Dary Bogów, czyli mitologia dawnych Słowian wraca na swoje miejsce

9 minut czytania
26534
0
fot. Yury Birukov/Shutterstock

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Wiedza na temat rodzimej mitologii jest w obiegu społecznym dość mizerna. Lukę tę stara się wypełnić pisarz Witold Jabłoński, z którym rozmawiamy o żywiołowym optymizmie naszych przodków, wampirycznym kochanku – bogu Chorsie oraz o tym, jak trudno pisać słowiańską mitologię, unikając słów pochodzenia łacińskiego.

Jakub N. Gajdziński: Spotkałem się ze stwierdzeniem, że z wierzeń Słowian obecnie na siłę robi się mitologię na kształt grecko-rzymskiej, chociaż brakuje dowodów na to, że był to uporządkowany system religijny. Czy zgodzi się Pan z tym?

Witold Jabłoński: W żadnym razie. Uczynił tak już przecież Jan Długosz, przyrównując bóstwa słowiańskie do wzorca najlepiej sobie znanego, czyli grecko-rzymskiego panteonu. Późniejsi (XIX – XX w.), redukcyjnie nastawieni naukowcy (np. Aleksander Bruckner, Henryk Łowmiański czy  Stanisław Urbańczyk), podważali to porównanie, wskazując na różnice kulturowe i geograficzne, niektórzy sugerowali wręcz, że nasz kronikarz sobie te bóstwa wymyślił. Nowsi badacze przyznają jednak rację średniowiecznemu uczonemu: w końcu świat politeistyczny w obrębie Europy wykazywał znaczne podobieństwa, na co zwracali już uwagę Rzymianie, podbijając kolejne „barbarzyńskie” ludy. Wszędzie był jakiś patriarcha zbrojny w piorun, jakiś bóg wojny z toporem, a także bożek lasu, wiośniana boginka miłości, dojrzała bogini urodzaju, kojarzona z Matką Ziemią itp.  Bóstwa „pogańskie” uosabiały bowiem pierwotne żywioły natury, zyskując z czasem także ludzkie cechy i charaktery. Podkreślali ten fakt tak wybitni badacze jak James Frazer (“Złota gałąź”) czy Georges Dumezil (“Bogowie Germanów”). W świetle współczesnej komparatystyki takie porównania są więc jak najbardziej uzasadnione.

Witold Jabłoński

Jak zatem wygląda kanon mitów słowiańskich?

W odniesieniu do religii politeistycznych nie ma  mowy o czymś takim jak „uporządkowany system religijny”. Charakterystyczną cechą wszelkich znanych mitologii (nawet tych dokładnie zbadanych i opisanych, jak grecko-rzymska lub celtycka)  jest bowiem płynność i rozmaitość przeplatających się wzajemnie wątków, postaci, motywów. Nie istnieje żaden „kanoniczny” (jak np. w Biblii) obraz mitów, lecz dopuszczalne są ich rozmaite wersje i warianty, a co za tym idzie, także możliwość różnorodnych interpretacji. Z natury rzeczy mamy więc do czynienia z delikatną, wielowarstwową tkaniną, niebędącą z pewnością religijnym monolitem. Zbiorem opowieści, które należy traktować swobodnie, ale także ostrożnie. Jedną z takich wersji, dopuszczalną w świetle współczesnej wiedzy, są moje “Dary bogów”.

W zeszłym roku, gdy przeprowadzałem z Panem wywiad dla IgiMaga, wspomniał Pan, że pracuje nad tą pozycją – spopularyzowaną wersją mitologii słowiańskiej. Jakie są dalsze losy tego projektu?

Myślę, że jak najlepsze. Książka jest w przygotowaniu w Instytucie Wydawniczym Erica. Właściwie jest już gotowa do publikacji, tekst jest zredagowany i po ostatecznej korekcie autorskiej. Redaktor prowadzący tytuł, Artur Szrejter, (który sam jest autorem tak znakomitych prac historycznych jak „Pod pogańskim sztandarem”, „Wielka wyprawa księcia Racibora”, „Herosi mitów germańskich”) dokonał ogromnej pracy, dbając o zawartość merytoryczną, ale także artystyczną owej pozycji, pod tym względem wszystko jest więc „zapięte na ostatni guzik”. Sporo pracy wymagał też dobór odpowiedniego słownictwa…

Czyli?

Chodziło głównie o to, by unikać słów pochodzących z greki i łaciny, nieznanych przedchrześcijańskim Słowianom. Często trudno było się ich ustrzec, wiele z nich bowiem bardzo mocno zakorzeniło się w polszczyźnie, jak np. „ołtarz” (z łac. altar) albo „natura”. Unikałem też jak mogłem określeń związanych z tradycją chrześcijańską, np. „grzech”, „pokuta” itp. Nie było łatwo, ale dzięki wnikliwej i kompetentnej współpracy redaktora udało się takich błędów uniknąć i mamy wszelkie powody być zadowoleni z ostatecznego efektu (nb. to także słowo nieistniejące w słowiańskim słowniku, poprawniej byłoby już mówić o „wyniku”).

Mógłby Pan zdradzić nieco więcej na temat zawartości książki?

Książka pomyślana została tak, by wypełnić lukę kulturową, jaka wytworzyła się na przestrzeni wielu lat, a nawet stuleci. Obaj dobrze wiemy, że z różnych względów powszechna wiedza na temat rodzimej mitologii jest w obiegu społecznym właściwie żadna lub w najlepszym razie mizerna. Toteż skonstruowana została tak, by nawet zupełny laik, stykający się po raz pierwszy z zagadnieniem słowiańskiej tradycji, otrzymał w niej pakiet podstawowych informacji, który pozwoli mu przyswoić i pogłębić tę wiedzę. Praca zawiera obszerne wprowadzenie, w którym staram się przedstawić zmienny obraz przedchrześcijańskiej Słowiańszczyzny na przestrzeni dziejów w literaturze pięknej i naukowej, a także przedstawiam próbę rekonstrukcji światopoglądu i filozofii życiowej naszych przodków.

Zatrzymajmy się nad tym chwilę. Jakie wymieniłby Pan charakterystyczne cechy słowiańskiej wizji świata?

Gdy pracowałem nad jej rekonstrukcją, uderzyło mnie, że jej najbardziej wyrazistą cechą był żywiołowy optymizm, głębokie przekonanie, że nawet po najgorszej zimie musi przyjść piękna wiosna, każda śmierć zawiera w sobie zalążek odrodzenia, a niebiański Kołowrót (jeden z podstawowych słowiańskich symboli religijnych) będzie się bezustannie obracał, zmierzając ku dobremu. Nasi przodkowie nie dążyli do jakiegoś wyimaginowanego „zbawienia”, nie pragnęli zmieniać świata, przeciwnie, chcieli żyć z nim w zgodzie, czując się jego częścią, częścią przyrody, której siły (takie jak woda, ogień, wiatr albo pioruny)  czcili i próbowali obłaskawić za pomocą różnorodnych obrzędów. Nie czynili Ziemi „poddaną”, była bowiem dla nich dobroczynną Matką, którą należało kochać i szanować. Podobnie las, który ich fascynował, ale i trochę przerażał, stąd tak wiele opowieści o zamieszkujących go nadprzyrodzonych, nie zawsze przyjaznych, istotach. Większość rodzimych świąt miała zdecydowanie radosny charakter, nawet jesienne Dziady, poświęcone pamięci zmarłych. Nie ma w nich żadnych „gorzkich żalów”, pokutowania za „grzechy”, czy też dobrowolnego umartwiania się przy pełnych spiżarniach. Takie pojęcia i postawy musiały być im głęboko obce…

nawet po najgorszej zimie musi przyjść piękna wiosna

A jednak zdołano je narzucić naszym przodkom…

Owszem, wybijając im dawnych bogów razem z zębami za nieprzestrzeganie postu, jak to zauważył kiedyś błyskotliwie Andrzej Sapkowski. Rodzimą mitologię dosłownie „wybito z głów”, ale jednak pozostała w naszym folklorze, a o sile pradawnych rytuałów świadczy fakt, że przetrwały do dziś w niemal niezmienionej formie (jak śmigus-dyngus, malowanie jajek, Kupała, znicze nagrobne itp.) pod cienką warstwą chrześcijańskich naleciałości, choć oczywiście ich właściwy sens dawno zatarł się w ludzkiej pamięci. Dlatego w części literackiej postarałem się powiązać podstawowe mity o stworzeniu świata, powstaniu słońca i księżyca, walce Peruna z Welesem, czyli jasności z ciemnością i tak dalej z rodzimymi obrzędami i zwyczajami, odczytując na nowo ich pierwotne znaczenie, które mogłoby być użyteczne również dla współczesnego czytelnika i zawierać dla niego pewną naukę moralną.

W ten sposób przechodzimy do części literackiej. Co zawiera?

Czternaście opowieści snutych przez starego bajarza z Arkony, którego postać od dawna narzucała się mej wyobraźni. Mimo że stylizowane są na starodawną narrację, starałem się, by postacie bogów były też atrakcyjne dla współczesnego, zwłaszcza młodego czytelnika.

W jakim sensie?

Moi bogowie posiadają wprawdzie nadludzkie moce, ale są też bardzo ludzcy w swoich uczuciach i zachowaniach. Na przykład boga księżycowego Chorsa i Jutrzenkę, kochających się wbrew woli rodziców, ukazałem jako zbuntowanych nastolatków, kwestionujących zasady świata stworzonego przez starszych. Przy tym sam Chors jest w znacznej części mroczną, skomplikowaną istotą, powiązaną z wilkołactwem i wampiryzmem…

Para kochanków trochę jak w „Zmierzchu”?

Ha, ha, można i tak ją kojarzyć. Warto jednak zauważyć, że archetyp mrocznego kochanka odmienionego przez miłość dziewczyny istnieje w niemal wszystkich znanych mitologiach. W tym przypadku wykorzystałem bałkańskie mity lunarne, opowiadające o rywalizacji słońca i księżyca o względy pięknej boginki, Zorzy. W mojej wersji rodzimych mitów sporo jest tego rodzaju tropów i uważny czytelnik z pewnością je wyśledzi. Przeczuwam, że ta opowieść spodoba się naszej młodzieży, szczególnie dziewczynom.

Ale faceci chyba znajdą też coś dla siebie?

O tak, sporo jest epickich scen bitewnych i walk z potworami. Wojowniczych bogów jak Perun i dzielnych witezi jak Jarowit. Przy okazji trzeba dodać, że opowieści o słowiańskich witeziach różnią się jednak od sag germańskich lub nordyckich…

Na czym polega owa różnica?

Nasi herosi nie mają rysu posępnego fatalizmu, charakterystycznego dla herosów germańskich, czy nawet greckich, tragicznego dynamizmu, który wiedzie ich często nieuchronnie do samozagłady. Zazwyczaj są prawymi, szlachetnymi wojownikami po „jasnej stronie mocy” i osiągają wymierne sukcesy jak bohaterowie baśniowi, a jeśli nawet czasem giną, to zawsze z honorem i w słusznej sprawie. W tym również przejawiał się, w moim odczuciu, żywiołowy optymizm naszych przodków. Mimo to jednak „Mitologia nordycka” Neila Gaimana była dla mnie pewną inspiracją.

W jaki sposób na Pana wpłynęła?

Natchnęła mnie odwagą, by nie traktować wszystkich wątków ze śmiertelną powagą, lecz z lekkim przymrużeniem oka, dystansem właściwym dla współczesnego odbiorcy. Tamtemu autorowi było jednak łatwiej niż mnie.

To znaczy?

Podstawą dla jego książki było dobrze zachowane podwójne źródło, jakim są obie Eddy. Niestety, Słowianie nie pozostawili nam żadnego heroicznego eposu, a jeśli nawet tego typu opowieści istniały, nie dochowały się do naszych czasów. Musiałem więc, konstruując je, czerpać z różnorodnych źródeł, a potem spajać je w  miarę jednolitą całość: od naukowych rekonstrukcji Aleksandra Gieysztora i Andrzeja Szyjewskiego, poprzez ustalenia specjalistów etnografów (choćby wspomniane już bałkańskie mity lunarne) aż po zbiory baśni, „Bajarza polskiego” Antoniego Glińskiego i „Baśni rosyjskich” Afanasjewa.

Weles był panem świata umarłych, zwanego Nawią (fot. Yiriy Mezenmir/Shutterstock)

Czy w trakcie tworzenia opowieści bajarza któreś bóstwa wzbudziły Pańską szczególną sympatię?

Dla naszych przodków, podobnie jak innych „pogan”, światy Jasności i Ciemności toczyły bezustanną walkę, ale także wzajemnie się dopełniały, nie mogąc istnieć bez siebie i tworząc wspólnie Wszechświat.  Najciekawszą postacią był dla mnie Weles, kojarzony także z pomorskim Trygławem. Był on panem świata umarłych, zwanego Nawią, ale też bogiem magii, tajemnic, zagadek i przysiąg oraz pasterzy (stąd bycze rogi na jego głowie) i kupców, zapewniającym dostatek. Opiekował się także pieśniarzami i bajarzami, zsyłając im twórcze natchnienie. Urzekła mnie także bogini Mokosza, Matka Żyznej Ziemi, którą przedstawiłem (nieco w duchu celtyckim) w troistym wcieleniu: Dziewanna (wiośniana dziewica), Żywia (płodna matrona) i Marzanna (zimowa starucha). W mojej interpretacji bywa po kobiecemu kapryśna i nieobliczalna, lecz zarazem macierzyńsko opiekuńcza i przyjazna ludziom. Fascynujący był niewątpliwie wspomniany już Chors, mroczny bóg księżycowy, patron nocnych zmór, upiorów i wilkołaków. Jednakże opowieści o „jasnych” bóstwach, jak Perun albo Swarożyc, też były dla mnie fascynujące, miałem bowiem poczucie, że odkrywam dzięki nim nowy, nieznany dotychczas świat. Ostatnią opowieść poświęciłem postaci wielce znaczącej w folklorze słowiańskim, jaką jest Baba Jaga. Ukazałem początki jej „wiedźmowania” nieco w duchu wojującego feminizmu. Przynajmniej dzisiejszy czytelnik może to tak odczytać.

Skąd wzięła się, zdaniem Pana, swoista „moda” na słowiańszczyznę, występująca nie tylko w grupach rodzimowierczych?

Wobec postępującego procesu zacierania się granic kulturowych i politycznej integracji krajów europejskich, tym silniejsza rodzi się w nas potrzeba sięgnięcia do swojskich korzeni i odnalezienia w nich własnej słowiańskiej tożsamości, tym razem poza domeną tradycji katolickiej. Sukces wydawniczy „Słowa i miecza” wymownie zaświadczył, że powieść spełniła oczekiwania wielu czytelników, panował bowiem ogromny głód takiej tematyki. Jak słusznie Pan zauważył, w ostatnich latach zapanowała „moda” na sięganie do rodzimych korzeni nie tylko w grupach rodzimowierczych i rekonstrukcyjnych. Coraz częściej czerpią z motywów słowiańskich różne grupy muzyczne, folkowe i hard metalowe, pojawiły się także firmy odzieżowe, specjalizujące się w słowiańskich motywach. Gdy niedawno zamieściłem na mojej stronie fejsbukowej „Dawni bogowie wracają” parę niewielkich fragmentów „Darów…”, odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, pojawiło się bowiem kilka tysięcy polubień! To chyba przekonujący dowód, że swojska tematyka znajduje coraz więcej odbiorców i dotychczasowa „nisza” znacznie poszerzyła swój obszar. Pragnę, by moje „Dary bogów” wzbogaciły ten nurt.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Jakub Napoleon Gajdziński
Jakub Napoleon Gajdziński
Rocznik 87, absolwent politologii, historii i dziennikarstwa. Dużo podróżuje, kocha koty i dobre piwo. Tego ostatniego nigdy nie odmawia.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Zobacz też

Dawni bogowie wracają – co zostało z dziedzictwa Słowian?

Z Witoldem Jabłońskim, pisarzem, publicystą, rodzimowiercą, autorem takich powieści jak „Słowo i Miecz”, „Ślepy Demon” oraz „Dary Bogów” rozmawiamy o rodzimej kulturze, słowiańskich korzeniach oraz jego ostatniej książce.
Jakub Napoleon Gajdziński
Jakub Napoleon Gajdziński
29 września 2017
CZYTAJ WIĘCEJ