Szpitalny obiadek? Ratuj się, kto może!

8 minut czytania
442
4
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
28 kwietnia 2018
fot. Anna-Maria Siwińska

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

W szpitalu pacjent powinien odzyskiwać zdrowie, siły i chęć do życia. Ale często jest to niemożliwe, bo już na sam widok szpitalnego jedzenia ma ochotę palnąć sobie w łeb.

Gdyby znana restauratorka Magda Gessler przeprowadzała swoje rewolucje w szpitalnych kuchniach, musiałaby sięgnąć po bogaty zestaw słów powszechnie uznawanych za wulgarne – po to, by precyzyjnie skomentować panujące tam warunki. Ale to nie wszystko. Musiałaby też mieć dużą ilość środków czyszczących oraz preparatów zwalczających insekty. No i przydałby się jej hydraulik, bo, jak wynika z ostatniego raportu Najwyższej Izby Kontroli, zdarzało się, że w takich kuchniach brakuje bieżącej ciepłej wody, a nawet… kranu.

Kontrolerzy NIK mieli zastrzeżenia do wszystkich 20 szpitali, które niedawno odwiedzili. Dziesięć spośród nich dysponowało własnymi kuchniami, pozostałe korzystały z usług firm cateringowych. Najbardziej hojna placówka spośród tych z własną kuchnią – Szpital Wielospecjalistyczny w Nowej Soli – przeznaczał średnio na produkty użyte do dobowego wyżywienia pacjenta 8,46 zł. Najmniej hojny okazał się szpital w Pabianicach przeznaczający na pacjenta 3,7 zł.

Kaloryczność wyssana z palca

Trzeba jednak zaznaczyć, że nawet jeśli szczęściarzom na szpitalnych oddziałach uda się przeżyć po spożyciu posiłków pochodzących z niedomytych pojemników do przechowywania żywności i przygotowanych w kuchniach, w których ze ścian odpryskuje farba, a po kotłach do gotowania przechadzają się „robaczki” – nie mogą czuć się bezpieczni. Bo wygrać muszą nie tylko z brudem, ale i z zawartością tego, co dostarcza im się na talerzach. A dietetycy od dawna alarmują, że szpitalne jedzenie ma zbyt małą kaloryczność i jest pozbawione witamin oraz mikroelementów. Nie mówiąc już o tym, że jest mało urozmaicone i nierzadko zimne.

Kto lubi takie cuda? 😉

Opublikowany przez Posiłki w szpitalach 29 marca 2018

I tak świeżutki raport NIK pokazuje, że posiłki, które powinny pomagać w procesie leczenia, mają za mało żelaza, wapnia, potasu i magnezu. Ale żeby zrekompensować te niedobory, pacjentom proponuje się w zamian nadmiar witaminy A, który może zaszkodzić wątrobie. Nie żałuje im się także soli: w niektórych skontrolowanych placówkach dostarczano notorycznie blisko 400 proc. dziennej normy białego proszku, przed którym ostrzegają i lekarze, i dietetycy, podkreślając, że jego nadmiar prowadzi do nadciśnienia tętniczego, chorób naczyniowo-krążeniowych, otyłości i cukrzycy typu II. Trzeba też uczciwie powiedzieć, że w personelu odpowiedzialnym za jakość jedzenia w skontrolowanych przez NIK szpitalach jest troska o  pacjenta i jego dobre samopoczucie. Przejawia się ona w kreatywnym bilansowaniu posiłków. W jednej z trójmiejskich placówek autorzy jadłospisu zaniżali zawartość węglowodanów w mące o 93 proc. w stosunku do prawdziwej zawartości widniejącej na etykiecie produktu, a na odmianę zawartość tłuszczów w produktach zawyżali, rekord osiągając w przypadku szynek, którym przypisywano 300 proc. ich autentycznej zawartości. Wszystko po to, by posiłki wyglądały na bardziej kaloryczne niż w rzeczywistości i być może dodawały pacjentom energii na zasadzie placebo…?

Termos ratujący życie

Jak to się dzieje, że chorzy, mimo szpitalnego wiktu, jakoś stają na nogi? Wielu zawdzięcza to rodzinie, która regularnie odwiedza ich ze smakowitymi termosikami. Tak właśnie robiła pani Basia, gdy jej 75-letni ojciec trafił do jednego z podwarszawskich szpitali. – Tata zawsze starał się prowadzić zdrowy tryb życia. Przywiązywał wagę do jakości jedzenia, był aktywny. Ze służbą zdrowia prawie nie miał do czynienia. Dlatego pobyt w szpitalu był dla niego prawdziwym wyzwaniem – opowiada.

Jak się okazało, dla jego córki również. Już drugiego dnia pobytu w placówce medycznej tata zadzwonił do niej o 5.30 rano, domagając się, by przywiozła mu śniadanie, do jakiego był przyzwyczajony: jajka na miękko, płatki owsiane, sok z pomarańczy. – Najpierw złościłam się, że tata ma fanaberie, szczególnie że, jak się okazało, znosić je musiałam nie tylko ja, ale i personel szpitala. Gdy przyjechałam na oddział, pielęgniarka poinformowała mnie, że „starszy pan” zażądał wydania odzieży, bo, jak oświadczył, zamierza zjeść obiad w pobliskiej restauracji, nie chciałby bowiem zostać otruty. Jak to usłyszałam, myślałam, że spalę się ze wstydu – wspomina pani Barbara.

A na pytanie, jak smakuje Twój posiłek w szpitalu w Białymstoku, odpowiadam:

Opublikowany przez Posiłki w szpitalach 25 marca 2018

Kobieta jednak przestała się dziwić ojcu, gdy zobaczyła szpitalny obiad na talerzach pacjentów. – To była przezroczysta, nylonowa zupa, w której pływały nieliczne, za to pokaźnych rozmiarów, kostki marchewki. Na drugie danie podano zaś kupę sinych ziemniaków zatopionych w brunatnoszarej, zawiesistej mazi, która imitowała sos. W tym towarzystwie pojawił się też mało apetyczny i cuchnący cebulą klops. Może to nie zabrzmi zbyt elegancko, ale jedzenie wyglądało jak z odzysku. Tak jakby wcześniej gościło już w żołądku jakiegoś pacjenta i wydostało się z niego na skutek jakiejś awarii układu pokarmowego – mówi. Od tej pory pani Barbara na zmianę z mężem i dziećmi zaczęła pojawiać się u taty kilka razy dziennie, bo przekonała się, że pretensje ojca są całkowicie uzasadnione. Jak mówi, sama uciekałaby ze szpitala w piżamie, gdyby była zmuszona do korzystania z usług tamtejszej kuchni.

Jedna dieta cud wszystko uleczy     

Byle jakie posiłki to bolączka wielu szpitali. Dietetycy podkreślają, że chorym nie podaje się warzyw i owoców, pełnoziarnistego pieczywa, serów, jogurtów, świeżych ryb i chudego mięsa. Zamiast tego jest biały chleb, tłuste kiełbasy, pasztety z puszki i parówki. Oprócz tego, że posiłki są źle zbilansowane, bywają też zimne –  szczególnie gdy placówka korzysta z zewnętrznej firmy cateringowej. Nie mówiąc już o tym, że wyglądają nieapetycznie. O estetyce podawania w ogóle się nie rozmawia, bo to zbędny luksus. A przecież nie od dziś wiadomo, że na apetyt wpływ ma i kolor potrawy, i jej zapach, i sposób, w jaki produkty spożywcze są pokrojone i ułożone. Nietrudno sobie więc wyobrazić, że pacjent mający na talerzu feerię barw w postaci sałaty lodowej, pomidorów i rzodkiewki towarzyszących kawałkowi soczystej ryby będzie odczuwał przyjemność potrzebną w procesie zdrowienia… W przeciwieństwie do nieszczęśnika, który dostanie gęstą i ciężkostrawną fasolkę po bretońsku, po której, jak napisał jeden z internautów komentujących sprawę  szpitalnych posiłków, „na całym oddziale panuje iście bombowa atmosfera”.

Jest jarskie, nie musi być ładne… fot. Anna-Maria Siwińska

Oczywiście nie wszędzie jest tragicznie. 55-letnia pani Wanda chwali sobie jedzenie jednego ze szpitali w Sosnowcu, w którym rozstała się ze swoim pęcherzykiem żółciowym. – Wprawdzie nie było surowych warzyw i owoców, ale do drugiego dania zawsze podawano jakieś buraczki lub gotowany brokuł. Dania były smaczne i apetycznie wyglądały. No i każdy dostawał dokładkę, jeśli tylko sobie zażyczył. Rodzina pytała, czy dostarczać mi domowe posiłki, ale to nie miałoby sensu, bo wszystkiego było pod dostatkiem  – mówi. Idealnie też jednak nie było. Gdy pani Wanda została wypisana do domu, otrzymała obszerną ulotkę na temat diety osób po zabiegu usunięcia pęcherzyka. – Bardzo się zdziwiłam, bo okazało się, że w szpitalu w ogóle tej diety nie przestrzegano – podkreśla.

Podawanie pacjentom posiłków ujednoliconych, zamiast dostosowanych do ich schorzeń, nie jest w polskich szpitalach rzadkością. Placówki z cateringiem często dietetyków w ogóle nie zatrudniają. W tych mających kuchnie jeden dietetyk obsługuje kilkuset pacjentów, więc na dietę adekwatną do schorzenia również trudno liczyć.

Jedzenie wyjęte spod prawa

Raczej nie ma też co liczyć na to, że sytuacja hospitalizowanych w kwestii żywienia poprawi się po ostatnim raporcie NIK. Gdy Izba przeprowadziła kontrolę dwunastu placówek w 2009 r. i oceniła, że polscy pacjenci wszędzie byli źle karmieni – nic nie drgnęło. Nieefektywne okazały się również działania podjęte w 2016 r. przez rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara, który zwrócił się do ministra zdrowia z prośbą, by zapis o żywieniu dopasowanym do stanu zdrowia zamieścić w Karcie praw pacjenta. Odpowiedziano mu, że w związku z odmiennymi wymaganiami każdego hospitalizowanego chorego niemożliwe jest opracowanie żywieniowych standardów. W tym samym duchu odpowiada Ministerstwo Zdrowia na obecny raport NIK. Wiceminister zdrowia Józefa Szczurek-Żelazko utrzymuje, że kwestii żywienia pacjentów w szpitalach nie da się uregulować w sposób sztywny przepisami prawa.

Śniadanie dla rocznego dziecka. Mózg dyrektora, czy zmielony wczorajszy obiad? Jak myślicie?

Opublikowany przez Posiłki w szpitalach 19 czerwca 2017

Jeśli tak ważnej kwestii rzekomo nie da się uregulować prawnie, trzeba liczyć na inicjatywy oddolne. Wielką siłą w walce o lepszy los szpitalnych pacjentów jest internet. Wystarczy wejść na, mający prawie 170 tys. obserwatorów, facebookowy profil „Posiłki w szpitalu”, na którym internauci wymieniają się spostrzeżeniami i opiniami na temat jedzenia z piekła rodem, ilustrując wszystko bardzo „apetycznymi” zdjęciami. Organizują też społeczne akcje, zarządzając np. zrzutkę na kubki dla pacjentów placówki, w której napoje podaje się w pojemnikach po śmietanie. I to właśnie internauci, zamiast ministerstwa zdrowia, krok po kroku zmieniają rzeczywistość. Jeszcze kilka lat temu cała Polska dworowała sobie z paskudnych posiłków w Wojskowym Instytucie Medycznym przy ulicy Szaserów w Warszawie. Dziś, w dużej mierze dzięki „Szpitalnym posiłkom”, sytuacja jest dużo lepsza.

Szpital all inclusive

Na szczęście w Polsce istnieją placówki, dla których najważniejszy jest pacjent i jego potrzeby, niezależnie od ministerialnych rozporządzeń. Tak właśnie jest w Centrum Onkologii w Bydgoszczy, które pod wieloma względami przypomina pięciogwiazdkowy hotel. W tej publicznej placówce sześć lat temu wprowadzono w życie innowacyjny system żywienia pacjentów, uruchamiając restaurację all inclusive, która może pomieścić 200 osób naraz. Pacjenci wyposażeni w, noszone na przedramieniu, opaski ze specjalnym kodem w każdej chwili mogą dostać się do funkcjonującego na terenie szpitala obiektu, którego wejście jest zinformatyzowane. – My nie wydzielamy pacjentom plasterków wędliny czy sera. Każdy je, ile chce, wybierając potrawy w obrębie trzech proponowanych przez nas diet: podstawowej, lekkostrawnej i cukrzycowej – tłumaczy Agnieszka Bielińska, rzeczniczka prasowa Centrum Onkologii w Bydgoszczy. – Wartość odżywcza posiłków jest zgodna z zaleceniami Instytutu Żywności i Żywienia i dostosowana do potrzeb pacjentów onkologicznych, którzy są poddawani zabiegom chirurgicznym i przechodzą chemioterapię – dodaje.

Nad jakością potraw czuwają dietetycy kliniczni zatrudnieni w Centrum, a przygotowuje je firma cateringowa, która jednak nie dostarcza ich z zewnątrz, bo korzysta z należącej do szpitala kuchni. Dzienny koszt wyżywienia pacjenta to 30 zł brutto.

Wydawanie posiłków w restauracji trwa ok. dwóch godzin, ale pacjenci mogą tu pozostać, jak długo chcą. Mogą napić się herbaty lub kawy oraz zjeść deser. Przebywanie w restauracji, a nie w sali szpitalnej ma też walor terapeutyczny – podkreśla. Oczywiście pacjentom na oddziale intensywnej opieki medycznej lub tym po zabiegach posiłki dostarczane są do sal.

Nie wolno przedawkować ogórka! Plasterek wystarczy! fot. Anna-Maria Siwińska

Jak mówi Agnieszka Bielińska, personel bydgoskiej placówki wyznaje zasadę, że pacjent jest jednocześnie klientem. Dlatego recepcja, restauracja czy kuchnia mają działać tak jak w pięciogwiazdkowym hotelu. I taka też ma panować tu atmosfera.

Wiele polskich szpitali nie jest w stanie poradzić sobie z wyżywieniem tzw. „normalsów”. A co tu dopiero mówić o wegetarianach, weganach, bezglutenowcach czy beznabiałowcach. NFZ z pewnością nie pochyli się nad ich potrzebami, bo świadomość, że dopasowana do potrzeb konkretnej osoby dieta jest istotnym elementem, który może znacznie skrócić proces leczenia – jest u nas bardzo mała. Inaczej jest w Anglii czy znacznie bliżej położonych Czechach. Polacy załatwiają tam coraz więcej spraw zabronionych przez polskie prawo i nieuregulowanych przez rodzime rozporządzenia ministerialne. Czemu więc nie mogliby korzystać z usług tamtejszych szpitali, skoro ich oferta żywieniowa stawia na nogi, nie zamieniając życia w pasmo udręk.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Brakuje lekarzy, terapeutów, miejsc na oddziałach dla dzieci – psychiatria dziecięca w Polsce nie istnieje

„Moja córka chorowała. Po wyjściu ze szpitala popełniła samobójstwo. Błagam o to, żeby zmienić te szpitale" – napisała do mnie kobieta, która mieszka na drugim końcu Polski. Tyle że nie bardzo jest co zmieniać. Psychiatria dziecięca to coś, czego w Polsce właściwie nie ma. Trzeba ją zbudować, stworzyć od podstaw.
CZYTAJ WIĘCEJ