Sport może być tak szkodliwy jak heroina. Rozmowa z Robertem Rutkowskim, terapeutą uzależnień

8 minut czytania
3612
0
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
7 kwietnia 2018

U niektórych zawodowych sportowców występuje syndrom odstawienny. Jak przestają trenować, to pojawia się pustka, podobnie jak u narkomana, który odstawił heroinę. Są tacy, którzy po długim okresie czynnego uprawiania sportu muszą się detoksykować.

Edyta Ochmańska: Uprawianie sportu jest czymś wspaniałym, do momentu kiedy nie zmieni się w obsesję. Siedem prób wejścia na Nanga Parbat Tomasza Mackiewicza możemy nazwać godnym podziwu wyczynem, ale równie dobrze destrukcyjnym uzależnieniem, które usypia rozum.

Robert Rutkowski: Żyjemy w czasach, w których konsekwencja jest wartością. Dla jednego himalaisty wchodzenie na ośmiotysięczniki to po prostu pasja obarczona ryzykiem. Natomiast gdy zaczyna łączyć się z próbą udowodnienia światu i sobie, że jest się najlepszym, staje się śmiertelnie niebezpieczna. Tomek Mackiewicz z jednego uzależnienia wszedł w drugie. Narkotyki były pułapką, w którą wpadł, zanim odkrył wspinaczkę i Himalaje. Heroiniści przyzwyczajeni do nieprawdopodobnych uniesień mają problem ze znajdowaniem przyjemności w zwykłym, szarym życiu. Codzienność jest nudna. Po odwyku Tomek szukał dla siebie nowego celu. Podróżował po świecie, pracował w ośrodku dla osób zarażonych trądem, opiekował się dziećmi i uczył angielskiego. Potem zaczął się wspinać. Szukał takich doznań, jakie miał pod wpływem heroiny. Jeśli siedmiokrotnie ktoś dostaje sygnał: „przystopuj”, a tego nie robi, to możemy mówić o uzależnieniu. Tomasz Mackiewicz miał obsesję na punkcie Nanga Parbat.

Codzienność była dla niego nie do zniesienia?

Dostawał bardzo silne komunikaty zwrotne, które do niego nie dotarły. Zaniedbał sprawy egzystencjalne. Dzieci mówiły mu: „tato, nie jedź”, żona prosiła: „zostań”. Tymczasem facet kompletnie odleciał. To, co dzieje się z człowiekiem siedem tysięcy metrów nad ziemią, to jest totalny, z niczym nieporównywalny haj. Podziwiam takich ludzi, ale sam bym się tam nigdy nie wybrał. To jest dla tych, którzy potrafią wyłączyć instynkt samozachowawczy. Poruszają się na krawędzi życia i śmierci. Ale nie każdy zdobywca szczytów to niepijący alkoholik czy niebiorący narkoman. Zdecydowana większość to w miarę normalni ludzie. W miarę, bo mają jednak dość specyficzny profil psychologiczny. Podobnie jak żużlowcy, kierowcy rajdowi, spadochroniarze i inni reprezentanci sportów ekstremalnych, w przypadku których wypadek prowadzący do kalectwa czy śmierci jest normą.

Przyjrzałem się Tomkowi Mackiewiczowi, chociaż nie poznałem go osobiście. Jest mi bliski w tym sensie, że ja również przeszedłem przez uzależnienie od heroiny, aż w końcu osiągnąłem w życiu harmonię.

Wyżej, mocniej, więcej!

Jak udało się panu wyjść z nałogu?

Pół życia uciekałem od siebie samego. Tylko dlatego, że siebie nie lubiłem, że nie zostałem nauczony szacunku do samego siebie. Szukałem więc doznań na zewnątrz.

Kiedy człowiek znajdzie spokój w sobie i zaakceptuje siebie takim, jakim jest, zaczyna dostrzegać energię życiową w małych rzeczach. Dotarło do mnie, że skoro siebie polubiłem i zaakceptowałem, to nie potrzebuję żadnych narzędzi, które będę wykorzystywał, żeby od siebie uciec. Zaczęła mnie podniecać szarość i banalność. Przekonałem się, że prawdziwy odlot, prawdziwy haj jest właśnie w zwykłym szarym życiu, a najwięcej przyjemności kryje się w powszechnych, prostych czynnościach. Teraz jestem uzależniony od codzienności. Okazało się, że większy kłopot sprawiło mi odnalezienie spokoju umysłu i rozsmakowanie się w codzienności niż odstawienie heroiny.

W gabinecie poznaję smak i cenę uzależnienia od wielu rzeczy: seksu w najróżniejszych konfiguracjach, a także pieniędzy i władzy, bo one uzależniają tak samo jak narkotyki czy alkohol. Ale w gruncie rzeczy nie ma silniejszego i zapewniającego większy haj narkotyku niż najdoskonalszy wytwór ludzkiego umysłu: spokój.

Pan też uprawiał sport wyczynowo.

Tak. Ale gdy przez swoje błędy i nieodpowiednie decyzje doświadczyłem wewnętrznego rozdarcia, ten sport po latach przydał mi się, żeby stanąć na nogi. W naprawdę krytycznych momentach odzywała się sportowa motywacja. Jak to? Nie dam rady? Swoje doświadczenie wykorzystałem, pracując jako opiekun psychologiczny z reprezentacją żużlowców, m.in. z Tomaszem Gollobem. Dziś w swoim gabinecie mam mnóstwo byłych sportowców, którzy kiedyś byli zawodowcami, brali udział w olimpiadach. Kiedy kończyli kariery, stopień ich wycofania społecznego i depresji był tak wysoki,  że kwalifikowali się na farmakoterapię. U niektórych zawodowych sportowców występuje syndrom odstawienny. Jak przestają trenować, to pojawia się pustka, podobnie jak u narkomana, który odstawił heroinę. Są tacy, którzy po długim okresie czynnego uprawiania sportu muszą się detoksykować.

Nawiasem mówiąc, Adam Małysz jest przykładem sportowca, od którego studenci psychologii mogliby się uczyć, jak powinno się zakończyć karierę.

Natomiast Robert Kubica jest przykładem człowieka, który nie potrafi żyć bez sportu, mimo poważnego wypadku.

Czasami zaprzestanie tego typu aktywności jest zbawienne. Dopiero kontuzja daje czas na refleksję, uświadamia niektórym, że są uzależnieni. Nie potrafią funkcjonować w unieruchomieniu, więc żeby nie popaść w depresję, nierzadko zrzucają wcześniej gips lub przerywają rehabilitację, żeby trenować.

A co było największym problemem w pracy z żużlowcami?

Ich ojcowie. Większość teamów była skonstruowana tak, że syn zawodnik miał ojca, który był  trenerem, menedżerem i ojcem, czyli świętą trójcą. Ojcowie odbierali zawodnikom całą przyjemność płynącą z uprawiania żużla. Tomek Gollob zabronił ojcu wchodzenia do boksu, powiedział mu: „wypad”.

Podobnie bywa w tenisie.

André Agassi napisał ciekawą biografię, która rozpoczyna się od słów: „Nienawidzę tenisa”. Ojciec, który go trenował, był świrem, tyranem wywierającym na niego niesamowitą presję. Zawodnik trenował nie dla siebie, tylko dla ojca. Realizował opracowany przez niego projekt. Jeśli przegrał mecz, dostawał srogą karę. To był zamordyzm. Tacy ojcowie wariaci chcą kompensować swoje deficyty za pośrednictwem synów.

Robert Rutkowski, terapeuta uzależnień

Zróbmy skok do piłki nożnej. Wielu piłkarzy, którzy grają w pierwszej lidze, musi trenować codziennie. Kiedy mają jeden dzień przerwy, nie potrafią się odnaleźć, źle się czują, są rozdrażnieni.

Brakuje im prawdopodobnie neurohormonów, które wydzielają się podczas treningów. Niektórzy są uzależnieni nie od treningów, tylko właśnie od substancji, które mózg produkuje  podczas wysiłku. Są to endorfina, serotonina, dopamina czy oksytocyna, dające uczucie przyjemności. Każda z tych substancji ma odpowiednik w postaci narkotyków: kokaina ma odpowiednik w neurohormonie, jakim jest dopamina czy serotonina; endorfiny to dla naszego mózgu heroina; oksytocyna zaś to połączenie heroiny z kokainą. Mózg można by uznać za jednego z najbardziej aktywnych dilerów na planecie.

Narkoman pobiera narkotyki z zewnątrz na rozmaite sposoby, ale można również stymulować produkcję tych substancji w naszym mózgu poprzez sport. Każdy z nas ma w głowie osobistą fabryczkę heroiny i innych naturalnych opiatów. Możemy tak uporządkować własne życie, przewartościować je, że stanie się źródłem spokoju bez konieczności sięgania po sztuczne i wyniszczające środki z zewnątrz. Każdy, kto szuka szczęścia poza sobą, zawiedzie się.

U uzależnionych od biegania czy treningów każde odstępstwo od narzuconej sobie dyscypliny powoduje poczucie winy i strachu. W którym momencie trening staje się destrukcyjny?

Niepokojące objawy to: wewnętrzny przymus, podporządkowanie rozkładu zajęć treningom, rezygnacja z zajęć mogących skrócić trening, kontynuowanie treningów nawet w sytuacji zagrożenia zdrowia, a także unikanie spotkań towarzyskich, które mogłyby kolidować z treningami, i traktowanie ich jako niepotrzebnej straty czasu.

Niezaspokojenie na treningu wywołuje frustrację u uzależnionego. Tymczasem jeżeli wysiłek sportowy nie będzie czystą przyjemnością, to mamy problem, bo ciągle nam mało, czegoś nam brakuje. Tam, gdzie mamy do czynienia z uzależnieniem, dochodzi do strat w obszarze rodzinnym, zawodowym i społecznym. Tracimy partnera, pracę oraz zdrowie.

Człowiek rzadko jest w stanie sam stwierdzić, że jest uzależniony, nie potrafi racjonalnie ocenić swoich zachowań. Potrzebuje kogoś zaufanego, kto powie: „Stop. Trzeci maraton w tym roku? Przesadzasz! Skręciłeś staw skokowy, potrzebujesz przerwy”. To są sygnały ostrzegawcze, które niestety uzależniony wypiera, stosując mechanizm iluzji i zaprzeczeń. Człowiek, który zaczyna traktować własną pasję jak nałóg, słucha, ale nie słyszy. Tak jest z maratończykami, triatlonistami czy biegaczami.

Wbrew pozorom wartością w życiu nie jest to, żeby zrobić coś za wszelką cenę, ale żeby umieć zrezygnować. Mimo że opinia publiczna przekonuje nas, że możemy wszystko i jesteśmy zwycięzcami.

10 proc. mężczyzn uprawiających kulturystykę cierpi na bigoreksję. Ich treningi mają charakter obsesyjny, do tego dochodzą agresywne diety. Znajomy androlog powiedział mi, że coraz częściej trafiają do niego mężczyźni uzależnieni od sterydów anabolicznych służących do stymulacji wzrostu mięśni. U większości dochodzi do zaburzeń układu hormonalnego, a w efekcie do impotencji, zaniku jąder i bezpłodności.

To jest problem naszych czasów. Trenujący na siłowni dążą do osiągnięcia pewnego ideału ciała. Większość bigorektyków nie zdaje sobie sprawy z uzależnienia. Silnie rozwinięta muskulatura to jedna z cech idealnego mężczyzny we współczesnym świecie. Kojarzy się ze sprawnością seksualną, symbolizuje męskość, władzę i autorytet.

Problem z bigoreksją leży w psychice. Najbardziej uzależniają się osoby o niskiej samoocenie, mające deficyt na poziomie poczucia własnej wartości. One właśnie wykazują większą skłonność, żeby nieustannie udowadniać coś całemu światu.

Czasami pacjenci pytają mnie, czy codzienne bieganie lub palenie marihuany jest bezpieczne. Odpowiadam, że nie mam pojęcia, bo to zależy od człowieka. Same narkotyki nie są problemem, stają się nim, gdy wejdą w relację z człowiekiem. Trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego chcę się upić w ten weekend, po co chcę biec trzeci maraton w miesiącu? Żyjemy w cywilizacji „protez”, jesteśmy od nich uzależnieni. Ciągle musimy sobie kompensować braki, ale tych w gruncie rzeczy nie da się niczym zamaskować.

Jeżeli wysiłek sportowy nie będzie czystą przyjemnością, to mamy problem.

Im więcej pieniędzy mają ludzie, tym więcej pojawia się możliwości, żeby te zabawki, „protezy” kupować. Wielu pasjonatów popełnia błąd, zamieniając pasję na kasę.

Pieniądze same w sobie nie koją. Często bywa tak, że człowiek im jest bogatszy, tym bardziej zalękniony. Szczególnie gdy nie są to pieniądze, które Anglicy nazywają „old money”, czyli majątek przechodzący z pokolenia na pokolenie, który buduje poczucie bezpieczeństwa.

W biznesie ważnym elementem jest też świadomość, że możemy doświadczyć porażki. A zatem im więcej mamy, tym więcej możemy stracić. Przecież zdarzają się bankructwa, co jest szczególnie dotkliwe, gdy ktoś zostanie okradziony, wykorzystany przez wspólników. Posiadacz majątku przekazywanego z pokolenia na pokolenie nie odczuwa strachu o byt, on ma wbudowane od kilku pokoleń poczucie bezpieczeństwa. To jest zauważalne w Anglii i USA. Natomiast wszyscy ci, którzy są nawet miliarderami w pierwszym czy drugim pokoleniu, nie czują się bezpieczni i muszą sobie to kompensować coraz większymi pieniędzmi.

Ma pan takich pacjentów miliarderów?

Od kilku miesięcy prowadzę na Skypie sesje z Polakiem, który od 35 lat mieszka w Australii. Zwrócił się do mnie z powodu uzależnienia od seksu. Zdecydował się na terapię, gdy stracił na prawników ok. 2 mln dolarów, bo pracownice oskarżyły go o molestowanie. Zacząłem się przyglądać jego życiu. Facet codziennie rano budzi się w swojej willi nad oceanem. Za oknem ma własne lądowisko dla prywatnych helikopterów i przystań dla jachtów. I boi się, że nagle straci majątek i pozycję. Odczuwa wewnętrzny strach, że nagle to wszystko zniknie i dotrze do niego, że to była tylko iluzja.

Kołdra w postaci gadżetów, pieniędzy czy zabawek jest bardzo gruba, ale ma jedną wadę: nie daje ciepła. Taka kołdra może też przybierać postać kolejnego maratonu lub treningu. Ale mimo że jest gruba, nie jest w stanie nas otulić.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Ludzie

Tomasz Mackiewicz. Człowiek, który pokochał Nagą Górę

Tomek Mackiewicz podpisuje się “Czapkins”. Jeszcze trzy dni temu nie miał nawet strony w Wikipedii. Trudno jest znaleźć wykaz jego przejść, bo ich po prostu nie ma. Trzy dni temu nie było go na liście wypraw, które próbowały zdobyć Nanga Parbat – Nagą Górę, na punkcie której Tomek miał obsesję. Aktualna wyprawa, na której już zostanie, była siódma...
Anna-Maria Siwińska
Anna-Maria Siwińska
29 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ