Jaka piękna pożoga. Przerośnięte stwory na ekranie

5 minut czytania
268
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
11 maja 2018

Odsłuchaj

Zwykły zwierzak potrafi niekiedy siać zniszczenie w domowych pieleszach. A co dopiero, gdy takowy w wyniku mutacji osiągnie gigantyczny rozmiar! Wówczas całe miasta zaczynają obracać się w perzynę. To motyw dobrze znany kinematografii, a kolejną jego reprezentacją jest “Rampage: Dzika furia”.

Wchodzący 11 maja na ekrany polskich kin tytuł, aż prosił się o wrzucenie go w ramy filmu akcji. “Rampage” powstało bowiem w 1986 roku jako gra na automaty, a jej założenia były nad wyraz proste. Gracz mógł wcielić się w jedno z trzech dostępnych monstrów, zaś celem było obrócenie w gruz wszystkich budynków dostępnych na danej planszy, przy jednoczesnym odpieraniu ataków piechoty oraz helikopterów.

W prostych pomysłach tkwi wielka siła, a co za tym idzie tytuł odniósł sukces finansowy. Następnie “Rampage” zostało w kolejnych latach przeniesione na liczne platformy, a także doczekało się kilku kontynuacji. Zwieńczeniem drogi gry jest jej wysokobudżetowa filmowa adaptacja z rolą Dwayne’a Johnsona. Obraz radzi sobie całkiem nieźle w wynikach box office’u, mając już na koncie blisko 380 milionów dolarów (budżet to 120 milionów).

Monstra na ekranie

Arcade’owy “Rampage” miał oczywiście z czego czerpać, bo kino przedstawiało na ekranie zagrażające życiu człowieka monstra w zasadzie od swojego zarania. Już w 1912 roku Georges Méliès w “Zdobyciu bieguna” pokazał humanoidalnego Śnieżnego Potwora siejącego popłoch wśród członków wyprawy naukowej i ich pożerającego.

Ponad dwie dekady później, w 1933, świat ujrzał jednego z najbardziej ikonicznych gigantów popkultury, czyli King Kong. Jednak prawdziwa inwazja przerośniętych wybryków natury miała dopiero nastąpić. Scenerie płonących metropolii z uciekającym spanikowanym tłumem, miały stać się domeną kina w latach 50. Bo i owszem, King Kong sprawił niemało problemów, buszując po ulicach Nowego Jorku, wyrzucając ludzi z okien czy wreszcie wspinając się na szczyt Empire State Building i strącając stamtąd nadlatujące samoloty, ale dzieło Meriana C. Coopera i Ernesta B. Schoedsacka, to w gruncie rzeczy tragiczna historia o bestii wyrwanej z jej naturalnego środowiska przez ludzką chciwość i egoizm. Inaczej sprawa się ma z filmami z olbrzymimi potworami w rolach głównych z lat 50.

Bestie z lat 50.

Spektakl destrukcji zapoczątkowany we wspomnianej dekadzie rozpoczął się od “Bestii z głębokości 20.000 sążni” (1953). Obraz Eugène’a Louriégo z marszu stał się wyznacznikiem dla całego nurtu ustanawiając schematy fabularne dla przyszłych dzieł. Od tej pory w bliźniaczych produkcjach głównym bohaterem był niemal zawsze naukowiec lub żołnierz mający u boku kochającą kobietę, a w scenariuszu obowiązkowo musiało zostać odhaczone pierwsze zbagatelizowanie zagrożenia, ataki potwora, próby jego unicestwienia, aż wreszcie finałowy triumf. Film, jak na tamte czasy, powalał zastosowanymi efektami specjalnymi, co ściągnęło do kin tłumy. Obraz zarobił pięć milionów zielonych, co przy budżecie wynoszącym skromne 210 tysięcy, było gigantycznym sukcesem, nie mniejszym niż siejący terror prehistoryczny gad ukazany na ekranie.

Już rok później do kin trafiły “One!”, gdzie zagrożenie stanowiły gigantyczne mrówki. Zmutowały w wyniku prowadzenia testów broni jądrowej na pustyni Nowego Meksyku. Obraz Gordona Douglasa wskazywał zatem na energię atomową jako źródło katastrofy, co zresztą starał się wyrażać cały nurt filmów o ogromnych potworach.

Lata 50. XX wieku to przecież czas zimnej wojny. Amerykańskie społeczeństwo było trawione obawami związanymi z postępem technologicznym, a dokładniej lękiem przed bronią nuklearną. Zbiorowa paranoja przybrała na sile po tym, jak ZSRR wszedł w posiadanie takowej. Wizja całkowitego zniszczenia traumatyzowała masy, zaś kino ten globalny lęk wyraziło poprzez science fiction i filmy z monstrualnymi pupilkami w roli głównej, gdzie zmierzenie się z kinową apokalipsą zwieńczoną happy endem miało oswoić ten strach, a przy okazji zaapelować o rozsądek przy badaniu energii atomowej. Mimo to formuła tego typu kina szybko się wyczerpała, a powstające naprędce produkcje raziły swoją infantylnością oraz nieudolnością realizacyjną, by wspomnieć tylko “Szpon” (1957). Ostatecznie nurt zmarł śmiercią naturalną w latach 60. Jednak nim to się stało Wschód dał nam jeszcze jedną ikoniczna bestię.

Nadciągają kaijū

Kto jak kto, ale Japończycy w kwestii zagrożenia atomowego mieli niejedno do powiedzenia. I tak oto, w 1954 roku, niespełna dziesięć lat po zrzuceniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki, można już było podziwiać spektakl rozwałki kartonowych miast w wykonaniu Haruo Nakajimy ubranego w gumowy kostium pradawnego monstrum z dna oceanu. Owo monstrum ochrzczono imieniem Godzilla. Miasta płonęły, ranni dogorywali na ulicach, po horyzont ciągnęły się zgliszcza, a przerośnięta jaszczurka kroczyła niestrudzenie opierając się niemal wszelkiej konwencjonalnej broni. Potwór z prawdziwego zdarzenia, na którego zasługiwało kino.

Godzilla na stałe zapisał się w popkulturze i nie są to czcze słowa, gdyż do demolującego wszystko na swojej drodze jaszczura należy rekord Guinnessa, jako najdłużej kontynuowanej franczyzy. Na ekrany wracał dziesiątki razy, by z czasem zostać pozytywnym bohaterem broniącym Japonię przed niszczycielskimi zamiarami jeszcze groźniejszych paskud o kolosalnych rozmiarach. Godzilla przez kolejne dekady oddawał sytuację ekonomiczną kraju, w czasach dobrobytu stawał się obrońcą, by powrócić do destrukcyjnej roli w dobie kryzysu. W końcu wyrósł na narodowy towar eksportowy i wyciągnęli po niego ręce Anglosasi, nie inaczej zresztą było z King Kongiem, którego w kinach mogliśmy oglądać zaledwie w zeszłym roku.

Mechy kontra potwory

Podobny los spotkał cały nurt kaijū-eiga. Pod tym terminem kryje się japońskie określenie filmów z potworami i o potworach. A bodaj najgłośniejszym przykładem amerykańskiego podejścia do tematu jest seria “Pacific Rim” (2013) zapoczątkowana przez Guillerma del Toro, gdzie wielkie mechy prały soczyście po pyskach atakujące miasto maszkary.

I choć filmy o rozwałce miast przez ogromne monstra zanikły w USA jeszcze w latach 60., a wśród nielicznych pogrobowców nurtu można wymienić “Wstrząsy” (1990)  czy “Jurassic Park” (1993) – choć to już trochę inna para kaloszy – to gatunek w ostatnich latach zdaje się nieśmiało wchodzić w fazę renesansu. Bo przecież oprócz “Pacific Rim” kina szturmem wziął “Projekt: Monster” (2008), który doczekał się jeszcze dwóch odsłon, aczkolwiek utrzymanych już w innej konwencji, a King Kong i Godzilla otrzymali wysokobudżetowe tytuły na zachodnich ekranach. Co więcej dwie ikony pożogi mają się spotkać w jednym filmie, by stanąć naprzeciwko siebie i prać się na tle green screena. Ba, Amerykanie nabyli także prawa do postaci Mothry, Rodana i King Ghidoraha, czyli innych japońskich kaiju. Swoje trzy grosze do tego zestawu dorzuca także “Rampage: Dzika furia” Brada Peytona. I bardzo dobrze, nic przecież nie cieszy oka tak, jak porządna rozpierducha.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

 

 

 

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

„Łatwiej zrobić kosmitę niż Margaret Thatcher”. Sekrety charakteryzatorów

Czasem jedna charakteryzacja aktora trwa kilka godzin. Nicole Kidman, która wcieliła się w postać, nękanej myślami samobójczymi, pisarki Wirginii Woolf, otrzymała Oscara. Jak sama przyznała, pomogła jej w tym oszpecająca charakteryzacja. Była zaszokowana, bo nigdy wcześniej nie widziała na ekranie takiego wcielenia samej siebie. Jej reakcja dowodzi jednak, że miała do czynienia z charakteryzatorem doskonałym, czyli takim, po zabiegach którego aktor mdleje przed lustrem.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
22 kwietnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ