„Tykać” czy nie „tykać”? Do kogo i kiedy możemy mówić na ty?

8 minut czytania
8334
1
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
4 kwietnia 2018

Okazuje się, że wybór między frazami „per pan/pani” i „per ty” potrafi nastręczać trudności. Za tym, jaką formułę wybierzemy, mogą kryć się ignorancja, skrępowanie i źle rozumiane pojęcie szacunku.

Przełożona, która jeszcze wczoraj była kumpelą, a dzisiaj jest naszą panią kierowniczką. Szef, który bez pytania zwraca się do pracowników na ty. Współpracownik, który ma opory, żeby mówić po imieniu do swojego rówieśnika… Zastanawiasz się, co zrobić, by partnerzy biznesowi nie wchodzili ci na głowę? Nie przechodź z nimi na ty. Poufałość w biznesie może doprowadzić do zguby.

 Najważniejsza jest czujność

Mówienie sobie na ty w sytuacjach zawodowych ma swoje dobre strony, bo skraca dystans i ułatwia komunikację. Z drugiej strony klient albo partner biznesowy może to nadinterpretować i zachowywać się mało profesjonalnie, bo myśli, że może sobie na więcej pozwolić. Oczywiście nie każdy tak się zachowuje, ale to furtka dla tych, którzy jej szukają.

Zdarza się, że klient zwodzi nas miesiącami i nie dotrzymuje terminów. Nasze relacje stają są mniej profesjonalne, bo w końcu się znamy – mówi Adam Jarczyński, partner Polskiej Akademii Protokołu i Etykiety. – W czasie wieloletniej praktyki zdarzały mi się sytuacje, że  przedstawiciel firmy, z którym współpracowałem, proponował, byśmy mówili sobie po imieniu. Godziłem się, ale skrócenie dystansu nieraz sprawiało, że dużo trudniej było mi negocjować i egzekwować wcześniejsze założenia. Adam Jarczyński podkreśla, że w biznesie po prostu trzeba być czujnym, żeby nie wpaść w pułapkę tzw. miękkiej manipulacji.

Jesteśmy jak rodzina, ale…

Niemal regułą jest mówienie sobie po imieniu w międzynarodowych korporacjach i dużych firmach, zarówno do współpracowników, jak i do szefów. Przełożony często mówi: „Słuchajcie, zwracajmy się do siebie na ty, nie napinajmy się, żeby nie tworzyć sztucznych barier”. Czasami rzeczywiście wygodniej się pracuje, jeśli jest mniej zobowiązująca atmosfera, ale niektórzy to wykorzystują, stając się mniej profesjonalni.

Są też specyficzne środowiska, w których sposób zwracania się do siebie związany jest z hierarchią.  Na wyższej uczelni, jeśli ktoś zwróci się do współpracownika w niewłaściwy sposób, np. pominąwszy tytuł naukowy, może narazić się na nieprzyjemności, a nawet konsekwencje. Często jednak zdarza się, że w tych hierarchicznych instytucjach osoba kierująca zespołem mówi: „Na czas spotkań towarzyskich zawieśmy zależności zawodowe. Zostawmy formułki za drzwiami, bo jesteśmy jak rodzina. Ale jeżeli przyjdzie ktoś z zewnątrz, klient lub gość, to zwracajmy się do siebie bardziej formalnie”.

Szczególnym przypadkiem jest rozmowa publiczna, np. w studiu telewizyjnym. Często redaktorzy prowadzący prywatnie przyjaźnią się ze swoimi rozmówcami, ale na antenie gospodarze i goście zwracają się do siebie w sposób oficjalny. Podobnie jest np. z politykami. Proszę przypomnieć sobie rozmowy Donalda Tuska z Grzegorzem Schetyną. W telewizji mówili do siebie „per pan”, a przecież prywatnie są znajomymi, spotykali się na boisku, grali razem w piłkę – mówi Adam Jarczyński.

Niektóre podręczniki sprzedaży zalecają również skracanie dystansu wobec potencjalnego klienta. To zwiększa szansę na pozytywne zakończenie procesu sprzedaży. Pewną formą pośrednią nadużywaną przez telemarketerów  jest formuła typu „pani Haniu” lub „panie Andrzeju”.

Irytuje mnie, gdy telefonuje konsultant i na czterdzieści słów związanych z produktem, który chce mi sprzedać, dwadzieścia razy słyszę „panie Adamie”. To jest formuła, która ma skrócić dystans, żebyśmy poczuli się bardziej komfortowo i byli skłonni do zawarcia transakcji. Osobiście jestem przeciwny spoufalaniu się w procesie sprzedaży, nachalnemu skracaniu dystansu, ale może to jest niestety skuteczne i przynosi rezultaty, bo niemal każda rozmowa telefoniczna zaczyna się od słów „panie Adamie”. Oczywiście nie uzależniałbym sprzedania garnków tylko od tego, jaka będzie formuła zwracania się do siebie. Niemniej to istotny element budowania rozmowy. Pamiętajmy jednak, że nie każdy może czuć się z tym komfortowo i cała strategia sprzedaży idzie w łeb, bo klient irytuje się tą formułą i nie słucha oferty – tłumaczy Jarczyński.

Dziennikarze „tykają” dziś nawet króla

W tradycji angielskiej do wszystkich mówi się „you”. Wynika to w sposób naturalny z gramatyki języka i nikogo nie oburza. Nikt też nie ma dylematów: wypada czy nie. Jednak w języku angielskim fakt, że z kimś jesteśmy na ty, wcale nie oznacza, że zostaliśmy kolegami. Nie każdy cudzoziemiec to rozumie, dlatego uważa to za pewnego rodzaju przywilej.

Również Szwedzi, zmęczeni panującą u nich tytułomanią, pozazdrościli Anglikom i Amerykanom swobody w komunikacji i postanowili dokonać rewolucji w języku. Dokładnie 50 lat temu przeszli na ty. Zaczątki tej rewolucji były widoczne już wcześniej. Szwedzcy dziennikarze przechodzili na ty np. ze sportowcami. Ale prawdziwym przełomem stało się przemówienie dyrektora generalnego Urzędu Zdrowia Brora Rexeda do swoich podwładnych. „Mówcie mi Bror – zasugerował urzędnik przed 50 laty. – Ja też będę się do was zwracał na ty”. Dwa lata później premier Olof Palme zaproponował dziennikarzom na konferencji prasowej, żeby mówili mu po imieniu. Wkrótce taka forma zapanowała w szwedzkim Kościele. Dziś tytuły używane są tylko w wyjątkowych i oficjalnych okolicznościach. „Panie Marszałku” – tak posłowie zaczynają przemówienie w parlamencie; „Wasza Wysokość” mówi się zaś do Karola XVI Gustawa. Ale to rzadkość. Dziennikarze „tykają” dziś nawet króla, przeprowadzając z nim wywiady.

Powszechne przejście na ty to największa zmiana w języku szwedzkim od początku XX wieku. Rewolucja językowa zjednoczyła i tak zsolidaryzowany już wtedy naród szwedzki. Dziś niektórzy młodzi Szwedzi starają się wyrażać swój szacunek, posługując się w kontaktach ze starszymi osobami formą „wy”. Jednak przez starsze pokolenie jest to często odbierane jako obraza. Niektórzy reagują pytaniem: „Czyżbym był już taki stary?”.

Jeśli natomiast w parlamencie mówi się dziś do adwersarza „pan”, to albo jest to forma ironii, albo znak, że różnica zdań jest bardzo głęboka.

Paniowanie chroni godność?  

W Polsce dominują jeszcze językowe wzorce z czasów szlacheckich. Wciąż bowiem pokutuje myślenie, że przechodząc z kimś na ty, stracimy szacunek. Paniowanie chroni nas przed utratą godności.

Jeszcze w ubiegłym wieku przechodzenie na ty było pewną cezurą, momentem przełomowym w znajomości dwójki ludzi. Panem Markiem lub panią Elizą stawała się osoba, która zdała maturę i szła na studia. Tak jest zresztą i dziś. Do studentów już od pierwszego roku wykładowcy zwracają się, używając tej grzecznościowej formuły. Gdy do młodego człowieka zwrócimy się „per pani/pan”, jej poczucie pewności rośnie, nabiera przekonania, że jest kimś ważnym.

W naszym kraju nawet osoby, które uważają siebie za bardzo liberalne i otwarte, mają problem z szybkim przechodzeniem na ty. Ale dotyczy to sfery prywatnej, nie zawodowej.

Wczoraj kumpel, dzisiaj PAN dyrektor

Często zasady korporacyjne dopuszczają, by na rzecz płynniejszej komunikacji pomiędzy pracownikami zwracać się do siebie po imieniu, bez względu na wiek i zajmowane stanowisko. Nie wszystkim się to jednak podoba. Zdarza się na przykład, że kolega, który awansował na naszego przełożonego, domaga się mówienia do niego per pan. Można spotkać szefów, do których jeszcze wczoraj koledzy zwracali się: Tomku, Maćku, Krzyśku itd., a dziś muszą mówić: „panie dyrektorze”.

Zgodnie z etykietą biznesu przejście na ty proponuje zawsze osoba, która zajmuje w hierarchii wyższe miejsce (szef  pracownikowi) lub osoba o wysokim statusie społecznym (minister prezesowi firmy). Propozycja przejścia na ty w życiu prywatnym powinna wyjść natomiast od osoby starszej lub, w relacji damsko-męskiej, od kobiety. Nie musi jej wcale towarzyszyć ceremonialny bruderszaft. Wystarczy sugestia, miły komentarz i uśmiech.

Propozycji mówienia sobie na ty nie powinno się składać, jeśli nie mamy pewności, że zostanie dobrze przyjęta. Czasem zdarzy się, że nie wiemy, czy zaproponować nieformalne zwracanie się do siebie, a znajomość już trwa. Dodatkowo jest chemia, ale brakuje impulsu. Wtedy przez niby-pomyłkę można się zwrócić bardzo bezpośrednio i czekać na reakcję, która jest sprawdzianem: druga strona, jeśli poczuje się ośmielona, sama może zaproponować mniej formalną tytulaturę. Oczywiście są osoby, które się nie certolą i pytają wprost, co jest zdecydowanie bardziej eleganckie niż automatyczne narzucanie formuły – mówi Adam Jarczyński.

W kręgach ludzi wykształconych i kulturalnych mówienie do siebie na ty jest symetryczne. Nie wypada więc, aby szef zwracał się do sekretarki „per ty”, oczekując przy tym, że ona będzie się do niego zwracać formalnie dlatego, że jest niższa rangą.

Dość kłopotliwą i niezręczną sytuacją jest ta zdarzająca się tuż po ślubie, kiedy nowa teściowa i teść oczekują, by zwracać się do nich „per mamo” i „per tato”. Dla niektórych ta zmiana wydaje się zbyt nagła. Można wówczas tymczasowo rozwiązać problem przez zwracanie się do teściowej w sposób bezosobowy.

Coraz częściej w środowiskach bardziej liberalnych, postępowych teściowie proszą, aby partnerzy dzieci mówili do nich po imieniu. To buduje trochę mniej intymną formę relacji, bo dla wielu matka czy ojciec to tylko ci biologiczni rodzice. Koniec końców, najlepiej ustalić, jak nam jest najwygodniej. Może się zdarzyć, że będziemy potrzebowali trochę czasu, by do osoby starszej czy nawet nieznajomej mówić mamo lub Jolu. Nic na siłę – mówi Adam Jarczyński.

Internet skraca dystans

Nowoczesna technologia sprawia, że niektóre zwroty grzecznościowe wydają się przestarzałe.  Jednak nawet jeżeli przyjmiemy, że wypowiedzi w komentarzach blogowych czy na FB, ze względu na swoją zwięzłość, mogą zawierać formę bezpośrednią lub bezosobową, to już w korespondencji mejlowej zdecydowanie stosuje się formę oficjalną.

Internet bardzo skrócił dystans pomiędzy ludźmi. Przyjęło się, że tu obowiązują formy mniej eleganckie. Większość internautów mówi do siebie po imieniu, szczególnie na grupach tematycznych, na których rozmówcy obok imion czy nazwisk używają nicków i awatarów.  Także przedstawiciele firm często zwracają się po imieniu do swoich klientów odwiedzających ich fanpage’e. Podobnie jest w niektórych reklamach banków albo operatorów komórkowych, np. ING Bank, Play czy Plus. Taka familiarność i poufałość jest też charakterystyczna dla niektórych programów telewizyjnych. Kuba Wojewódzki zwraca się do widzów „moi drodzy”, Hubert Urbański w „Milionerach” mówi do uczestników po imieniu, podobnie zresztą jak Robert Jankowski w programie „Jaka to melodia”. W telewizji śniadaniowej kucharz, który prezentuje swoje potrawy, mówi do wielbicieli swojej kuchni „kochani”. I nikogo to nie oburza.

Zawodowo zajmuję się również brandingiem i komunikacją marketingową, lecz nie do końca jestem za tym, żeby każda marka się ze mną spoufalała. Tutaj mam dużą dozę nieufności i nie lubię, jak ktoś kumpluje się na siłę. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że są marki, które chcą być bliżej konsumenta i mają naturalność wpisaną w swoją strategię, system komunikowania się. Jeśli marketerom zależy, aby dotrzeć do grupy docelowej, którą są np. skejterzy, to marka nie może być wyniosła i egzaltowana – podkreśla Adam Jarczyński.

Nie narzucaj się z poufałością   

Urbanizacja doprowadziła do zbliżenia między ludźmi. Spotkania między nimi stały się bardziej przypadkowe i przede wszystkim krótkie. W tych warunkach przestają się sprawdzać archaiczne formy zwracania się do siebie. Jednak sama rewolucja językowa polegająca na poluzowaniu obyczajów w tytułowaniu nie zniweluje różnic w statusie społecznym.

Kiedy przychodzę do przedszkola po syna, mówię „dzień dobry”. Ale często spotykam się z sytuacją, że rodzice innych dzieci mówią mi „cześć”, choć nie za bardzo pamiętam, byśmy się poznali. Czy to jest złe? Nie napinajmy się i nie paniujmy, kiedy nie jest to konieczne. Ale szanujmy też drugiego człowieka – podkreśla Adam Jarczyński. Stosunki między ludźmi wyrażane formami grzecznościowymi są sprawą delikatną, dlatego obie strony językowego kontaktu powinny wykazać się wyczuciem i subtelnością. Nie narzucajmy się z poufałością tam, gdzie ktoś sobie tego nie życzy.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
Obserwuje, słucha, czyta i podróżuje. A potem nie może się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Pytanie, które najczęściej zadaje, brzmi: co o tym myślisz? Interesuje ją wszystko, co niekonwencjonalne i wyprzedzające epokę. Jest żądna wiedzy, ciekawa świata i ludzi.

Od kilkunastu lat pracuje jako dziennikarka. Pisała dla takich tytułów, jak „Trendy Art of Living” czy „Dziennik. Gazeta Prawna”.

Uwielbia Włochy i mistykę. Z wielką determinacją próbuje nauczyć się włoskiego. Nie lubi zimna, tłumu i hałasu. Jest uzależniona od kina, więc wolny czas najchętniej spędza w ciemnej sali kinowej. Często jeździ na rowerze i ćwiczy jogę. Do siebie i życia podchodzi z dystansem. Czasami chciałaby być niewidzialna.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Zrzutki pracownicze: zacieśniają więzy czy wkurzają?

Teoretycznie mają być wyrazem tego, że praca to nie tylko miejsce, do którego chodzimy, żeby zarobić, ale też takie, w którym po prostu czujemy się dobrze. W praktyce bywają zmorą i ością w gardle. Czy lubimy się składać na prezenty dla współpracowników i na jakich zasadach robimy to najchętniej?
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
29 stycznia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ