„Zwierzęta są mistrzami w ukrywaniu cierpienia”. Kiedy o nie walczyć, a kiedy pozwolić im odejść?

11 minut czytania
503
0
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
14 kwietnia 2018

Właściciele, którzy muszą zmierzyć się z chorobą swoich pupili, często walczą o ich życie za wszelką cenę, nawet jeśli tą ceną jest przedłużanie im bólu. Inni od razu decydują się na ich uśpienie. O tym, czy można kochać zwierzę za bardzo oraz jak pozwolić mu godnie odejść, kiedy nie ma już innego wyjścia, rozmawiamy z behawiorystką zwierzęcą i zoopsycholożką Magdaleną Nykiel.  

Małgorzata Bożek: Czy człowiek może kochać zwierzę za bardzo?

Magdalena Nykiel: To trochę zwodnicze pytanie, ponieważ dużo zależy od tego, co ktoś uznaje za miłość. Tak w skrócie: nie można! Głównie dlatego, że moim zdaniem miłość nie jest skalowalna. Jest albo jej nie ma. Natomiast bardzo często trudno odróżnić miłość od innych emocji i stanów emocjonalnych, które jej towarzyszą. Na przykład więź łącząca ludzi i zwierzęta jest czymś pozytywnym i cennym. A jednak można czuć przywiązanie tak silne, że utrudnia ono podejmowanie racjonalnych decyzji. Można kochać zwierzę i dbać o nie jak najlepiej, między innymi dobrze karmiąc. Można jednak w pogoni za „dopieszczeniem” podopiecznego przekarmić go i doprowadzić do problemów ze zdrowiem. To nie jest efekt „kochania za bardzo”, tylko innych ludzkich emocji, potrzeb i błędów.

Te emocje i potrzeby często biorą też górę, kiedy ludzie walczą zawzięcie o życie swoich zwierząt, kosztem długiego, bywa że także bolesnego leczenia. Mówi się wtedy już nie tylko o miłości, ale też egoizmie.

To są bardzo trudne decyzje, nie chciałabym wchodzić w rolę kogoś, kto ocenia innych. Z różnej perspektywy długość leczenia i jego dolegliwość może być różnie oceniania. Wiele zależy od predyspozycji gatunkowych i osobniczych zwierząt. Ja mogę jedynie dzielić się swoim doświadczeniem i wiedzą. Każdej sytuacji należy się przyjrzeć z bliska, zarówno z medycznego punktu widzenia, jak i z punktu widzenia motywacji człowieka. Przede wszystkim kluczowe zawsze jest dobro zwierzęcia. Najczęściej jest tak, że zaczynając trudne i długie leczenie, nie ma się stuprocentowej pewności, jak w praktyce będzie przebiegało i jak ostatecznie się zakończy. Jeśli istnieje realna szansa na wyzdrowienie zwierzęcia lub – w jakiejś sensownej perspektywie czasowej – dalsze życie bez cierpienia, to oczywiście warto walczyć. Byle tylko nie stracić w tym wszystkim z oczu zwierzęcia. Reagować, jeśli widać, że kuracja, która miała pomóc, jest ponad jego siły. Liczy się nie tylko długość życia, ale także jego jakość.

Długie, nawet bolesne leczenie może być ceną wartą zapłacenia za następujące po nim dobre życie. Jeśli jednak terapia ma służyć jedynie podtrzymaniu wątłej iskierki życia w cierpiącym, schorowanym zwierzęciu, bez perspektywy poprawy, to mam zasadnicze wątpliwości, czy to dobra decyzja. Czasem rezygnacja z terapii jest wyrazem miłości i wiedzy o tym, jak straszne może być życie zwierzęcia z danym problemem medycznym. Trudność polega na tym, że opiekun mniej doświadczony, postawiony w jakiejś sytuacji pierwszy raz, nie ma tej wiedzy. Widzi zwierzę, które cierpi i chce je ratować.

Czy można kochać zwierzę za bardzo?

Czy to weterynarz powinien być głosem rozsądku w takich sytuacjach?

Tak byłoby idealnie. Choroba zwierzęcia jest dla opiekuna dużym obciążeniem emocjonalnym. Trudno mu ocenić realne szanse swojego pupila. Nie chce ich też podopiecznemu odbierać, nawet jeśli nie są wielkie. Do tego, decyzja o eutanazji jest nieodwracalna, błąd oznacza brak szansy na poprawę. Dlatego tak ważna jest profesjonalna opinia lekarza weterynarii.

Co powinien więc zrobić w takiej sytuacji weterynarz?

Dobry lekarz poświęca czas, by przedstawić opiekunowi rokowania, wszystkie „za i przeciw” konkretnej kuracji. Pomaga podjąć decyzje, przekazując informacje oparte na wiedzy i badaniach. Jednocześnie nie narzuca swoich poglądów. Decyzje o zastosowaniu jakiejś terapii podejmuje, kierując się dobrem pacjenta, a nie na przykład chęcią sprawdzenia się na jakimś polu. Dlatego będzie też gotów do rezygnacji z dalszego leczenia, jeśli nie będzie miało ono sensu dla zwierzęcia. Ostateczna decyzja w sprawach najtrudniejszych należy jednak do opiekuna. Niestety, są też ludzie, którzy chcieliby eutanazji używać jako łatwej odpowiedzi na wszystko, co ich przerasta. Chyba nie ma w Polsce lekarza weterynarii, któremu nie zdarzyło się usłyszeć „to proszę go uśpić”, kiedy nawet w stosunkowo prostych sytuacjach medycznych przedstawił perspektywę leczenia, koszty i konieczne zaangażowanie opiekunów. Trzeba pamiętać, że lekarz nie może wykonać eutanazji bez wskazań medycznych i ustawowych. Zabijanie zwierzęcia bez wskazań to nie jest eutanazja.

Jednak wiele osób twierdzi też, że weterynarze nie zawsze kierują się dobrem zwierzęcia, przedłużając jego życie. Czy jest tak również w związku z obawą o oskarżenia, które mogą paść pod ich kątem – że nie walczyli o życie zwierzęcia do końca?

To pytanie warto zadawać lekarzom weterynarii, którzy nie są jednolitą grupą, są przecież ludźmi, z całym bagażem doświadczeń, wiedzy i poglądów. Pisałam o tym w artykule „Kiedy pozwolić zwierzętom odejść? Eutanazja jako wybór”. To bardzo szeroki temat, dotykający emocji każdej ze stron. Oczywiście można sobie wyobrazić sytuację nieetycznego postępowania, ale równie łatwo o oskarżenia rzucane w emocjach.

Dobry lekarz poświęca czas, by przedstawić opiekunowi rokowania, wszystkie „za i przeciw” konkretnej kuracji

Jeden z artykułów kodeksu etyki lekarza weterynarii mówi, że: „Powołaniem lekarza weterynarii jest dbałość o zdrowie zwierząt oraz weterynaryjna ochrona zdrowia publicznego i środowiska. Celem nadrzędnym wszystkich jego działań jest zawsze dobro człowieka w myśl dewizy: >>Sanitas animalium pro salute homini<< – >>Przez zdrowie zwierząt do zdrowia ludzi<<”. Badacze zastanawiają się, czy jednak konflikty moralne powinny być zawsze rozstrzygane pod kątem dobra człowieka, a nie dobra zwierzęcia, czy nie powinno się go przedkładać w pewnych przypadkach. Wobec kogo lekarze weterynarii powinni być bardziej zobowiązani – wobec pacjenta czy jego opiekuna?

Tu nie ma łatwych odpowiedzi. Przede wszystkim niekoniecznie ten zapis należy sprowadzać do prostego schematu „dobro opiekuna kontra dobro zwierzęcia”. Sądzę, że podejmując trudne decyzje, trzeba dążyć do sprawdzenia, czy ostateczne korzyści i straty po obu stronach są tego samego rzędu i wagi. Ogromnie dużo zależy też do tego, jak zdefiniujemy interes, korzyści i straty. Mówiąc krótko: moim zdaniem nie zawsze i nie wszystkie konflikty etyczne należy rozstrzygać na korzyść ludzi. Tym bardziej, że ze względu na różne definicje korzyści, konflikty mogą być pozorne. Myślę jednak, że kiedy interes człowieka i zwierzęcia jest równoważny, na szali jest bezpośrednie zagrożenie życia, interes zwierzęcia ustępuje. To skrajna sytuacja. Większość ludzi nie staje w swoim życiu wobec takich dylematów. A jednak, kiedy zobaczyliby na przykład węża atakującego dziecko, nie mieliby wątpliwości, że mają prawo go zabić, by ratować człowieka. To nie usuwa wszystkich wątpliwości, nie czyni wyboru łatwym i bezbolesnym. Jednak nie każdy wybór jest na tym poziomie. Jeśli konflikt polega na tym, że na szali jest życie zwierzęcia i straty materialne człowieka, czy jego utrudnienia w funkcjonowaniu, to wybór wcale nie jest taki oczywisty.

To znaczy?

Dużo zależy od skali i rodzaju konsekwencji. Na przykład kret ryjący w moim trawniku irytuje mnie – kto nie miał kreta w ogrodzie, nie zrozumie (śmiech) – a jednak nie uważam, że to uzasadnia zabijanie kretów. Wróćmy do zwierząt domowych. Tysiące ludzi, każdego roku podejmuje straszną decyzję o wyrzuceniu zwierzęcia z domu, narażeniu go na śmierć, tylko po to, by wygodnie wyjechać na wakacje. I zrobiwszy to, świetnie się bawią. Dla mnie i dla wielu ludzi to fałszywy konflikt interesów, bo zestawiono w nim skrajnie różne korzyści i straty. Nie mamy wątpliwości, że życie zwierzęcia nie może być ceną za wakacje. Jak widać, nie brakuje ludzi, którzy myślą inaczej.

Przy podjęciu decyzji o rozpoczęciu terapii swojego zwierzęcia niestety często duże znaczenie mają również koszty leczenia. Tego rodzaju kuracje są niejednokrotnie bardzo kosztowne. Wydaje się, że od początku XX wieku wiele się w tej kwestii nie zmieniło. Wtedy, jak pisał Éric Baratay w „Zwierzęcym punkcie widzenia”, na kosztowne leczenie zwierząt mogli sobie pozwolić tylko bardziej majętni, nasiliło się to w drugiej połowie XX wieku. Co robić, jeśli nie stać kogoś na leczenie zwierzęcia?

Trudno mi tutaj prowadzić jakieś szczegółowe rozważania. Ostatecznie to jest kwestia relacji społecznych ludzi i ustaleń pomiędzy nimi. Ja jednak zajmuję się relacjami pomiędzy zwierzętami i zwierząt z ludźmi. Swoją drogą, to temat na osobne badania i dyskusję: o odpowiedzialności materialnej ludzi za zwierzęta, którymi się opiekują i tym, czy i jak ona się zmienia wraz ze zmianą sytuacji człowieka.

Zaznacza pani w jednym ze swoich tekstów, że zwierzęta są mistrzami w ukrywaniu bólu. Kiedy zaczyna być widać, że coś jest z nimi nie tak, że cierpią, jest już często za późno, by je ratować?

Zwykle na szczęście nie. I na pewno nie można tego ocenić bez pomocy lekarza, nawet jeśli sytuacja z naszego punktu widzenia wygląda beznadziejnie. Z drugiej strony zdarza się, że ktoś nie spieszy się z wizytą u lekarza weterynarii. Co prawda zwierzę schudło ostatnio i sporo pije, ale humor mu dopisuje, apetyt również i nie widać, by coś je bolało, więc zapewne nic mu nie dolega. To błąd! W przypadku wielu poważnych problemów zdrowotnych przez długi czas ból się nie pojawia. Dlatego należy zwracać uwagę nie tylko na ogólne samopoczucie zwierzęcia, ale na wszystkie zmiany w jego zachowaniu. Wzmożoną aktywność w jakimś obszarze lub ograniczenie tej aktywności. Na przykład zmiana apetytu czy zmiana wagi ciała zawsze powinna niepokoić.

Wobec kogo lekarze weterynarii powinni być bardziej zobowiązani – wobec pacjenta czy jego opiekuna?

Co trzeba wziąć pod uwagę, podejmując decyzję o ewentualnym leczeniu zwierzęcia lub jego zaniechaniu i eutanazji?

Zawsze najważniejszy jest bilans naszych działań dla zwierzęcia. Czy cierpi i czy możemy skutecznie uśmierzyć ból? Czy dalsze leczenie może przynieść poprawę? To zwierzę jest podmiotem naszych działań i jego interes powinien być na pierwszym miejscu. Można w kalendarzu zaznaczać dobre i złe dni zwierzęcia. Jeśli tych złych, wypełnionych cierpieniem, jest więcej niż tych dobrych, zbliżamy się do decyzji o eutanazji. Nie należy jednak poddawać się zbyt łatwo – jeśli chodzi o sprawy życia i śmierci, nie wolno podejmować decyzji pochopnie. Dlatego trzeba zadać sobie również pytanie: czy naprawdę nic więcej nie da się zrobić? Czy nie ma innego skutecznego leku? Czy zwierzę nie je, ponieważ się poddało, czy też nie je, bo jest konkretna przeszkoda, którą mogę usunąć?

Kiedy więc należy pozwolić odejść swojemu pupilowi?

Kiedy codzienne radości i normalne funkcjonowanie zostają zabrane przez cierpienie, a wszystkie możliwości, by poprawić stan zdrowia zwierzęcia lub przynajmniej istotnie złagodzić objawy choroby zostały wyczerpane.

Jak wówczas pomóc zwierzęciu w godnym odchodzeniu?

Zdobyć wiedzę na temat eutanazji z wyprzedzeniem, ponieważ wiedza jest tym, co pozwala podejmować racjonalne decyzje i odsunąć na bok swoje emocje. Zapewnić zwierzęciu spokój i – na tyle, na ile to możliwe – komfort w ostatnich chwilach. Bo choć nie możemy wygrać ze śmiercią, to wciąż wiele od nas zależy. Na przykład ostatnie chwile umierającego zwierzęcia może zdominować strach albo dyskomfort związany z tym, jak jest traktowane. Za jeden z najważniejszych obowiązków opiekuna uważam towarzyszenie bliskiemu zwierzęciu do końca. Temat ten jest stosunkowo rzadko podejmowany w publikacjach, a jednocześnie wiele razy opiekunowie zwierząt pytają mnie o to. Pisałam również o tym zagadnieniu w swoim tekście „Jak pomóc zwierzęciu u kresu jego życia? Opiekun wobec eutanazji”.

Czy można mówić o żałobie po zwierzęciu? Jak sobie radzić z jego stratą?

Oczywiście, że tak. To naturalne i nie jest to nic wstydliwego. Trzeba dać sobie prawo do smutku. Choć w ciągu dwudziestu lat na moich rękach umarło wiele zwierząt, pamiętam każde z nich i są dni, kiedy je wspominam. Przeżyć żałobę pomaga przede wszystkim czas, a także możliwość podzielenia się swoimi emocjami z kimś, kto okaże zrozumienie i empatię.

Zwierzę jest podmiotem naszych działań i jego interes powinien być na pierwszym miejscu

Ludzi, którzy przeżywają odejście bliskich im zwierząt, często oskarża się o ckliwy sentymentalizm. Jak pani sądzi, dlaczego tak trudno jest wciąż zrozumieć, że właściciel może być uczuciowo związany ze swoim psem czy kotem?

To może wynikać ze zwykłego braku wiedzy, że dzielimy podstawowe emocje ze zwierzętami i to pozwala na nawiązanie autentycznej, głębokiej więzi z nimi. Z braku pozytywnych doświadczeń w kontakcie ze zwierzętami albo z poczucia gatunkowej wyższości, która nie pozwala w tym, co inne, dostrzec wartości. Paradoksalnie, taka postawa może wynikać także z braku empatii wobec… człowieka.

Czy myśli pani, że coś zmienia się w naszym społeczeństwie na lepsze, jeśli chodzi o podejście do cierpienia zwierząt?

Zdecydowanie tak! Zmienia się nie tylko emocjonalny stosunek do zwierząt, ale także rośnie świadomość ich rzeczywistych potrzeb i tego, jak odczuwają. To są zmiany, które można dostrzec w szerszej perspektywie czasowej, uwzględniając nie tylko to, z czym spotykamy się na bieżąco. Ogrom zwierzęcego cierpienia, z jakim można się zetknąć, pracując ze zwierzętami, jest przytłaczający. Osoby, które zajmują się tematem praw zwierząt od niedawna, często twierdzą, że „jest coraz gorzej”. Szczęśliwie mogę się z tym nie zgodzić. Niezależnie od tego, że los milionów zwierząt zależnych od człowieka wciąż jest straszny, dokonują się kolejne niewielkie, ale jednak pozytywne zmiany. Do kręgu zwierząt „zasługujących na szacunek” zaczynamy włączać coraz większą liczbę gatunków. Samo przyznanie, że zwierzęta czują i posiadają prawa, jest ogromnym krokiem naprzód. Nawet jeśli nie od razu przekłada się to na powszechną praktykę wobec zwierząt. Zaczynamy rozumieć, że człowieka i pozostałe gatunki zwierząt nie dzieli przepaść.

Co można jeszcze zrobić, aby pogłębić tę świadomość?

Wciąż zbyt mały nacisk kładziemy na edukację najmłodszych, na kształcenie ich inteligencji emocjonalnej, w tym zakresie jest jeszcze wiele do zrobienia. Kluczowe dla sytuacji zwierząt są długoterminowe procesy kształtowania postaw, czyli edukacja i dobre prawo. Konsekwencją zaniedbań są takie rzeczy jak na słynnym filmie z dziećmi dręczącymi króliki przy wtórze zachęt rodziców. A to przecież nie jest najgorsze, co spotyka zwierzęta z rąk ludzi.

***

Magdalena Nykiel – zoopsycholog (PAN), behawiorysta: Specjalista Terapii Zachowania Zwierząt DipCABT (COAPE, 2009). Posiada certyfikat w zakresie zarządzania schroniskami dla zwierząt (RSPCA, 2003). Członek Polskiego Towarzystwa Etologicznego (PTEtol), współzałożycielka i członek Stowarzyszenia Behawiorystów i Trenerów COAPE. Od ponad 15 lat działa aktywnie na rzecz bezdomnych zwierząt, przez wiele lat współzarządzała społecznym azylem dla zwierząt. Od 10 lat prowadzi prywatną praktykę pod marką Zooedukacja.pl, specjalizuje się w terapii zachowania kotów.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
Wolny strzelec krążący wokół dziedzin takich jak media, sztuka i reklama. Pracuje ze słowami i odpoczywa ze słowami. Kiedy nie pisze, czyta, ogląda, słucha – jest uzależniona od opowieści. Lubi zmiany, podróże i sny.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Mopsy i pekińczyki są słodkie, ale ich życie to pasmo cierpień. Czy kupowanie ich jest etyczne?

Na początku marca brytyjska sieć klinik weterynaryjnych Valley Vets ogłosiła, że nie będzie już pomagała w rozmnażaniu psów ras brachycefalicznych. Dlaczego? O co chodzi? Co mają do paskud z krótkimi kufami i spłaszczonymi pyszczkami? Weterynarze uzasadniają swoją decyzję problemami zdrowotnymi, które dotykają psy tych ras: pekińczyki, buldogi francuskie i angielskie, mopsiki, boksery, shih tzu.
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
26 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ