Dochód gwarantowany to coś więcej niż „pieniądze za nicnierobienie”. Eksperymenty będą trwać

7 minut czytania
574
1
Martyna Kośka
Martyna Kośka
10 maja 2018

Odsłuchaj

„Koniec pieniędzy za nic”, poinformowały światowe media przed kilkoma dniami. To w reakcji na decyzję Finlandii, że nie będzie kontynuowała eksperymentu, w ramach którego przyznała losowo wybranym bezrobotnym świadczenie w wysokości 560 euro. Jednak to nie koniec koncepcji dochodu gwarantowanego, idei hołubionej nie tylko przez “lewaków”.

Fińskim programem objęto 2 tysiące osób, a owo świadczenie, określane jako dochód podstawowy (tudzież gwarantowany), zostało przyznane bezwarunkowo na dwa lata lata. Jeśli więc bezrobotny w trakcie pobierania pieniędzy znalazł pracę, to gratulacje, bo nic nie stoi na przeszkodzie, by na jego konto spływało jednocześnie wynagrodzenie i owe 560 euro. Autorzy eksperymentu uznali (skądinąd słusznie), że jest całkiem duża grupa osób, która czuje się zdemotywowana do poszukiwania pracy, gdy to oznacza utratę zasiłku.

Piewcy wolnego rynku też podpisali się pod dochodem gwarantowanym

Więc jednak gratyfikacja ze wspólnego krajowego budżetu za nicnierobienie? To daleko idące uproszczenie – tak samo jak uproszczeniem jest twierdzenie, że pomysł taki mógł wykiełkować wyłącznie w głowach lewicowych ekonomistów. Dwaj wyznawcy wolnego rynku, Milton Friedman i Friedrich Hayek pisali, że rodzaj gwarantowanych świadczeń jest doskonałym narzędziem, za pomocą którego państwo może zwalczać biedę.

Dochód gwarantowany może sprawić, że ludzie nawet w jakichś bardzo dramatycznych momentach życia pozostaną samowystarczalni i nie będą musieli prosić o pomoc czy to bliskich, czy instytucje, pisał Hayek. W efekcie nie będą zdani na niczyją dobrą wolę. Tak oto myśl lewicowa połączona została sprytnie z bardzo liberalnym poglądem na funkcjonowanie jednostki.

Eksperymenty nasunęły ciekawe wnioski

Fiński eksperyment nie jest bynajmniej pierwszą próbą sprawdzenia, jak zachowują się ludzie, którym państwo wypłaca, bez żadnych dodatkowych warunków, pieniądze. W 1968 roku W USA zainicjowano program, w ramach którego ponad osiem tysięcy rodzin otrzymało dochód podstawowy w kwocie 1 600 dolarów rocznie (dziś byłoby to 10 tys. dolarów. Ach, ta inflacja!). Niestety, miał on na tyle dużo przeciwników, że po zaledwie kilku latach go zaniechano, ale i tak umożliwił naukowcom wyciągnięcie interesujących wniosków.

Dochód gwarantowany może sprawić, że ludzie nawet w dramatycznych momentach życia pozostaną samowystarczalni.

Mając gwarancję określonych wpływów w każdym miesiącu, ludzie mogli bardziej odważnie planować (albo w ogóle – planować, gdyż wielu beneficjentów żyło od pierwszego do pierwszego i na żadne życiowe zmiany nie mogli sobie pozwolić). Ktoś poszedł na kurs zawodowy i mógł liczyć na awans, ktoś inny wysłał dzieci na studia. Dzięki „zewnętrznemu zasileniu”, rodziny nie musiały już tak silnie polegać na pieniądzach przynoszonych przez nastolatki do domu, więc młodzież bardziej koncentrowała się na nauce. Wydłużył się średni czas pobierania nauki przez dzieci objęte programem w stosunku do tych, których rodziny z niego nie korzystały.

Kilka lat później Dauphin, gmina leżąca w kanadyjskiej prowincji Manitoba, objęła programem dochodu podstawowego 30 proc. mieszkańców. W tym czasie więcej młodzieży ukończyło szkołę średnią, a lokalne szpitale leczyły mniej pacjentów. To ostatnie nie powinno dziwić: skoro ludzie mieli do dyspozycji więcej pieniędzy, to mogli kupować jedzenie lepszej jakości. Do tego nie musieli pracować tak ciężko jak poprzednio, by związać koniec  z końcem, więc byli wypoczęci i mniej podatni na choroby. Nie zmalał też odsetek osób aktywnych zawodowo.

Dochód podstawowy, który jest przyznawany w kwocie na tyle niskiej, że nie zachęca do porzucenia pracy, ale jednocześnie na tyle wysoki, że stanowi widoczną pozycję w budżecie, daje ludziom pewność siebie i pozwala n podejmowanie życiowych wyzwań, przekonują zwolennicy.

W tym jest duża oszczędność

Do listy korzyści dodają też argument o charakterze finansowo-organizacyjnym. Wyliczyli, że dla budżetu państwa mniej obciążające jest wypłacanie każdemu obywatelowi równej kwoty bez względu na sytuację rodzinną czy materialną, niż uzależnianie pomocy od spełnienia rozmaitych, czasem bardzo rygorystycznie określonych, warunków. Jak to możliwe? Ano tak, że gdy wypłacamy każdemu po równo, nie trzeba utrzymywać dziesiątków urzędników, którzy weryfikują dokumentację, na podstawie której wypłacane są zasiłki czy przykładowe 500 plus. Jest człowiek, znamy numer jego konta, więc raz w miesiącu pieniądze po prostu  z automatu do niego płyną.

Założenie, że każdy dostaje takie same pieniądze, którymi może samodzielnie gospodarować, sprawia, że znoszone są zasiłki dla bezrobotnych czy najbardziej potrzebujących. Na dodatkowe wsparcie mogą liczyć (w zależności od systemu) tylko ludzie, których potrzeby znacznie przekraczają wysokość dochodu gwarantowanego, np. niepełnosprawni.

Przy tym założeniu dochód podstawowy nie jest tak obciążający dla budżetu państwa, jak się może w pierwszej chwili wydawać. Pieniądze byłyby bowiem przesuwane z „szufladek” przeznaczonych pierwotnie na inne cele.

Wizjonerzy mówią, że ludzkość nie poradzi sobie bez dochodu gwarantowanego

„Aby nasze społeczeństwo postępowało naprzód, mamy wyzwanie pokoleniowe – stworzenie nowych miejsc pracy, ponowne poczucie celu i podejmowanie dużych znaczących projektów. Nasze pokolenie będzie musiało radzić sobie z dziesiątkami milionów miejsc pracy, które zastąpi automatyzacja. Powinniśmy odkrywać takie pomysły, jak uniwersalne podstawowe dochody, dać każdemu poduszkę finansową” – to nie jest cytat z żadnego polityka, filozofa czy dyrektora instytucji wypłacającej zasiłki, lecz słowa Marka Zuckerberga.

Bo zagadnienie dochodu podstawowego bardzo interesuje także biznesmenów, którzy mają świadomość, że proponowane przez nich innowacje zmieniają rynek pracy i mogą doprowadzić do wykluczenia z niego setek tysięcy pracowników, którzy w wyniku automatyzacji pracy staną się zwyczajnie zbędni.

Podobnego zdania jest Elon Musk, założyciel m.in. Tesli i SpaceX. Uważa, że w przyszłości niewiele będzie zadań, z którymi nie poradzą sobie roboty. To że Musk, kapitalista z krwi i kości, jest zwolennikiem dochodu podstawowego, nie jest żadną sprzecznością. Nie marzy przecież o świecie, w którym istnieje garstka uprzywilejowanych (czyli szczęściarzy, którzy wciąż mają pracę) i miliony sfrustrowanych bezrobotnych, wyjadających resztki z koszy na śmieci. Pomysły Muska nie miałyby wtedy odbiorców, albo co gorsza: pogarszająca się sytuacja mogłaby doprowadzić do rewolucji i przywrócić stary porządek.

Wtóruje mu Richard Branson (założyciel m.in. Virgin Mobile), który w 2016 roku powiedział, że nierówność to prawdopodobnie największy hamulec wstrzymujący nas przed stworzeniem godziwej przyszłości dla wszystkich ludzi. Na liście miliarderów znajdziemy wielu innych zwolenników dochodu podstawowego (m.in. znanego z działalności filantropijnej Billa Gatesa).

Coś więc niewątpliwie jest na rzeczy, skoro ten sam pomysł – choćby nawet z różnych pobudek – zdobył przychylność i środowisk lewicowych, i instytucji zorientowanych na pomaganie ubogim i wreszcie, proroków nowych technologii. Z drugiej strony, nie wszyscy dali się uwieść wizji lepszego świata, który nastanie, gdy każdy będzie miał zagwarantowane minimum bezpieczeństwa finansowego.

A jednak nie wszyscy chcą dochodu podstawowego

W 2016 roku. Szwajcarzy zostali zapytani w referendum, czy chcą otrzymywać 2,5 tys. franków miesięcznie (prawie 9 tys. zł na głowę!). Dzieci, jako pełnoprawna przyszłość narodu, nie miały pozostać z niczym. Zaproponowano, że na ich rzecz zostanie z budżetu wyasygnowane po 625 franków miesięcznie.

Rząd wyliczył, że rocznie program kosztowałby 208 mld franków. Wprawdzie, jak zostało wcześniej powiedziane, pieniądze pochodziłyby głównie z przesunięć w różnych ministerstwach (likwidacja ulg, zasiłków), ale i tak rokrocznie brakowałoby 25 mld franków. Pozyskać je można albo poprzez cięcie wydatków na inne cele (np. budowę dróg) albo podniesienie podatków.

Znani z pragmatyzmu Szwajcarzy odrzucili pomysł. Przestraszyła ich nie tylko wizja dziury budżetowej, ale również scenariusz, w którym najmniej zarabiający w ogóle rezygnują z zatrudnienia, by polegać tylko na comiesięcznej „pensji od państwa”.

Dywidenda ma być wypłacana niezależnie od tego, ile obywatel włożył do wspólnego worka

Decyzja Szwajcarów ucieszyła rząd, który od początku był przeciwny dochodowi gwarantowanemu i zachęcał do głosowania przeciw. Wynik referendum nie wytrącił zwolennikom dochodu podstawowego argumentów. Bo Szwajcaria to jednak przypadek dość szczególny – mały, bogaty kraj, w którym większość ludzi żyje na poziomie niewyobrażalnym z punku widzenia Polaka czy Bułgara – zwłaszcza, gdy przeliczamy franki na złotówki.

Powtarzają, że dochód gwarantowany umożliwia ludziom podjęcie decyzji, co jest ważne i wcielenie tego w życie, daje im przestrzeń, w której mogą przemyśleć, czy wykonywana praca sprawia im radość i daje spełnienie. Gwarantowane pieniądze są zachętą do większego zadbania o siebie – kupowanie lepszych produktów spożywczych, ale też planowania weekendów za miastem czy wakacji, które przekładają się na wspólne spędzanie czasu z rodziną i pomagają wypocząć.

Do tego wspomniane już uszczuplenie biurokracji i realizacja pewnych norm sprawiedliwości. Jeśli bowiem państwo potraktujemy jak firmę, to wszyscy ludzie powinni mieć prawo, twierdzą zwolennicy koncepcji, do udziału w jej zyskach. Dywidenda ma być wypłacana niezależnie od tego, ile konkretnie obywatel włożył do wspólnego worka.

Eksperymenty trwają

Gdy pozbędziemy się pewnych uprzedzeń („pieniądze dla nierobów”, „kto to słyszał, żeby rozdawać kasę za nic”), te argumenty mogą brzmieć sensownie. Trudność w ocenie, czy znajdą zastosowanie poza excelowymi kolumnami polega na tym, że nikt tego jeszcze nie sprawdził. Bo choć eksperymenty były i są nadal podejmowane (np. w holenderskim Utrechcie czy Oakland w Kalifornii, rozważają to władze w Glasgow), to jednak obejmowały małe terytorium i niewielką grupę ludzi. Nie wiemy, jakie będą konsekwencje przyznania dochodu gwarantowanego wszystkim obywatelom kraju. Możemy zakładać, że  wpłynie to na poziom bezrobocia, inflację, konkurencyjność gospodarki, ale nie wiemy, w jakim stopniu.

Fiński eksperyment, który oficjalnie zakończy się w grudniu tego roku (a ostateczne wyniki poznamy pewnie kilka miesięcy później, gdy przeanalizują je eksperci) jest więc ciekawym głosem w dyskusji, ale nie rozstrzyga jednoznacznie wielu kwestii. Być może dochód podstawowy jest, zgodnie ze słowami Muska czy Zuckerberga, przyszłością, ale nic nie wskazuje na to, by ta przyszłość miała nadejść w nieodległym czasie.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Życie w Polsce jest ryzykowne? Wyjedź do Kabuto – państwa, które niczego nie zabiera

Mieszko Makowski stworzył państwo Kabuto. To królestwo, które ma własną walutę, a pod koniec roku jego terytorium wzbogaci się o wyspę położoną niedaleko Fidżi, którą król Mieszko zamierza kupić. Gdy po raz pierwszy usłyszałam o tym projekcie, pomyślałam, że to żart speców od reklamy. Zaintrygowana, postanowiłam sprawdzić u źródeł, czy samozwańczy władca Kabuto to szaleniec czy geniusz.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
27 lipca 2017
CZYTAJ WIĘCEJ