Przemoc, uzależnienia i zły system – piekło „dzieci psychiatryka”

6 minut czytania
536
0
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
18 kwietnia 2018

Czesława Drałus w książce „Dzieci psychiatryka” opisała dramatyczne losy swoich byłych pacjentów z oddziału zamkniętego: molestowanych, bitych, gwałconych. Wypunktowała także wady systemu opieki nad nimi. Obecnie pracuje nad kolejną częścią, a nam opowiada z jakimi problemami dzieci trafiają do szpitali psychiatrycznych, z czym muszą się mierzyć i jak radzą sobie po wyjściu.

Olga Siemoniak: Zacznijmy od początku, czyli od książki „Dzieci psychiatryka”. Napisałaś ją, bo twoja była podopieczna wręczyła ci swój pamiętnik.

Czesława Drałus: Tak. Dostałam od jednej z pacjentek szpitala, w którym pracowałam niemal siedem lat, wstrząsający pamiętnik. Pomyślałam, że coś muszę z tym zrobić i tak przez ponad rok powstawała książka, w której opowiadam losy moich podopiecznych. Jest w niej na przykład historia chłopca, który gwałcony był przez kolegów matki i za jej zgodą czy 14-letniej dziewczyny, którą mama wysyłała na ulicę, by ta zarabiała na piwo i papierosy dla niej.

Po wydaniu książki zostałaś zwolniona ze szpitala czy sama odeszłaś?

Do odejścia zostałam zmuszona szantażem. W obecności dyrektora, kadrowej, przełożonej pielęgniarek i oddziałowej zorganizowano ,,sąd kapturowy”, gdzie przedstawiono mi wiele zarzutów, ale najgłówniejszym było złamanie tajemnicy zawodowej. Dyrektor nie wziął pod uwagę, że nie zdradziłam prawdziwych imion dzieci, do tego czytelnicy zostali poinformowani, że wszelkie podobieństwa do osób i zdarzeń są przypadkowe. Nie dał mi dojść do głosu, za to dostałam dwie minuty na podjęcie decyzji czy rozstaniemy się za porozumieniem stron, czy wręczy mi wypowiedzenie dyscyplinarne. Szybko musiałam przeanalizować swoją sytuację. Nie należałam do osób majętnych, w szpitalu zarabiałam mniej, niż bym dostawała za pracę w markecie, do tego sprawy sądowe trwają, a jak ktoś chce komuś zaszkodzić, to zawsze coś znajdzie. Zasada ,,dajcie mi człowieka, a ja znajdę na niego paragraf” w szpitalu, w którym pracowałam, działała rewelacyjnie. Podpisałam więc wypowiedzenie, nie pozwolono mi nawet pożegnać się z dziećmi. Co ciekawe ordynator szpitala udzielił mi ustnej zgody na napisanie książki, ale jakoś wszyscy o tym zapomnieli.

Dzieci mierzą się z problemami alkoholizmu czy narkomanii, są ofiarami przemocy, gwałtów, są dręczone, poniżane, zmuszane do prostytucji czy związków kazirodczych.

Mimo że nie pracujesz już w szpitalu psychiatrycznym, piszesz właśnie drugą część „Dzieci psychiatryka”.

Tak naprawdę zupełnie tego nie planowałam, ale po zmuszeniu mnie do odejścia z pracy dzieci zgłaszały się do mnie przez Facebooka i zdradzały rzeczy, o których nie mogły mi powiedzieć wcześniej, bo łączyła nas relacja pacjent – pielęgniarka. Zwierzały się, jakie przeszły piekło po opuszczeniu szpitala, jak wiele je kosztowało wyjście na prostą. Wytykały też niedoskonałości systemu, a często przyznawały, że pobyt w szpitalu był stratą czasu. Do tego deklarowały, że chcą, bym o nich napisała, a ja uważam, że jestem im to winna. Pacjentów będzie przybywało, z roku na rok jest ich coraz więcej i wierzę, że moja książka może komuś pomoże. To jest taka moja misja.

Z jakimi problemami dzieci trafiają do szpitala psychiatrycznego?

W latach dziewięćdziesiątych została sklasyfikowana nowa jednostka chorobowa: zaburzenia emocji i zachowania. Stanowi ona złożony zespół problemów emocjonalnych, dotyczących postępowania dzieci i młodzieży. Obecnie ta jednostka chorobowa dominuje w oddziałach dla dzieci i młodzieży. Zdarzają się także typowe lub zawoalowane jednostki chorobowe, takie jak schizofrenia, choroba afektywna dwubiegunowa czy depresja. Ale trafiają do szpitali też dzieci z upośledzeniem umysłowym, autyzmem, ADHD, anoreksją, bulimią, czy uzależnieniami. Dzieci mierzą się z problemami alkoholizmu czy narkomanii, są ofiarami przemocy, gwałtów, są dręczone, poniżane, zmuszane do prostytucji czy związków kazirodczych. Do szpitali trafia też coraz więcej dzieci nie z rodzin patologicznych, a tych uchodzących za dobre, gdzie rodzice są wykształceni i majętni. Wygórowane ambicje, kolejne gadżety zamiast czasu i uwagi, brak zrozumienia – to wszystko powoduje frustracje, a w dalszej kolejności sięganie po używki, okaleczanie się, a nawet próby samobójcze.

Gdybyś miała jednym słowem ocenić stan psychiatrii dziecięcej w Polsce, jakie byłoby to słowo?

Dramat.

Dlaczego?

Psychiatria w Polsce jest zepchnięta na margines. Dotyczy to tak dorosłych, jak i dzieci. Dziecko to jednak bardzo wymagający pacjent. Nie wystarczy dać mu dachu nad głową i czegoś do jedzenia, trzeba także zadbać o jego sferę psychiczną. Dzieci są w trakcie rozwoju i praca z nimi jest bardzo skomplikowana. Brakuje wykwalifikowanego personelu i na wiele uchybień przymyka się oko. Ten brak personelu rzutuje na wiele aspektów opieki nad dziećmi. Dzieciom w takich placówkach brakuje rozmowy, zainteresowania, traktowania podmiotowego. W szpitalu, w którym pracowałam, brakowało również właściwego zagospodarowania czasu. Resocjalizacja przebiegałaby sprawniej, gdyby dzieci nie miały czasu na nudę. To przez nią dochodziło do buntów, agresji, czy zaburzonych relacji z rówieśnikami. Są szpitale, w których dzieci mają całodzienny dostęp do psychologa, w których angażuje się pacjentów w działania szpitala, organizując im różnorodne zajęcia, w moim były one bardzo okrojone. Psycholog był tylko przez trzy godziny dziennie, a dzieciaki nie miały zajęcia zgodnego z ich zainteresowaniami. Często w oddziałach brakuje przestrzeni, bo przyjmuje się więcej pacjentów, nie ma też sprzętów chociażby do przechowywania ubrań, nie ma szatni z prawdziwego zdarzenia, bibliotek, pomieszczeń, w których dzieci mogłyby sobie przyrządzić posiłek, tak by jadły wtedy kiedy są głodne, a nie tylko na komendę. Pamiętajmy, że niektórzy pacjenci leczą się przez kilka lat i na pewno łatwiej byłoby im wrócić do normalnego życia, gdyby w szpitalu miały jego namiastkę: rytm, obowiązki, zajęcia.

Dzieciom w takich placówkach brakuje rozmowy, zainteresowania, traktowania podmiotowego.

Jak zatem dzieci, twoi byli pacjenci, gdy osiągną już pełnoletność radzą sobie w prawdziwym życiu?

Stają się niejednokrotnie ofiarami bezdusznego systemu i pracodawców. Systemu, bo mogą się zgłaszać do opieki społecznej, która jest przeciążona albo mało zaangażowana. Często kojarzy dzieci z danym środowiskiem, z którym nie ma dobrych skojarzeń i nie bardzo chce im pomóc. Dzieci z domów dziecka z kolei, wchodząc w dorosłość, dostają pieniądze na start. By je dobrze wykorzystać, potrzebowałyby samodyscypliny i wsparcia kogoś życzliwego. Ale tego wsparcia nie ma. Dzieciak, po latach tułaczki między domem dziecka, a szpitalami psychiatrycznymi, nie ma pojęcia o tym, jak robić zakupy, jak rozplanować domowy budżet, jak szukać pracy, słowem – jak odnaleźć się w realnym życiu, gdzie skazany jest sam na siebie. Nikt mu już nie zapewni wiktu i opierunku. Patologiczne rodziny chętnie oferują opiekę, żeby dobrać się do pieniędzy dziecka. Jak te zostaną wydane, to kop w tyłek. Pracodawcy z kolei prędko orientują się z kim mają do czynienia i zatrudniają na minimum etatu. Płacą śmieszne pieniądze, a dzieci wykorzystują jak niewolników. Te, bez pracy i pieniędzy sięgają po to, co znały najlepiej. Prostytucja, dilerka, kradzieże to ich sposób na życie. Jeśli uda im się znaleźć, kogoś kto pomoże i wesprze, to mają szansę, jeśli nie – trafiają na ulice, bez dachu nad głową, do więzienia, albo pod skrzydła kogoś, kto je skrzywdzi. Wiele dziewczyn prędko zachodzi w ciążę, są bite i poniżane, a dzieci są im odbierane. Nawet te, którym się udało, przeszły niesamowite piekło. Udaje się tym, którzy mają prawdziwe wsparcie lub decydują się na wyjazd za granicę. Wygranych jest kilka procent.

Kiedy opowiadasz o swoich podopiecznych, o dzieciakach, z którymi masz kontakt, o ich dalszych losach, jest w tym dużo serca, zaangażowania, emocji. Tęsknisz do pracy z nimi?

Obecnie pracuję na etacie na neurologii we Wrocławiu, a dorabiam w innych szpitalach na zlecenie. Rozważałam powrót do pracy z dziećmi, bo zawsze miałam z nimi bardzo dobry kontakt, ale nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli. Poza tym bardzo emocjonalnie podchodziłam do takiej pracy, co mnie mocno wypalało. Dużo kosztuje mnie też pisanie drugiej książki, ponieważ głęboko przeżywam to, z czym mierzą lub mierzyły się „moje” dzieciaki. Z jednej strony więc chciałabym wrócić do pracy z nimi, z drugiej – boję się.

Książkę Czesławy Drałus (wydanej pod pseudonimem Sara Romska) „Dzieci psychiatryka” można kupić tutaj. Druga część ukaże się jesienią tego roku.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

 

 

Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
Rocznik '86, absolwentka polonistyki, zawodowo klepie teksty, prywatnie i od czasu do czasu – męża. Social media sierota, która prowadzi bloga www.znetawziete.pl.
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

Ludzie

Brakuje lekarzy, terapeutów, miejsc na oddziałach dla dzieci – psychiatria dziecięca w Polsce nie istnieje

„Moja córka chorowała. Po wyjściu ze szpitala popełniła samobójstwo. Błagam o to, żeby zmienić te szpitale" – napisała do mnie kobieta, która mieszka na drugim końcu Polski. Tyle że nie bardzo jest co zmieniać. Psychiatria dziecięca to coś, czego w Polsce właściwie nie ma. Trzeba ją zbudować, stworzyć od podstaw.
CZYTAJ WIĘCEJ

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akceptuję.