym rodzi się w Polsce interesująca tradycja powoływania Komisji kodyfikujących prawo pracy, których projektami można później co najwyżej podeprzeć chwiejący się stolik. W 2006 r. zakończyła prace komisja pod przewodnictwem obecnego wicemarszałka Senatu prof. Michała Seweryńskiego. Zacne grono popracowało, spisało pomysły, następnie się rozwiązało i każdy poszedł w swoim kierunku.

Po prostu wyrzućmy ten projekt do śmieci.

Powoływanie Komisji, których projekty nie są później nawet dyskutowane, to w mim przekonaniu nie tylko instrumentalne traktowanie prawa („Pokażmy ludziom, że wcale nie jest tak, że uchwalamy prawo po nocach. Powołajmy Komisji. Dajmy jej za mało czasu na napisanie przemyślanego projektu, ale a tyle dużo, by zamknąć usta krytykom” – wyobrażam sobie, że tak właśnie mogła wyglądać rozmowa jakichś ważnych ludzi w poprzednim rządzie), ale i kpina z obywateli.

Biorąc skalę wydatków państwowych może nie jest to bardzo dużo, ale o zasady tu chodzi. Skoro publiczne pieniądze są przeznaczone na stworzenie liczącego ponad 500 artykułów dokumentu, to niech później stanowi on bazę do pogłębionej, rzetelnej analizy. Różne instytucje chciały zgłosić swoje uwagi do projektu, rzucić światło na ważne dla rynku pracy kwestie. Zostały tego prawa pozbawione.

Losy państwa zbyt często ważą się w sieciach społecznościowych

Czy oświadczenie rzecznik PiS definitywnie kończy prace nad projektem? Właściwie to nie wiadomo. Beata Mazurek nie sformułowała żadnego oficjalnego oświadczenia, nie zwołała konferencji, nawet nie opublikowała stanowiska na stronie internetowej partii. Nic z tego. Napisała tweet.

Nie bardzo rozumiem, jaką moc mają pojedyncze zdania pisane w mediach społecznościowych. Taka formę komunikacji odbieram przede wszystkim jako ogromne lekceważenie obywateli – i spłycanie problemu. Jeśli mam coś ważnego do powiedzenia siostrze, nie wysyłam jej szybkiego SMS-a. Gdy chcę pocieszyć koleżankę w trudnej sytuacji życiowej, nie wysyłam jej na Facebooku emotikonki z serduszkiem. Gdybym pełniła ważną funkcję w państwie, nie wpadłabym na pomysł, by o oficjalnych (podobno) decyzjach kierownictwa partii informować na Twitterze.

Ale cóż, jestem tylko nierozumiejącym tej dziwnej sytuacji obywatelem. I nie zapowiada się, by ktokolwiek planował mi ją objaśnić.

Hurtownie prawa

Produkcja prawa trwa w Polsce w najlepsze. W ubiegłym roku w życie weszło 27,1 tys. stron maszynopisu nowych aktów prawnych. To bardzo dużo i samopoczucia nie poprawia nawet fakt, że to i tak spadek o 16 proc. W stosunku do roku poprzedniego. Pisanie prawa ruszyło z kopyta po tym, jak Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Trzeba było implementować masę unijnych dyrektyw, dostosować nasze prawo do standardów unijnych. To wszystko zrozumiałe. Później jednak coś wymknęło się spod kontroli: parlamentowi najwyraźniej tak się spodobało pisanie prawa, że zaczął to robić hurtowo, na kilometry.

Pisanie prawa to nie sport!

Co roku zapędy legislacyjne ustawodawcy bada firma audytorska Grant Thorton. Raport dostarcza materiałów dla poważnych przemyśleń, szerze polecam.

Ilość zupełnie nie przekłada się na jakość. Nie trzeba mieć doktoratu z prawa, by wiedzieć jak bardzo niespójne są regulacje obowiązujące w naszym kraju. Pisanie prawa to trudna sztuka i na pewno nie podobają jej jeden czy drugi parlamentarzysta. Dobrze, że pisanie najobszerniejszych ustaw powierza się komisjom kodyfikacyjnym, w skład których wchodzą specjaliści z danej dziedziny prawa.

Mieliśmy w powojennych latach kilka bardzo dobrych komisji. Efektem prac jednej z  nich jest Kodeks cywilny. Nowelizowany w różnych latach, ale jednak w podstawowym zrębie napisany bardzo dobrze, spójnie, czytelnie. Prawo pracy ewidentnie nie ma szczęścia. Obecnie obowiązująca ustawa jest przestarzała i wcześniej czy później będzie musiała być nie tyle zmieniona, co napisana na nowo. Może kolejny rząd weźmie to na siebie? A może pójdzie krok dalej i zleci napisanie projektu nie dydaktykom i kadrze profesorskiej, ale prawnikom z prestiżowych kancelarii, którzy na co dzień stykają się z praktycznymi problemami prawnymi w sądzie oraz przy doradzaniu klientom?

Jest to wariant, którego z góry nie można przekreślać. Pewnie gdyby zlecić napisanie kodeksu „na zewnątrz”, obyłoby się bez kwiatków o przymusowym wykorzystaniu urlopu w roku, za który się należy. To jednak pieśń przyszłości…

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Opinie

Może i społeczeństwo nie lubi komorników, ale ich brak odczuje boleśnie

Niepewność co do przyszłości zawodu – oraz coraz niższe dochody – sprawiają, że coraz mniej absolwentów prawa jest zainteresowanych wykonywaniem zawodu komornika. Z roku na rok jest ich coraz mniej i nowa ustawa raczej tego nie odwróci.
Martyna Kośka
Martyna Kośka
19 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ