Streetworking nie jest dla tych, którzy chcą zbawiać świat

15 minut czytania
893
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
8 kwietnia 2018

Z pomocą wychodzą na ulicę. Niczego nie narzucają, bo gotowość, żeby zmienić coś w życiu musi wyjść od tej drugiej strony. Oni są tylko narzędziem, które ma pomóc, pokazać inne możliwości, zmotywować, ale nie nauczać. Osoby, z którymi pracuje, Karolina Ulbrych nazywa „nieprzeciętną młodzieżą”. Nie chce mówić o nich „trudna”, bo jak sama podkreśla, oni po prostu potrzebują przestrzeni, do której mogą wejść tacy, jacy są.

Małgorzata Bożek: Jak to się stało, że zostałaś streetworkerką?

Karolina Ulbrych: Jako streetworkerka pracuję od 2006 roku. Z wykształcenia jestem psycholożką. Przez długi czas pracowałam w Ośrodku Interwencji Kryzysowej i Psychoterapii, ale też w Domu Samotnej Matki. Miałam również całodobowe dyżury przy telefonie zaufania czy w szpitalu psychiatrycznym. W tych miejscach sytuacja wyglądała zazwyczaj tak, że osoby, które do mnie przychodziły, najczęściej były przysyłane przez kuratorów, matki, żony czy rodziców. To, że się tam pojawiały, niekoniecznie świadczyło o tym, że mają chęć i gotowość, żeby zmienić coś we własnym życiu. Ich decyzja, żeby do mnie przyjść, była w większości przypadków wynikiem zewnętrznych nacisków, dla świętego spokoju chcieli to załatwić. Pracowałam też przez jakiś czas w sądzie, miałam kontakt z osobami skazanymi, które musiały się ze mną spotykać, bo byłam ich kuratorką. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że aby jakiekolwiek wsparcie było skuteczne, dobrze jest, jeżeli człowiek ma przede wszystkim chociaż minimalną motywację do tego, żeby coś w swoim życiu zmienić i ważne, żeby ta motywacja pochodziła bezpośrednio od niego. O streetworkingu słyszałam, ale bardziej na gruncie zagranicznym, ponieważ w Polsce tak naprawdę cały czas ta dziedzina jeszcze się rozwijała. Obecnie są miejsca, w których funkcjonuje całkiem nieźle, nawet od kilkunastu lat, ale np. w Niemczech jest już osobnym zawodem i tam spotyka się z większym zrozumieniem.

Co cię zainteresowało w tym zawodzie?

To, że co prawda ty wychodzisz do ludzi, ale to oni podejmują decyzję, czy wejść z tobą w kontakt i czy nawiązać z tobą relację. Streetworker jest osobą, która daje ludziom okazję do pewnych działań, ale ostateczna decyzja należy do nich i tylko do nich. Właśnie to mnie najbardziej zachęciło. Kiedy pojawiło się w gazecie ogłoszenie, że w Krakowie rozpoczyna się projekt finansowany ze środków Unii Europejskiej i że poszukują chętnych do pracy, poszłam na rozmowę i mnie zatrudniono.

Jakie predyspozycje potrzebne są do tego rodzaju pracy?

Patrząc na moich kolegów i koleżanki, myślę, że ważniejsze od wykształcenia są dodatkowe predyspozycje, zainteresowania, umiejętności i oczywiście doświadczenie zawodowe. Oprócz tego konieczna jest oczywiście duża otwartość na ludzi i prawdziwość w kontaktach z nimi, szczególnie jeśli chodzi o działania z młodymi osobami, bo tym się głównie zajmuję, pracuję z ludźmi w wieku do 25 lat.

Dlaczego akurat taka granica wieku?

W Polsce w tym wieku najczęściej kończy się naukę, studia, a potem pojawiają się już raczej osoby pracujące. Jeszcze na etapie projektu tak określiliśmy grupę docelową naszych działań. Ja osobiście mogłabym pracować z każdym, kto wpisuje się w profil osoby korzystającej ze wsparcia streetworkera. To niekoniecznie jest związane z wiekiem. Od początku pracowaliśmy z dziećmi i młodzieżą lub z osobami bezdomnymi. Streetworkerzy, którzy pracują w MOPS w Krakowie z osobami  bezdomnymi, o wiele częściej niż my załatwiają tzw. sprawy formalne związane z samą bezdomnością i kontaktują się z lekarzami, służbami porządkowymi czy innymi pracownikami socjalnymi.  W pracy z młodzieżą to raczej kwestia marginalna.

Na ulicę wypycha ich samotność, brak wsparcia, zaniedbanie społeczne, brak zainteresowania.

W przypadku streetworkingu często pojawia się określenie „dzieci ulicy”, a tymczasem w Polsce, jak wspomniałaś, rzadziej mamy do czynienia z takim natężeniem tego problemu, jak w Rosji czy w Ameryce Południowej. Co więc u nas najczęściej wypycha dzieci czy młodzież na ulicę?

Ciekawe jest to, że w dobie globalizacji, nowoczesnych mediów, miliona aplikacji, Snapchatów czy Messengerów oni dalej na tej ulicy funkcjonują. Są też w przestrzeni internetowej i tam również niektórzy streetworkerzy podejmują dodatkowe działania, ponieważ każda z tych osób, często nawet osoba bezdomna, ma telefon i internet. Dla nastolatka największą tragedią jest to, że nie ma komórki. To kwestia komunikowania się z innymi, ale też jakiejś mody, tego, że nie chcą odstawać od innych. Myślę, że zrobiła się z tego pułapka: dzieciaki siedzą na Facebooku i Instagramie, mają po dwa tysiące znajomych, większości z nich nie znają i nigdy nie widzieli, ale to jest takie wyzwanie – kto ma więcej, wygrywa. Po czym przychodzą tutaj i okazuje się, że nikt nie wie, że mają np. myśli samobójcze. Na ulicę – czy na tę rzeczywistą, czy wirtualną – wypycha ich więc cały czas to samo: samotność, brak wsparcia, zaniedbanie społeczne, brak zainteresowania. To niekoniecznie musi się dziać w rodzinie, która ma jakieś olbrzymie problemy. Może być tak, że matka sprząta w Szwajcarii, a ojciec pracuje na budowie w Wielkiej Brytanii, i dziecko albo grupa dzieci są wychowywane przez babcię, która nie jest do końca sprawną osobą. Skoro nie do końca jest w stanie zadbać o siebie, tym bardziej nie zadba o osobę w wieku dojrzewania, a z takimi najczęściej spotykamy się na ulicy.

Z jakimi problemami osoby przebywające na ulicy borykają się najczęściej?

Z całym spektrum problemów. Nie chcę ich stopniować, bo to może być subiektywne. Dla jednego problemem jest to, że nie może zdać z klasy do klasy, a dla innego, że jest w gangu i nie może z niego wyjść. Pojawiają się także różnego rodzaju zaburzenia, dysfunkcje rodzinne, ale też problemy ze znalezieniem pracy. Jeżeli taka osoba jest pełnoletnia, to ma prawo sama decydować o sobie, ja mogę ją tylko wesprzeć, pokazać możliwości. Akceptuję jednak to, co człowiek ostatecznie zrobi, to jego wola. Oczywiście jeżeli są to działania niezgodne z prawem, muszę zadziałać, szczególnie jeżeli  w jakiś sposób mogą być dla niego lub dla innych osób niebezpieczne. Natomiast to, czy ktoś np. podejmie pracę, czy nie, to zupełnie inna sytuacja.

Często funkcjonuje wyobrażenie, że dzieci czy młodzież, które większość czasu spędzają na ulicy, pochodzą z patologicznych rodzin, a chyba niekoniecznie tak jest?

Spotykamy się z bardzo różnymi osobami. Czasami to są takie problemy, że ktoś nie wie, co zrobić ze swoim czasem wolnym albo nie ma z kim tego czasu spędzić, czasami takie, że nie ma pieniędzy. Właściwie wszystkie te sytuacje sprowadzają się do takiego jednego mianownika. Bardzo często to streetworkerzy są jedynymi osobami, z którymi mogą usiąść i sensownie porozmawiać. Idziemy z nimi do kina albo na basen i ten moment może być dobrą okazją, żeby nawiązać bliższy kontakt, którego często nie mają z innymi dorosłymi albo mają, ale nie w taki sposób, jakby tego potrzebowali. Myślę, że ten kontakt jest w naszych działaniach najważniejszy, ale jednocześnie jest bardzo specyficzny.

Właśnie nawiązanie tego kontaktu wydaje się być najtrudniejsze. Działacie w określonych rejonach – jak docieracie do swoich podopiecznych i jak przekonujecie ich do swoich działań?

Nawiązywanie tego kontaktu zależy od etapu pracy, na jakim jesteśmy w danym terenie. Kiedy zaczynałam pracę, terenem naszego działania było Podgórze, jego nowsza część, czyli głównie osiedla. Na początku, kiedy dopiero zaczynaliśmy się tam pojawiać, chodziliśmy po osiedlu, rozglądaliśmy się i obserwowaliśmy, kto się tam pojawia. Rozmawialiśmy z panią pracującą w kiosku albo z handlarzem na bazarku.  Przychodziliśmy w poszczególne miejsca kilka razy w tygodniu i obserwowaliśmy, co się tam dzieje. Po pewnym czasie zauważyliśmy grupy młodych osób, które pojawiały się tam stosunkowo często. Mogliśmy z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że to nie przypadkowa osoba np. wracająca ze szkoły, która chce sobie przycupnąć na ławce i pooddychać świeżym powietrzem. Zwracaliśmy uwagę na zachowanie tej młodzieży. My przyszliśmy do nich w gości, my byliśmy nowi i musieliśmy uszanować reguły, które tam panują i się do nich dostosować. Kiedy oni też nas zauważali, decydowaliśmy w dwójkę, czy jesteśmy gotowi, żeby do nich podejść. Zawsze mówiłam, jak mam na imię i że jestem streetworkerką. Pytaliśmy też, np. czy w danym miejscu jest coś fajnego do zrobienia. I tak najczęściej zaczynała się rozmowa. Pierwszy kontakt kończył się na takiej ogólnej wymianie. Często zostawiamy też ulotki z adresem naszego biura czy numerami telefonów. Nie wyciągamy od nich żadnych informacji. Ten pierwszy raz, pierwsza rozmowa jest tak naprawdę najważniejsza. Może też się zdarzyć, że z różnych przyczyn nie będzie kolejnej. Trzeba umieć to zaakceptować.

Miejsce spotkań, fot. M. Bożek

Jak zazwyczaj reagują młodzi ludzie, kiedy zaczynacie z nimi rozmawiać?

Często pytają, kim jest streetworkerka. Mówię wtedy, że jesteśmy osobami, które pracują z młodymi ludźmi na ich osiedlach i zastanawiają się, m.in. co fajnego można zrobić w wolnym czasie. Staram się mówić ich językiem, nie używam naukowej terminologii. Oczywiście zależy też, z kim rozmawiam – inaczej tłumaczę to dziesięciolatkowi, a inaczej dwudziestolatkowi. Niezależnie od wieku ludzie nie lubią, jak się im coś narzuca. Możemy wymyślić najbardziej fantastyczne rzeczy, jak choćby spotkanie z Pavarottim w operze, a oni to będą mieli, za przeproszeniem, „gdzieś”, to leży daleko poza spektrum ich zainteresowań i potrzeb. Dlatego, jeżeli ktoś mi mówi: „Słuchaj nie mam kasy, nie wiem, co ze sobą zrobić, siedzę na tej ławie i grzeje ją z puszką w ręku, bo gdzie ja mam się w ogóle ruszyć?”. Siadamy wtedy razem, rozmawiamy i sprawdzamy, co z oferty Krakowa może być dla nich odpowiednie. To oni wybierają rzeczy, które ich interesują. Dyskutujemy o tym, czy warto z nich skorzystać i dlaczego akurat to wybrać, a nie coś innego. I od takich małych rzeczy zaczyna się ten bardziej pogłębiony kontakt. To w trakcie drogi w autobusie widzisz, jak ktoś się zachowuje, słyszysz, co mówi. Po jakimś czasie często taka osoba zaczyna opowiadać również bardziej osobiste historie. Czasami okazuje się, że może oprócz wyjścia na basen, rekreacji, sportu i odnowy kręgosłupa czy oczyszczenia głowy, przydałaby się np. terapia dla całej rodziny albo kurs zawodowy.

I co dalej?

Wtedy można powiedzieć komuś, że jeżeli będzie chciał czy chciała, to możemy razem usiąść
i poszukać wsparcia, znaleźć wyjście z sytuacji. Mogę też towarzyszyć takiej osobie w rozmowie z potencjalnym pracodawcą. Często takie osoby są stygmatyzowane. Uważam, że to nie  tylko problem osób bezdomnych, choć na pewno szczególnie, ale też młodych chłopaków z wygolonymi głowami w kapturach na głowach i dziewczyn ubranych i pomalowanych nie tak jak chciałaby większość. Kiedy idą do urzędu, lekarza, na rozmowę kwalifikacyjną od razu dostają etykietkę. Proszą mnie o towarzystwo, bo, czują się wtedy pewniej. Występuję wtedy także w roli rzeczniczki interesów, a czasami nawet praw tych osób.

Co więc łączy osoby, z którymi pracujesz?

Dla nich nie do przejścia jest często sytuacja, w której muszą chodzić do świetlicy środowiskowej, pojawiać się tam na określoną godzinę i zachowywać się w określony sposób. Oczywiście my też mamy zasady i reguły pracy. Ważna jest obserwacja i akceptacja tego, jacy są. Natomiast w większości instytucji czy organizacji jest tak, że jednak wchodzisz, podpisujesz kontrakt i musisz spełnić określone wymagania, co jest dla młodych osób bardzo trudne. My podążamy za nimi, a nie oni za nami, to oni się zmieniają, a my jesteśmy tylko narzędziami tej zmiany.

Czym udaje się wam zainteresować młodzież, z którą się spotykacie?

Bardzo ważną częścią naszej pracy jest sport w sensie rekreacji, ale też oderwania się od komputera czy telefonu. To też okazja do tego, by emocje miały zdrowe ujście, moment, by energia młodego człowieka skierowała się w dobrą stronę. W każdej naszej parze streetworkerów jest co najmniej jedna osoba, która ma jakąś pasję, zazwyczaj właśnie sportową. I jeśli masz coś takiego, nie musisz chodzić i do tego specjalnie zachęcać. Modelujemy zachowania, robiąc to, co lubimy i umiemy najlepiej. Mój dawny teamowy kolega Jacek, który teraz pracuje jako streetworker z osobami bezdomnymi uwielbia wędkować. Kiedyś podczas dyżuru na jednym z krakowskich osiedli, na terenie którego znajduje się oczko wodne, pojawił się z wędką. Podczas spotkania z chłopakami po prostu siedział z tą wędką. Trochę rozmawialiśmy o oczku wodnym i rybach, aż oni sami zaczęli pytać, czy mogą spróbować złowić rybę i jak to się właściwie robi. I tak po paru miesiącach zdecydowaliśmy się zorganizować zawody wędkarskie z okazji Dnia Dziecka. Impreza cieszyła się tak dużym zainteresowaniem, że powtarzaliśmy ją co roku. Przy okazji być może ktoś zyskał dodatkową pasję, a tak zwana „trudna młodzież” mogła pokazać się z innej strony.

Wędkarstwo, naprawdę?

Jasne! Jedna ze streetworkerek uprawia kolarstwo szosowe, inni grają w halową piłkę nożną, biegają czy grają na bębnach.  Ale chciałam użyć właśnie przykładu wędkowania, bo taka sytuacja powoduje, że myślisz, że w tym wszystkim nie tylko chodzi o wiedzę i umiejętności w pracy określoną metodą. Trzeba mieć to coś, co spowoduje, że ludzie będą chcieli cię słuchać i może nawet naśladować. Niektóre rzeczy można sobie wyćwiczyć, ale inne już nie. Jest to też oczywiście duża odpowiedzialność.

Jakie jeszcze zajęcia organizujecie dla młodych ludzi?

Prowadzimy lub organizujemy różnego rodzaju warsztaty i spotkania związane z profilaktyką uzależnień, zachowaniami ryzykownymi oraz ich skutkami, ale też np. warsztaty WenDo. Bierzemy również udział w realizacji miejskiego Programu Otwarty Kraków. Ostatnio dużą część spotkań z młodymi ludźmi poświęcamy tematyce antydyskryminacyjnej. Jest ona rozpatrywana na różnych poziomach i w wielu aspektach – mówimy o różnorodności etnicznej, rasowej ze względu na wiek, sprawność, na identyfikację i orientację psychoseksualną. Poruszamy też kwestie uchodźcze. Te ostatnie bardzo mocno wybrzmiewają. Wielka polityka silnie odbija się także na społeczności lokalnej. Staramy się wprowadzać elementy edukacyjne w pracy, bo stereotypizacja, seksizm i  agresywne oraz niechętne innym postawy są bardzo mocno zakorzenione w głowach nie tylko młodych ludzi.

Rysunek wykonany przez meksykańską artystkę na warsztatach z młodzieżą, fot. M. Bożek

Trudno ich przekonać?

Nie przekonuję. Przedstawiam naukowe fakty, argumentuję i dyskutuję. Uważam, że istotny element pedagogiczny tej pracy polega na tym, żeby ze sobą rozmawiać, prowadzić dialog. Ważne i skuteczne jest też uczenie przez doświadczenie. W sali spotkań w naszym biurze na jednej ze ścian mamy rysunek stworzony przez meksykańską artystkę, Karinę Mosquedę z Fundacji Kultura Meksykańska. To wynik warsztatów z młodymi ludźmi. Przedstawia on to, co dzięki streetworkowi robią. To spotkanie miało też inny wymiar. Karina jest Meksykanką, nie mówi po polsku, a ci młodzi ludzie, choć mieszkają w Krakowie, mieliby nikłe szanse, żeby spotkać kogoś, kto mówi w innym języku i trochę inaczej wygląda. Na początku byli niechętni, ale potem, kiedy Karina pojawiała się tutaj regularnie przez dłuższy czas, stawali się coraz bardziej otwarci na kontakt z nią, nawet jeżeli nie znali świetnie angielskiego. Okazało się, że można się z kimś dogadać, że ktoś może być interesujący i nie trzeba się kogoś takiego bać czy prezentować agresywne zachowania.

Jak wygląda twoja relacja z osobami, z którymi pracujesz na ulicy? Mówiłaś, że jesteś ich rzecznikiem.

Rzecznikiem interesów, tak.

Ale czy to raczej relacja koleżeńska, czy jednak pozostajesz dla nich pedagogiem?

Nie czuję się pedagogiem – ani nie mam takiego wykształcenia, ani nie chcę nikogo nauczać, a z tym hasło pedagog czy pedagog ulicy głównie mi się kojarzy. Wiem, że wiele osób znanych z działań streetworkerskich w Polsce używa tego określenia zastępczo. Osobiście uważam, że streetworking to jednak coś innego. Streetworkerzy prezentują różne podejścia. Niektórzy partnerskie, inni bardziej  dyrektywne. Mnie samej trudno to określić jednoznacznie. Zawsze przedstawiam się swoim imieniem i mimo że większość z tych osób jest znacznie ode mnie młodsza, pozwalam im samym zadecydować, jak będą do mnie mówili. Bardzo rzadko zdarza się, żeby ktoś mówił do mnie per „pani”, choć czasami na początku, bez względu na wiek, bywa i tak. Często ośmiolatkowie zwracają się do mnie od razu po imieniu, a dwudziestolatek mówi „proszę pani”. Staram się, żeby moja relacja była przede wszystkim prawdziwa i żeby to była relacja zaufania, w której są jasne reguły i w której każdy ma określoną rolę.

Czy można zaangażować się za bardzo w relację z osobą, której się pomaga?

Myślę, że to trudna kwestia, tak jak w każdej innej pracy z ludźmi. Jeżeli spotykasz się z kimś i go wspierasz, to aby było to skuteczne, musisz być empatyczna. Wtedy pojawiają się różnego rodzaju emocje. Poza tym każdy ma własne doświadczenia, przeżycia, obserwacje i takie spotkania mogą w nim również coś uruchomić, dlatego tak ważne są superwizje, czyli praca z innym specjalistą nad sobą i jakością swojej pracy. Możemy spotykać się z certyfikowanym superwizorem, ale też prowadzimy podobne rozmowy w parach, w których pracujemy. Dzielimy się problemami czy przemyśleniami. Wspólnie zastanawiamy się nad tym, co i jak można w danej sprawie zrobić. Czasami musimy usłyszeć, że może nadszedł moment, w którym powinniśmy odpuścić. Nie we wszystkim jesteśmy specjalistami. Mam świadomość, że nie z każdym problemem jestem sobie w stanie poradzić, nie w każdej dziedzinie czuję się kompetentna i nie boję się o tym mówić. Nieustannie budujemy sieć współpracy z osobami, instytucjami, organizacjami, do których możemy odesłać kogoś z problemem, ze świadomością, że ta osoba bardziej w danej sytuacji pomoże.

Streetworking to chyba zajęcie, które sprawia, że cały czas jest się w pracy?

Ja osobiście staram się dbać o higienę pracy i o to, żeby być po prostu profesjonalna w tym, co robię. Jednak – jak w każdej pracy z ludźmi – bywają takie momenty, że chciałoby się wyłączyć komputer, zamknąć biuro i wyłączyć telefon. Ale czasami się nie da. Mamy służbowe telefony, zawsze mam ten telefon przy sobie, nie wyłączam go. Osoby, z którymi pracuję, wiedzą, kiedy i gdzie pracuję. Zdarzają się jednak takie sytuacje, kiedy trzeba zareagować „po godzinach”. Bo bardziej liczy się bezpieczeństwo czy dobrostan drugiego człowieka. Działania interwencyjne też są elementem tej pracy. Warto, żeby osoby, z którymi się stykamy, wiedziały, że jesteśmy po ich stronie i ich wspieramy, choć to też ma swoje granice. Nie możemy ich takimi działaniami ubezwłasnowolniać.

Uzależniać od siebie?

Tak. Oni, wzorcowo, powinni dotrzeć od takiego momentu, w którym powiedzą: „Dzięki, mam już tę pracę, będę cię odwiedzać, fajnie, że byłaś”. Pępowina musi zostać odcięta. To nie jest tak, że oni mają tu przychodzić do końca życia. Dajemy im bodziec i mamy nadzieję, że kontakt z nami przyniesie coś dobrego w ich życiu, ale że dalej pójdą już sami.

Są osoby, które wyrwały się z bardzo toksycznego środowiska.

Często udaje się to osiągnąć, dojść do tej pozytywnej zmiany?

Mamy sukcesy w tej pracy, ale – wracając do tego, co trzeba w sobie mieć, żeby być streetworkerem – trzeba być odpornym na frustracje i pamiętać że ostateczna odpowiedzialność i wybór leżą po tej drugiej stronie. Spektakularne sukcesy? Chyba nie ma ich zbyt wiele. Na poziomie jednostki, jeżeli ktoś zdecyduje się na kontakt z nami, czyli z kimś z zupełnie innej bajki, nie ze swojego środowiska, będzie przychodził, żeby pogadać, to już będzie duża zmiana i osiągnięcie. Oczywiście są takie osoby, które wyrwały się z bardzo toksycznego środowiska, wyszły z grupy przestępczej, zakończyły trudne często toksyczne relacje, przerwały przemoc, wyprostowały swoją zagmatwaną sytuację prawną i wyszły na prostą. Te duże sukcesy wymagają wielu drobnych kroków, wysiłku i zaangażowania, ale są możliwe do osiągnięcia.

A jakie bariery czy ograniczenia spotykacie w swojej pracy?

Barierą jest niezrozumienie tego, czym jest praca metodą streetwork, zarówno na poziomie społecznym, jak i w kręgu ludzi z tzw. branży pomocowej. Nieporozumieniem jest zrównywanie streetworkingu z pracą w świetlicach, domach kultury czy ośrodkach socjoterapeutycznych. Nie jesteśmy specjalistami od pracy z młodzieżą. Tutaj chodzi o specyficzną grupę klientów, nie jej profil wiekowy. Być może, gdy streetworking w Polsce uzyska status zawodowy, coś się w końcu zmieni.
Z tego, co wiem, osób pracujących tą metodą w Polsce jest coraz więcej. W każdym większym mieście są grupy osób, działających zarówno w ramach NGO, ale też w strukturach miejskich. W Krakowie dwa lata temu obchodziliśmy dziesięciolecie Streetworkingu w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Z tej okazji odbyła się uroczysta konferencja w Urzędzie Miasta Krakowa. Pojawiliśmy się w takim miejscu także po to, żeby przypomnieć o tym, że jesteśmy i nasze działania, mimo że są prowadzone na obrzeżach pomocy społecznej są sensowne i konieczne, aby dotrzeć do jak najszerszego grona osób potrzebujących tego rodzaju wsparcia.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Brakuje lekarzy, terapeutów, miejsc na oddziałach dla dzieci – psychiatria dziecięca w Polsce nie istnieje

„Moja córka chorowała. Po wyjściu ze szpitala popełniła samobójstwo. Błagam o to, żeby zmienić te szpitale" – napisała do mnie kobieta, która mieszka na drugim końcu Polski. Tyle że nie bardzo jest co zmieniać. Psychiatria dziecięca to coś, czego w Polsce właściwie nie ma. Trzeba ją zbudować, stworzyć od podstaw.
CZYTAJ WIĘCEJ