Płyty, do których wracam: „Music For The Jilted Generation” The Prodigy

5 minut czytania
1404
3
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
7 maja 2018
fot. Nerijus Juras/Shutterstock

Odsłuchaj

Tą płytą, skierowaną do „porzuconego pokolenia” muzycy z Essex chcieli powrócić do podziemia, a wylądowali na rockowych stadionach. Przypadek? Nie sądzę!

Drugi album kultowej brytyjskiej formacji to szalona przejażdżka po wyboistej autostradzie dźwięków, w której nie ma miejsca na kompromisy. Nic więc dziwnego, że krążek Howletta i spółki okazał się jedną z najbardziej pionierskich i szalonych płyt końca XX wieku. Znaleźli tu bowiem coś dla siebie zarówno fani mocnej muzyki tanecznej, jak i rocka oraz hip hopu.

„Co ja tu k…. robię?”

Jeśli czytaliście kiedyś książkę „Electronic Punks” Martina Roacha, to z pewnością wiecie, że pierwsze lata działalności The Prodigy nie były sielanką. Mimo sukcesów związanych z koncertami, popularnością utworów i sympatią fanów, czwórka młodych raverów musiała zmierzyć się z niechętną im prasą, która określała ich twórczość mianem „dziecinnego techno” („toytown techno” – termin ten dotyczył nagrań, które zawierały w sobie sample z programów telewizyjnych dla dzieci, np. „Charly”).

To właśnie pierwszy oficjalny singiel naszych bohaterów zebrał cięgi od tzw. dziennikarskich specjalistów, którzy zarzucali mu zabicie rave’u (słynna okładka Mixmaga z sierpnia 1992 roku, na której Liam Howlett przykłada sobie pistolet do głowy, podpisana „Did Charly Kill Rave?”).

Muzyk nie pozostał im jednak dłużny i postanowił spalić egzemplarz magazynu w teledysku do kawałka „Fire”. Może i doznał ulgi, ale tylko na chwilę. Bo jak traktować na serio kapelę, która ma co drugi kawałek na liście przebojów i to w pierwszej dziesiątce? Co powiedzieć o ziomkach, których album uplasował się na 12. miejscu brytyjskiej listy najlepiej sprzedających się krążków? Co gorsza, ośmielili się pojechać jeszcze do Stanów Zjednoczonych, by nakręcić klip i odbyć tam trasę koncertową! Skandal! Zdradzili underground! Sprzedali się!

Dzięki takiemu myśleniu krytyków i bezmyślnych pseudofanów, The Prodigy znaleźli się w dziwnej sytuacji. Ich oponenci wszak nie wzięli pod uwagę, że zespół regularnie odmawiał występowania w programach typu Top Of The Pops, a z trasy koncertowej po USA, gdzie grali w najgorszych spelunach, wrócili praktycznie bez grosza, z długami i schorowani. Dodatkowo rave coraz bardziej się komercjalizował przez chciwych organizatorów imprez, którzy chcieli na nich jedynie zarabiać kasę, a brytyjski rząd postanowił za pomocą ustawy „Criminal Justice and Public Order Act 1994” karać raverów, widząc w nich jedynie konsumentów narkotyków, alkoholu oraz miłośników hałaśliwej, zakłócającej porządek publiczny muzyki.

Tak wiele sytuacji złożyło się na to, by Liam Howlett odciął się od całego zjawiska. Jak przyznał w jednym z wywiadów, podczas pewnego koncertu w Szkocji stał na scenie i myślał sobie – „co ja tu k…. robię?”. Dodatkowo, przywiózł ze Stanów sporo gitarowych inspiracji (słuchał wówczas takich bandów, jak Rage Against The Machine czy The Smashing Pumpkins). Rewolucja musiała nastąpić.

„Muzyka dla porzuconej generacji”

By utrzeć nosa krytykantom, ekipa z Essex wypuściła w 1993 dwie 12-calówki pod szyldem Earthbound. Nagle wszyscy zaczęli się zachwycać nowatorskim brzmieniem hard dance, nie wiedząc, że stoją za nim wyszydzani przez nich kolesie, którym jeszcze nie tak dawno zarzucali sprzedanie się. Kiedy wyszło na jaw, że „One Love” to numer The Prodigy, niedowiarkom opadły szczęki. To już wszak nie była muzyka dla raverów w maskach i rękawiczkach. To była muzyka przyszłości!

Pełnym potwierdzeniem tej tezy okazał się być drugi krążek Brytyjczyków – „Music For The Jilted Generation”. Już samo „Intro” zapożyczone z „Kosiarza umysłu” mówi nam, dokąd zmierzamy. „So, I’ve decided to take my work back underground to stop it falling into the wrong hands”. I wszystko jasne!

Wyobraź sobie mroźny wieczór. Mroczna niebezpieczna okolica. Idziesz niepewnie w stronę budynku przypominającego starą fabrykę. Podajesz hasło – „Break & Enter”. Ochroniarz o posępnym spojrzeniu wpuszcza cię do środka. Chwilę później jesteś już w zadymionej hali, w której jacyś podejrzani kolesie przewracają stoły i tłuką butelki, a następnie zaczynają strzelać. Tak można by podsumować pierwszy utwór na płycie.

Kolejny to wymierzony w zakazującą rave’ów ustawę „Their Law” z udziałem Pop Will Eat Itself. Industrialno-rockowe brzmienie połączone z hip hopowym feelingiem to wszystko, czego potrzebuje protest song AD 1994. Następny w kolejce jest „Full Throttle”. Zamykasz oczy i lądujesz na księżycu. Z przyjemnego snu wybudza cię jednak szalony beat „Voodoo People”. Inspirowany riffem z „Very Ape” Nirvany numer to fuzja rockowej energii z hard dance’owym podkładem.

Jego klimat perfekcyjnie oddaje teledysk, przedstawiający Keitha Flinta, Liama Howletta i Maxima Reality uciekających przez dżunglę przed szamanem granym przez Leeroya Thornhilla. Na koniec klipu okazuje się jednak, że Maxim również był jednym ze sprawców rytualnego zamieszania!

Filmowe motywy

Skoro już jesteśmy przy wizualnej stronie zespołu, to warto wspomnieć, że przy promocji „MFTJG” zmianie uległ wizerunek czwórki Brytyjczyków. Skończyła się era typowo tanecznych wideoklipów, zastąpionych przez bardziej filmowe, wciągające obrazki. Wyjątkiem jest jedynie „One Love”, do którego powstała skądinąd ciekawa (jak na tamte czasy) animacja komputerowa, stworzona przez gości z Hyperbolic Systems. Autorem klipów do „No Good”, wcześniej wspomnianego „Voodoo People” oraz „Poison” był Walter Stern, który kilka lat później wyreżyserował także teledyski do „Firestartera” oraz „Breathe”.

Powróćmy jednak do zawartości krążka. „Speedway (Theme From Fastlane)” przypomina ucieczkę autostradą przed policją, a „The Heat (The Energy)” stanowiłby doskonały soundtrack do wizyty kosmitów na naszej planecie. Hip hopowo-industrialny „Poison” z Maximem na wokalu pokazuje, że wolne tempo nie powoduje utraty przez kawałek energii. „No Good (Start The Dance)” to zaś uderzenie wszech czasów! Dźwięki klawiszy powodują ciarki na skórze, a połamane beaty wciągają na parkiet.

„One Love” z kolei świetnie ukazuje przejście zespołu z rave’owych klimatów na mocną muzykę taneczną. Na samym końcu mamy narkotyczną suitę („Narcotic Suite”) składającą się z trzech utworów – „3 Kilos”, „Skylined” i „Claustrophobic Sting”. Pierwszy z nich Liam Howlett porównał do atmosfery w pomieszczeniu, w którym pali się (wiadomo, co). Funkujące dźwięki noszące w sobie ducha acid jazzu, równie dobrze sprawdziłyby się jako ścieżka dźwiękowa do pokazu mody.

Od tanecznych szaleńców po electropunkowców

Po breakbeatowych wariacjach z „Experience” przyszła pora na bardziej mroczny i eklektyczny krążek. Paradoksalnie jednak, w połączeniu tak różnorodnych gatunków jest pewna spójność. Słuchając bowiem drugiej płyty The Prodigy, ma się wrażenie obcowania z konceptualnym dziełem. Zadziornym, futurystycznym i niebezpiecznie wciągającym. Połączenie ciężkiej muzyki tanecznej, elementów hip hopu, rocka itp. sprawia, że grupa, która kiedyś grała dla raverów, spokojnie mogła występować na wielkich stadionach, zarezerwowanych dotychczas głównie dla chłopaków z gitarami. Warto też wspomnieć, że od „Music For The Jilted Generation” zaczęła się studyjna współpraca Howletta z Neilem McLellanem – producentem oraz inżynierem dźwięku.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Muzyka

Płyty, do których wracam: „Push The Button” The Chemical Brothers

Ten przycisk warto wcisnąć! Piąty krążek Anglików pojawił się bowiem w momencie, kiedy powoli zaczynałem spisywać taneczną elektronikę na straty.
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
17 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ