Ala z Elementarza. Historia niezwykłej książki i dziewczynki ze słynnego zdania

9 minut czytania
2085
2
Martyna Kośka
Martyna Kośka
3 maja 2018

Odsłuchaj

Ala, która ma Asa i która pomagała opanować trudną naukę czytania kilku pokoleniom polskich dzieci, to postać prawdziwa. Autor “Elementarza”, Marian Falski, słynne zdanie dedykował córce przyjaciół – małej Alince Margolis, późniejszej żonie Marka Edelmana i wybitnej lekarce.

Państwo Margolis udzielali się towarzysko. Czasu wolnego mieli wprawdzie niewiele, bo obowiązki zawodowe zajmowały im większość dnia. Ona, Anna, była lekarzem specjalizującym się w leczeniu gruźlicy dziecięcej, on, Aleksander, pracował na stanowisku dyrektora szpitala na Radogoszczu. Do ich mieszkania w kamienicy przy Piotrkowskiej w Łodzi zaglądała śmietanka miasta. Wpadał także pochodzący z Kresów Wschodnich Marian Falski –  pedagog z zamiłowania, zadeklarowany socjalista z przekonań.

Gdy opiekował się potomstwem znajomych, zauważył ciekawą prawidłowość. Zwrócił uwagę, że dzieci, które dopiero uczą się czytać, jedne wyrazy odczytują sprawnie i płynne, innych zaś nie mogą poskładać z pojedynczych liter. Doszedł do wniosku, że należy im proces nauki ułatwić – tak by w pierwszej kolejności odczytywały niewielkie grupy sylab, a dopiero później przechodziły do trudniejszych i dłuższych.

1910 rok – wtedy wszystko się zaczęło

Aby sprawdzić słuszność pomysłu, napisał wraz z żoną Ireną Reginą z d. Oxner, a następnie wydał w 1910 roku książkę zatytułowaną „Nauka czytania i pisania dla dzieci„, a ilustracje wykonał popularny w tamtych czasach artysta Jan Rembowski.

Była to jedna z wielu dostępnych pod zaborami książek do nauki czytania w języku polskim. Oparta była na tym samym pomyśle, co i pozostałe: dzieci miały uczyć się czytania i pisania pojedynczych sylab, które dopiero potem łączyły w krótkie wyrazy. Bo choć Falski czuł intuicyjnie, że znacznie bardziej naturalne jest odczytywanie od razu całych wyrazów (choć krótkich), to nie odważył się wykorzystać tej metody w pierwszej publikacji. W rezultacie uczniowie nie osiągnęli jakichś spektakularnych wyników.

Małżonkowie kontynuowali swoje badania, których rezultatem była kolejna publikacja: w 1921 roku premierę miał „Elementarz powiastkowy dla dzieci”  – wydawnictwo nowoczesne, bo wyposażone w zeszyt ćwiczeń dla uczniów i wskazówki dla nauczycieli.

Okładka pierwszego wydania elementarza Mariana Falskiego, wydanie z 1910 roku z ilustracjami Jana Rembowskiego

Książka została bardzo dobrze przyjęta. Falski wkrótce dostał zamówienia na „Elementarz powiastkowy” w wersji dla dzieci, dla dorosłych i dla żołnierzy (w oparciu o który niepiśmienni dotychczas  żołnierze uczyli się czytać w oparciu o słowa takie jak „rekrut” czy „dywizja”) i innych odbiorców, których pilnie trzeba było nauczyć czytać.

„Pan Marian Falski był wielkim przyjacielem mojej mamy (…). Kiedy skończyłam siedem lat, przyniósł mi pięknie zapakowany prezent. Był to Elementarz. Na pierwszej stronie na górze w lewym rogu było napisane: >>Ali z Elementarza — Autor<<” – tak właśnie wspominała po latach tamten moment Alina.

Jedna z najsłynniejszych dedykacji w historii

Ta Ala mu bardzo do treści pasowało, bo przecież zgodnie z przyjętą metodyką, używane w pierwszej samodzielnie przeczytanej książce słowa miały być krótkie. Owego słynnego „Ala ma kota” nie ma w pierwszym wydaniu, zostało dopisane dopiero w kolejnym.

A jaki był to elementarz? Nowoczesny, a przy tym na wskroś świecki. Falski z całych sił unikał jakichkolwiek treści religijnych i pozostał tu niewzruszony na naciski ze strony prawicy, która domagała się przeplatania opowieści życia codziennego z kwestiami wiary. To wyraźnie odróżniało „Elementarz” Falskiego od zbioru innych czytanek, w których pełno było odniesień do religii. Wprawdzie w latach 30. na którejś ze stron pojawił się na rysunku kościół, a dzieci w opowiadaniu malowały pisanki, ale były to bardzo pojedyncze przebłyski. W wydaniu z 1949 roku żadnego kolorowania jajek już nie było, a Boże Narodzenie pojawiało się co najwyżej w kontekście ubierania choinki. Ot, nowe standardy.

Egzemplarz z dedykacją spłonął w Powstaniu Warszawskim, ale po wojnie powstawały kolejne wydania elementarza. Różniły się od tego pierwszego, bo treść dostosowywana była do nowych czasów. Wymogi nowoczesności objęły nawet zdanie „Ala ma kota”, które zniknęło w wydaniu z 1949 roku. To niezwykłe: obecne było w książce zaledwie przez kilkanaście lat, a tak dobrze wyryło się w pamięci ludzi.

Strony tytułowe dwóch wydań „Elementarza” Mariana Falskiego: dla dorosłych i młodzieży  i dla żołnierzy

Elementarz niczym zwierciadło czasów

Dowiadując się o Warszawie, w nowych czasach dzieci mogły przeczytać, że: „dawniej mieszkali tu królowie polscy, a dzisiaj mieszka tu i pracuje Prezydent Bolesław Bierut. W Warszawie mieszka też Marszałek Konstanty Rokossowski, naczelny dowódca wojska polskiego”.

Dzieci nie tylko dowiedziały się, jak założyć spółdzielnię produkcyjną, ale też przeczytały o nieudanym wyjściu Olka na zakupy. Gdy okazało się, że butów w jego rozmiarze nie ma, mama na pocieszenie kupiła mu piłkę.

W latach wymuszonej powojennej skromności „Elementarz” wydawany był na złej jakości papierze, ilustracje były jakieś smutne, czarno-białe. Bo ta książka naprawdę oddawała atmosferę lat, w których kolejne wydania trafiały do coraz to nowych roczników. Gdy przyszła odwilż polityczna, to i dla „Elementarza” nastały lepsze czasy. Wydanie z 1958 roku zawierało kolorowe ilustracje autorstwa Jerzego Karolaka, a suche informacje o przywódcach narodu zastąpiły wierszyki Juliana Tuwima i Aleksandra Fredry. Uznano, że nie ma potrzeby, by pierwszoklasiści wiedzieli, kto jest najważniejsza osoba w państwie i że Naród wspólnymi siłami buduje Nową Hutę.

Elementarz dla pokoleń

Za życia autora (Marian Falski zmarł w 1974 roku) ukazało się jeszcze jedno wydanie; premiery ostatniego nie doczekał. Szkoda bo bardzo mu zależało, by wydanie z końca lat 50. unowocześnić, bo bardzo się przez tych kilkanaście świat zmienił. W ostatnim przygotowanym przezeń wydaniu autor postawił na zupełnie odmienną tematykę: mniej zachwytów nad wiejskim życiem i przyrodą, a znacznie więcej opisów miejskiej codzienności, zaś na ilustracjach autorstwa Janusza Grabińskiego dzieci oglądały samochody, tatę oglądającego telewizję w swoim wygodnym M2 i nowoczesne autobusy. No i kolejki przed sklepami, bo skoro „Elementarz” odbijał świat, to i tego elementu zabraknąć nie mogło.

Ilustracja z pierwszego wydania elementarza Mariana Falskiego, wydanie z 1910 roku z ilustracjami Jana Rembowskiego

„Nestor polskiej pedagogiki” nie mógł chyba jednak przewidzieć, że jego śmierć wcale nie zakończy przygody dzieci z „Elementarzem”. Wydanie z 1974 roku było wznawiane aż 18 razy! Od prawie 70 lat mają go w ofercie Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne. Można wybierać z dwóch reprintów. Wprawdzie najdłużej funkcjonujący elementarz na świecie (tak w każdym razie twierdzi wydawca) nie jest na liście podręczników dopuszczonych do nauczania w pierwszej klasie, ale rodzice kupują go z własnej inicjatywy, bo choć na przestrzeni lat wiele się w otaczającym nas świecie zmieniło, to ta książka nadal spełnia swój cel. W atrakcyjny i przemyślany sposób uczy czytać dzisiejsze siedmiolatki tak samo, jak uczyła pokolenie ich rodziców.

To piękny paradoks – choć wydawnictwa byłyby przeszczęśliwe, gdyby co roku dzieci musiały kupować zupełnie nowe wersje podręczników (choćby zmiany miały być kosmetyczne; ważne, by rodzice zapłacili za nową książkę), to w starciu z nowymi pozycjami, które oferują jakość nieporównywalną z niczym, co było wcześniej („Dzięki naklejkom Twoje dziecko nauczy się czytać pięć razy szybciej”, „Nad opracowanie tego zestawu tekstów przez pięć lat pracowało grono 50 pedagogów” – to wymyślone hasła, ale nie odbiegają znacząco od istniejącego marketingu) i tak wygrywa książka do bólu tradycyjna, ale napisana z sercem i myślą o dzieciach, a nie wynikach sprzedaży.

Szkoła pielęgniarska za murami getta

Jak wspomniałam, egzemplarz opatrzony pamiętną ddykacją spłonął w czasie powstania w 1944 roku, gdyż po wybuchu wojny pani Anna Margolis przeniosła się wraz z dziećmi – Aliną i jej o sześć lat młodszym bratem Janem – do Warszawy. Wcześniej straciła męża. W 1939 roku został aresztowany w ramach akcji wymierzonej w działaczy żydowskich partii lewicowych i żydowskiej inteligencji. Rozstrzelano go kilka miesięcy później.

Rodzina znalazła się w getcie. Matka udzielała pomocy medycznej chorym, a jej córka zapisała się do Żydowskiej Szkoły Pielęgniarek. W poświęconym jej filmie dokumentalnym, który zatytułowany jest po prostu „Ala z elementarza” powiedziała, że to właśnie pielęgniarstwo ją uratowało, bo nauka w szkole i przebywanie z rówieśnicami pozwalało zapomnieć o horrorze, który rozgrywał się za murami.

Byłyśmy takie jak wszystkie dziewczynki w tym wieku. Wieczorami kładłyśmy się do łóżka i pękałyśmy ze śmiechu – opowiedziała w filmie.

Ale oprócz plotek i opalania się na dachu, okres pobytu w getcie obfitował w straszne momenty. W filmie opowiada o koleżance, która któregoś dnia zobaczyła, że w kolumnie Żydów prowadzonych na Umschlagplatz idzie jej matka. Wśród dziewcząt zapanowała cisza. Koleżanka, w głowie której toczyła się pewnie najstraszniejsza walka, po prostu wyszła i dołączyła do kolumny.

Choć większość Żydów stłoczonych w getcie nie przeżyła głodu, powstania i wywózek do obozów, rodzina Margolisów miała ogromne szczęście. Przetrwali wszyscy. Janek znalazł się wcześniej po aryjskiej stronie. Matka załatwiła mu miejsce w zaprzyjaźnionym domu. By mieć pewność, że gdy przekroczy mur getta, wmiesza się w tłum i uniknie złapania, budziła go nocami i pytała, jak się nazywa. Gdy rozespany bezbłędnie potrafił odpowiedzieć na pytanie, zadecydowała, że jest już gotowy, by uciekać.

Trafił do domu dziecka prowadzonego przez Marynę Falską, dyrektorkę drugiego po Domu Sierot ośrodka realizującego korczakowski system wychowawczy.

I była miłość po gettcie

Gdy jej przyszły mąż Marek Edelman dowodził powstaniem w getcie, Alina przebywała po drugiej stronie muru, na Ursynowie. Miejsce w domu architektów zorganizowała dla niej mama. Po latach mówi o nich jako o dobrych, uczciwych ludziach, którzy mieli jedną tylko wadę – nienawidzili Żydów i nie powstrzymywali się przed kąśliwymi uwagami, gdy z okien mieszkania widzieli łunę nad zamieszkiwaną przez Żydów częścią miasta.

Po Powstaniu Warszawskim udawała pielęgniarkę Czerwonego Krzyża, by wyciągnąć z Żoliborza przyjaciół z Żydowskiej Organizacji Bojowej, którzy się tam uchowali. Wśród nich był Marek. Niedobitków z powstania w getcie trzeba było jak najszybciej przenieść w bezpieczne miejsce, bo do kryjówki zbliżali się Niemcy, a ze swym semickim wyglądem dawni działacze nie mieli by szans, by takie spotkanie przeżyć. Edelmana wyniesiono na noszach, że niby bardzo chory albo martwy. Niemcy nie chcieli łatwo przepuścić transportu z Żoliborza i dopiero refleks jednej z pielęgniarek, która krzyknęła, że ranni chorują na tyfus (którego śmiertelnie bali się hitlerowcy) uratował wszystkich przed zdemaskowaniem.

Alina, choć przed wojną miała zupełnie inny pomysł na swoją przyszłość, poszła na studia medyczne w Łodzi, a to dlatego, że uczelnia zaliczyła jej Szkołę Pielęgniarską jako pierwszy rok. Od razu zapisała na medycynę także Marka, choć marzyła mu się ekonomia. Podobno studentem był słabym („Aż dziw, że po latach stał się tak sławnym lekarzem” – opowiadała po latach Alina). Ona zresztą też zrobiła wielką karierę. Wybrała pediatrię, a całe swoje życie zawodowe w Polsce poświęciła opiece nad dziećmi z cukrzycą. W pamięci swoich małych pacjentów zapisała się przede wszystkim dzięki organizowanym regularnie turnusom leczniczym.

Alina i Marek prowadzili w Łodzi dobre (choć intensywne zawodowo) życie. Pojawiły się dzieci. Spokój nie trwał długo, bo w 1968 roku wielka polityka przypomniała im, że nie są jednak w kraju mile widziani. Wyjeżdżali kolejni znajomi, w końcu i oni podjęli decyzję, że trzeba się spakować. Padło na Francję, ale Marek nie chciał jechać. Szkoda tego wszystkiego, co osiągnął w kraju.

Ala z „Elementarza” – całą książkę można obejrzeć TUTAJ

Lekarze bez Granic nadali sens jej życiu

Pojechała sama z dziećmi. Małżeństwo rozpadło się metodą faktów dokonanych. O ironio, za najtrudniejszy okres w życiu Alina wcale nie uważała lat spędzonych w getcie warszawskim („a w getcie głód i nędza i chłód, lecz gorsza od głodu i chłodu tęsknota” – chciałoby się zanucić „Zakazane piosenki”), lecz pierwszych lat na emigracji. Pięć lat zajęło jej nostryfikowanie dyplomu (różnice programowe, procedury) i tak gwiazda pediatrii, jaką była w Polsce, łapała się prostych prac, by utrzymać rodzinę.

Uratowali ją Lekarze bez Granic. Organizację założył  w 1971 roku Francuz Bernard Kouchner. W ramach swojej pierwszej misji pływała na „pływającym statku”, który u wybrzeży Wietnamu poszukiwał uciekinierów z komunistycznego piekła (tzw. boat people). Marzyła o wyjeździe do Ameryki Południowej i gdy w 1980 roku Kouchner założył kolejną organizację, Lekarze Świata, dopięła swego. Wprawdzie w kwestionariuszu napisała, że dobrze zna język hiszpański, co było wymogiem – tak naprawdę słowa w tym języku nie znała. Nauczyła się.

Przez lata była państwa afrykańskie, targane wojną Bałkany. Gdy system socjalistyczny zaczął się chwiać, mogła wrócić do Polski. Pod koniec lat 80. założyła organizację SOS Pomoc Chorym w Polsce, która sprowadzała ciężko chorych Polaków na leczenie do Francji.

Zmarła w 2008 roku, rok przed swoim mężem. „Gdziekolwiek na świecie byliśmy, patrzyliśmy w jedną stronę” – napisał w ostatnim liście do żony.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Ludzie

Alice Liddell – prawdziwa Alicja, dzięki której poznaliśmy Krainę Czarów

Zaczęło się od prośby o ciekawą opowieść, która umiliłaby upalne, letnie popołudnie. Skromny matematyk dołączył do grona najważniejszych literatów europejskich, tworząc niepozorną opowiastkę o tym, co stało się z Alicją, która nagle porzuciła plan plecenia wianka ze stokrotek na rzecz śledzenia białego królika – i przez króliczą norę dostała się do Krainy Czarów.
Magdalena Krawczak
Magdalena Krawczak
22 sierpnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ