Płyty, do których wracam: „Songs About Jane” Maroon 5

4 minuty czytania
24385
0
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
16 maja 2018
fot. Andre Luiz Moreira/Shutterstock

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Debiutanckie dzieło kalifornijskiej grupy to jedna z tych płyt, do których chętnie się wraca. Nie dlatego, że jest najlepszym albumem wszech czasów, lecz z powodu sentymentu.

„Piosenki o Jane” pojawiły się wszak w moim życiu w momencie, gdy wierzyłem jeszcze w miłość rodem z bajek, a świadomość brutalnej natury świata ograniczała się jedynie do niechęci skierowanej w stronę rówieśników, łykających tandetę niczym pelikany ryby.

Mydlane disco

Było sobie dziewczę imieniem Kara i kilku podkochujących się w niej nastolatków – Adam Levine, Jesse Carmichael, Mickey Madden oraz ich dwa lata starszy kumpel, Ryan Dusick. Chłopaki postanowili uhonorować ową damę i wtrącić ją do nazwy swojej kapeli. Tak powstała rockowa grupa Kara’s Flowers, która w 1997 roku wydała słodziutki jak oranżada singiel „Soap Disco”. Ni to Weezer, ni Green Day, ni Sugar Ray. Niby ich muza nie była najgorsza, ale zdecydowanie czegoś jej brakowało.

Trudno więc się dziwić, że po wydaniu pierwszego albumu zatytułowanego „The Fourth World” cała czwórka postanowiła sobie odpuścić i postawiła na edukację – Mickey i Ryan zaczęli uczęszczać na UCLA, zaś Adam i jego przyjaciel Jesse wyjechali do Nowego Jorku, by studiować w Five Towns College. Tam dwójka przybyszów L.A. wkręciła się w hip hop i R&B, co musiało się odbić również na ich muzyce. Po porzuceniu nauki w college’u, powrócili w rodzinne strony i wraz z kolegami z poprzedniego bandu powołali do życia Maroon 5. Dołączył do nich gitarzysta z Lincoln w stanie Nebraska, James Valentine i maszyna ruszyła!

Jak kochać, to tylko Jane

Jeśli idziesz na imprezę, a większość otoczenia zadowala się prostym „ucym pucym”, a do wolnego tańca używa pieśni o „aniołkach i chmurkach”, to masz do wyboru dwie opcje :zwiać na Alaskę z zapasem prowiantu lub zostać i puścić im coś przebojowego, ale strawnego w stylu „She Will Be Loved„. Nagle twoje ręce zaczynają lądować do dolnej części pleców partnerki i macie wrażenie, że jesteście jedyną parą w całym wszechświecie. Niech biją pioruny, niech ludzie skaczą sobie do gardeł – was to nie obchodzi! Patrzysz jej w oczy i myślisz – chwilo trwaj!

To uczucie doskonale oddaje zarówno wcześniej wspomniana piosenka, jak również reszta zawartości płyty „Songs About Jane”, której tytuł jest nieprzypadkowy. Adaś Levine bowiem znalazł sobie muzę o imieniu Janka i postanowił pisać dla niej pieśni. Zrodziło się z tego 12 przyzwoitych kompozycji z pogranicza popu, rocka, funku i R&B. Jeśli cenicie twórczość Lenny’ego Kravitza, Johna Mayera, Jamiroquai oraz Matchbox Twenty, to z pewnością jest to krążek dla was.

Piosenki o miłości są takie banalne

Zaczyna się gitarowym „Harder To Breathe”, który jest jednym z moich czterech ulubionych numerów z tej płyty. Kolejny to (zero zaskoczenia) „This Love”! Katowany we wszystkich możliwych rozgłośniach radiowych, nie stracił jednak swojego uroku. Jeśli ktoś zapytałby mnie o przepis na idealny popowy utwór, to bez wątpienia wskazałbym właśnie na ten kawałek. Następny to „Through With You”. Aż dziw, że nie ukazał się jako singiel. Ostatni z faworytów pana redaktora to „Not Coming Home”.

Powróćmy jednak do porządku dziennego! „Shiver” ma w sobie uwodzicielską funkową moc, podobnie zresztą jak „Sunday Morning”. Idziesz z ukochaną w deszczowy niedzielny poranek na gorącą herbatę, a potem wracacie do domu, wyciągasz gitarę i śpiewasz jej, że jest wszystkim, czego chcesz. Banał? A nawet jeśli, to czy wszystko musi być awangardą? „Tangled” uprzyjemnia podróż metrem do pracy, a „The Sun” doskonale pasuje do gorącego dnia, kiedy próbujesz chłodzić się wiatrakiem i szklanką wody z lodem. „Must Get Out” mógłby być ścieżką dźwiękową do jakiegoś serialu dla młodzieży, a „Secret” powinien pojawić się w jednej ze smutnych scen komedii romantycznej w stylu „Miłość i inne używki”. Kończący płytę „Sweetest Goodbye” przywołuje myśl o rozstaniu nastolatków, którzy wierzyli, że ich uczucie będzie tym z kategorii „I Will Always Love You”.

Wróćcie na dobrą drogę!

Choć moim ulubionym albumem Maroon 5 jest „It Won’t Be Soon Before Long” (przebojowy, bujający i w stu procentach”maroonowy”), to płyta „Songs About Jane” zawsze będzie dla mnie wyjątkowa. Pierwsze miłości, okres, kiedy zamiast słuchać tego, co wszyscy, szło się drogą wyznaczaną przez dogorywające jeszcze MTV i wierzyło, że w tym pop-rockowym graniu jest jakaś tajemnicza siła – więcej chyba nie muszę wyjaśniać. Przyznam szczerze, że obecne dokonania zespołu, w którym gra już nie pięciu, lecz siedmiu facetów, nie wzbudzają mojego zainteresowania, ale cóż – nie można mieć wszystkiego! Życzyłbym tylko chłopakom, by rzadziej sięgali po automaty perkusyjne, a wszystkich, którzy pragną poznać kwintesencję brzmienia Amerykanów zachęcam do posłuchania trzech pierwszych płyt bandu.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Błażej Król: “Jestem trochę dyktatorem”

Nałogowo ogląda „Klan” i „Warsaw Shore”, jest leniem, cykorem i śmieciarzem. Z drugiej strony, Błażej Król to najważniejsza postać polskiej alternatywy ostatnich lat. Gra solo, z żoną w zespole Kobieta z Wydm, wcześniej w Ul/Kr. Właśnie wydał kolejny znakomity solowy album „Przewijanie na podglądzie”. Nam opowiedział o fotograficznej pasji, amerykańskich stand-uperach, żużlu i o tym jak uderzyć kogoś z bańki, żeby nie dostać wstrząsu mózgu.
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
21 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ