“Terror”. Czy nowy serial AMC przyćmi “The Walking Dead”?

4 minuty czytania
1293
0
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
3 kwietnia 2018

Producenci, wśród nich Ridley Scott, obiecują, że nowy historyczny serial grozy wbije was w fotel. “Terror”, na podstawie bestselleru Dana Simmonsa, od 5 kwietnia obejrzymy na kanale AMC Polska. Czy dowiemy się, co naprawdę wydarzyło się na dwóch statkach uwięzionych w lodach Arktyki?

26 marca amerykańską premierę serialu obejrzało 3,3 mln widzów. To tyle co połowa widowni kultowych “Żywych Trupów”. Nowy serial “Terror” to podkoloryzowana historia autentycznej morskiej wyprawy z połowy XIX w., której uczestnicy przepadli bez wieści. Choć na razie nie brak entuzjastycznych recenzji (“Najlepszy serial AMC od czasów ‘Mad Men’ i ‘Breaking Bad’’, Serialowa.pl, “To niemal arcydzieło kategorii survival horror”, Vox, “Wciągający koszmar”, GQ) to krytycy nie są zgodni czy ten mariaż historii i horroru wyjdzie serialowi na dobre.

Filmowy gotowiec

Twórcy “Terroru” postarali się, by przyciągnąć do projektu znane nazwiska. Wśród producentów wykonawczych jest m.in. Ridley Scott, a także Alexandra Milchan („Wilk z Wall Street”), Guymon Casady z Entertainment 360 („Gra o tron”). Scenarzystą pilotowego odcinka był David Kajganich (“Nienasyceni”, “True Story”, czy adaptacja książek Stephena Kinga).

Do dyspozycji mieli temat idealny: autentyczną, pełną tajemnic podróż bez happy-endu, walkę ambicji i charakterów, grupę ludzi próbujących przetrwać w izolacji. Mieli też bestsellerową powieść Dana Simmonsa pod tym samym tytułem, właściwie filmowego gotowca, w którym bohaterowie mają przeciwko sobie nie tylko żywioły, czy siebie nawzajem ale i coś jeszcze – tajemniczą, nieludzką siłę.

Trzeba przyznać autorowi książki, że oprócz kilku wpadek (np. burze gradowe, które na Arktyce nie występują) wiernie oddał realia XIX-wiecznej wyprawy. Jeśli ktoś miałby udźwignąć ciężar tej opowieści to tylko Simmons, mówią fani powieści. Ale jej krytycy dodają w tym czasie: ta historia najlepiej obroniłaby się sama. Bez nadprzyrodzonych elementów, mistycyzmu i morałów. Ważniejsze jest to, jak człowiek radzi sobie ze strachem, niż to czego faktycznie się boi.

Co tam się wydarzyło?

W maju 1845 r. doświadczony oficer brytyjskiej marynarki, kapitan John Franklin rozpoczął ekspedycję na wody Archipelagu Arktycznego, wzdłuż północnego brzegu Kanady. Celem było wytyczenie przejścia północno-zachodniego, nowego szlaku handlowego z Europy do Azji Wschodniej. Franklin miał do dyspozycji dwa statki – HMS Erebus (skrót od His/Her Majesty Ship – statek Jego/Jej Królewskiej Mości) i HMS Terror. Oba pływały wcześniej jako okręty wojenne – po wyposażeniu ich w napęd parowy z lokomotyw, stały się najmocniejszymi jednostkami w brytyjskiej flocie.

fot. materiały prasowe

Oba okręty przeszły już arktyczny chrzest, ale dodatkowo wzmocniono kadłuby, zabezpieczono ster i takielunek, aby uodpornić je na działanie lodu. Na statkach zamontowano ogrzewanie parowe, a na pokład zabrano zapasy do wykarmienia marynarzy przez trzy lata – m.in. osiem tysięcy konserw, 60 ton mąki, 14 ton solonej wołowiny. Wśród załogi liczącej 129 osób było czterech chirurgów, a także dwaj glacjolodzy – ich rolą była nieustanna obserwacja kry i śryżu, by zapewnić statkom bezpieczne przejście.

List w zaspie

Ostatni raz widziano statki w Cieśninie Lancastera. Według rozkazu Franklina mieli płynąć dalej w kierunku Wyspy Króla Williama, ale we wrześniu 1846 r. lód odciął im drogę. Wycofanie się na południe nic dało i statki na wiele miesięcy znalazły się w lodowej pułapce.

Dalsze losy wyprawy znamy tylko fragmentarycznie. Ekspedycja ratunkowa zorganizowana przez lady Jane Franklin, zwana największą akcją ratunkową w dziejach brytyjskiej marynarki, kilkanaście lat później natrafiła na enigmatyczny list zatknięty w kupie kamieni. Wynikało z niego, że kapitan Franklin i 23 ludzi zginęło. Dowództwo miał wówczas objąć Crozier, kapitan Terroru. Pozostali przy życiu członkowie wyprawy, ci, których nie wyniszczył głód, mróz i choroby, ewakuowali się z rozkazu Croziera drogą lądową, po trzech zimach spędzonych w Arktyce. Tę ostatnią część historii, znamy już tylko jako legendę powtarzaną przez pokolenia Inuitów, w której pełno przypadków kanibalizmu, szaleństwa i okrucieństwa. Ostatni członkowie ekspedycji ginęli w drodze, w sumie nie przeżył nikt spośród marynarzy, oficerów i naukowców.

fot. materiały prasowe

Uczestników wyprawy miał zgubić nie tylko klimat, ale i złe decyzje dowódcy. O Franklinie mówiono w Anglii, że “to człowiek, który zjadł własne buty”. Nie tylko z racji doświadczenia (w momencie rozpoczęcia wyprawy miał już ponad 60 lat, a za sobą trzy polarne ekspedycje). Franklin miał jeść skórę z własnych butów, by przetrwać (ale do kanibalizmu nie posunął się nigdy – dopowiada w swojej książce Simmons), Crozier był za to uzależniony od alkoholu, a tarcia między oficerami mogły zaważyć na przebiegu wyprawy. Atmosfera hurraoptymizmu przed wypłynięciem również zrobiła swoje.

Jak się później okazało, tysiące konserw przygotowywane przed wyprawą w pośpiechu, spakowano nieszczelnie, a pokrywy z ołowiu dosłownie się topiły. Nie wiadomo również czemu większość załogi stanowili marynarze bez arktycznego doświadczenia, nieprzygotowani na ekstremalne warunki, a zwabieni wizją przygody i zarobku. Po kilku wcześniejszych wyprawach brytyjska marynarka mogła przecież zrekrutować znacznie lepszych załogantów.

Wyglądał, jakby go zabezpieczyli przed nadejściem zimy

Kilka lat po wydaniu książki Simmonsa, życie napisało do niej epilog. W 2014 roku kanadyjska misja poszukiwawcza zlokalizowała statek Erebus. 3 września 2016 roku odnaleziono drugi ze statków HMS Terror, aż 96 kilometrów na południe od Erebusa. Takiej odległości okręt nie mógł pokonać dryfując, a to by oznaczało, że nie wszyscy posłuchali rozkazu opuszczenia statków i część załogi podjęła desperacką próbę żeglugi.

Terror był doskonale zachowany. – Statek wyglądał, jakby został zabezpieczony przed nadejściem zimy, a następnie zatonąłpowiedział Adrian Schimnowski z Arctic Reasearch Foundation, która za pomocą zdalnie sterowanego robota zdołała dotrzeć do wnętrza zatopionego statku. – Wszystko zostało zamknięte. Okna nawet teraz zdają się być nienaruszone. Prawdopodobnie, gdyby udało się wydobyć statek na powierzchnię i go osuszyć, ten dalej by pływał. To zmienia wszystko co dotychczas sądziliśmy.

Naukowcy muszą teraz ustalić, jak naprawdę wyglądało zakończenie fatalnej wyprawy. A wszyscy, których zaintrygowała historia, mogą poznać wersję literacko-serialową.

„Terror” w polskiej wersji do zobaczenia 5 kwietnia o godz. 22:00 na kanale AMC.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

 

Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
Śledzi trendy i fenomeny zza zawodowych, marketingowych okularów. Ogląda bloki reklamowe i zdarza jej się przy tym pochlipywać. Lubi czytać historie brandów, które poniosły porażkę, a szczególnie jeśli się po tym podniosły. Inspirują ją ludzie, którzy przy śniadaniu wpadli na pomysł, o którym rok później mówił już cały świat. Obecnie pełnoetatowa Matka-Polka.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Kultura

Idą żywe trupy. Lennie James: „Szykujemy się do wojny”

W ostatnią niedzielę mogliśmy obejrzeć finał siódmego sezonu serialu „Żywe trupy” (The Walking Dead). Zastanawialiśmy się, czy poniższy wywiad dać przed odcinkiem finałowym, czy może poczekać aż widzowie sobie wszystko ułożą w głowie i będą mogli poczytać na spokojnie. Zdecydowaliśmy, że tylko spokój może nas uratować. Bartek Czartoryski: Które oblicze Morgana jest ci bliższe: refleksyjnego pacyfisty, czy może raczej bezkompromisowego zabijaki, bo takim również mieliśmy okazję go oglądać? Lennie James: Chyba nie mam odwagi, żeby identyfikować się z którymkolwiek z nich. Jeśli jednak miałbym wybierać, powiedziałbym, że bliżej mi do Morgana, który kroczy ścieżką pokojowego wojownika. Często jego postawa jest…
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
8 kwietnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ