Ta wariatka z dołu. Epos o sąsiedzkich niedolach

8 minut czytania
433
0
Nika Brassel
Nika Brassel
14 maja 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Śpiewy, hulanki, swawole i jajka na drzwiach. Posłuchajcie mrożącej krew w żyłach opowieści o sąsiedzkim pożyciu w pewnym spokojnym, starym bloku.

Krystyna*! Telefon! Odbierz, bo ja już nie mogę – krzyczy Zdzisław, po czym przełącza Floydów, tych z “Dark Side of the Moon”, na “Iron Mana” Sabbathów. Krystyna odbiera telefon. Przez następnych 20 minut będzie rozmawiać z jakąś kobietą o innych kobietach, o aparycji tych innych kobiet, o ich mężach, co to jeden w więzieniu, drugi pojechał gdzieś tam, o dzieciach i o tym jaki kto jest. Właściwie nie chciałam tego wiedzieć.

Początek

Pamiętam, że gdy wprowadzaliśmy się do tego mieszkania, było zimno. Patrzyliśmy przez okna na ośnieżone drzewa. Podobało mi się, że choć mamy blisko do centrum, a jedna z głównych arterii miasta jest tuż obok, to u nas cicho i spokojnie, za oknami mnóstwo zieleni, obok wielki teren pełen ogródków działkowych, po obu stronach bloku bezpieczna przestrzeń dla dzieciaków. Żadne tam grodzone osiedle, zwykłe bloki z lat sześćdziesiątych. Do parku kilka kroków…

Sąsiedzi? Och, głównie uroczy staruszkowie. Jednym pomogliśmy wnieść łóżko, z innymi dzieciaki poszły na działkę. Gdy sąsiad z naprzeciwka miał udar, byliśmy tam, zrobiliśmy rozpoznanie, udzieliliśmy pomocy i wsparcia, wezwaliśmy pogotowie. Gdy przepaliła się żarówka na piętrze u dwóch dość słabowitych, ale pogodnych staruszek, wkręciliśmy własną, zamiast czekać na działania spółdzielni. Zapowiadało się dość idyllicznie, oczywiście do czasu.

Melomani z góry

Przyszła wiosna, wraz z nią słoneczne dni i wyższe temperatury, które od razu inspirują człowieka do otwierania okien. I tak poznaliśmy lepiej naszych sąsiadów z góry. Krystyna i Zdzisław – dość szybko dowiedzieliśmy się, że tak mają na imię. On do niej nieustannie tak pokrzykuje. Czasami dodaje soczystą, słowiańską “kurwę”. Ona na niego też, po imieniu, grzecznie, “Zdzisław, ja już mam dosyć!”. Poznaliśmy nie tylko ich imiona i stosunek do całokształtu, ale też wiele detali z życia rodziny.  Nie bardzo chcieliśmy, po prostu wystarczy lekko uchylić okno, by od godziny 7:30 rano do godzin późnych, bliżej nieokreślonych, słuchać naprzemiennie rozmów i muzyki, bo sąsiedzi okazali się fanami tejże.

Właściwie ich gust można określić hasłem “Wychowani na Trójce”. Jest więc wszystko. Art-rock, dziad-metal (przepraszam, praojcowie gatunku), psychodeliczny rock, blues ze stempelkiem “Mann-approved”, trochę disco (znaczek jakości Niedźwiedzia), trochę polskiej muzyki. Właściwie mają tak dobre nagłośnienie i generują tak dużo decybeli, że nie musimy u siebie marnować prądu na włączanie radia, czy zużywać cennych internetów na odpalanie Spotify. Nie ma potrzeby.

Gdy przyszedł pierwszy weekend zaczęłam rozważać miłą sąsiedzką wizytę. Może nie należę do śpiochów, dzieci i tak zazwyczaj wywleką mnie z wyra najpóźniej o 8:30. Nie, żeby “mamo, jeść”, raczej z powodu “Ała, przestań! Sama przestań! Nie drzyj się tak, bo OBUDZISZ MAMĘ!  SAM SIĘ NIE DRZYJ!!! SAM JĄ OBUDZISZ!!!!111oneoneone”. Nie mniej jednak, nim moje drogie latorośle w ogóle zdążyły wyjść z fazy REM, świat wypełniły szczelnie piosenki AC/DC. Była 7:30. Westchnęłam, poszłam po kawę i coraz intensywniej rozważałam dyskusję na temat muzykowania. Niby wszystko mieściło się w granicach. No jest już po okresie mitycznej “ciszy nocnej”, są u siebie, nie skaczą, nie łupią, po prostu słuchają muzyki. Nie jest ich winą, że są cienkie ściany i w ogóle, jak się otworzy balkon, to cała dzielnia raduje się cholernymi kobziarzami w plecaczkach. W ogóle to przecież mogło być gorzej, mogli być fanami Raggafaya.

Pomyślałam, że może bez interwencji, po prostu przy okazji, jak się miniemy na klatce schodowej, to zagadnę. Niestety okazje się nie trafiały, bo sąsiedzi z góry dość żwawo czmychają.

Pierwsze starcie

Był środek lata. Pokornie tolerowaliśmy ten codzienny Top Wszech Czasów uzupełniany aktualnościami rodzinnymi. Czasem nawet człowiek tak sobie słuchał i myślał, że inni to muszą płacić abonament, żeby sobie “Klan” w tym celu oglądać, a my mamy wszystko na żywo i za darmoszkę. Miarka się jednak przebrała podczas drugiego dnia rodzinnej imprezy. Pierwszy dzień melanżu po prostu odpuściliśmy. No bądźmy ludźmi. Każdy ma prawo raz na jakiś czas zaprosić gości. I może nawet sobie posiedzieć, pożartować, pooglądać razem telewizję (my nie musimy, Faktów TVN słuchamy dzięki uprzejmości tych z góry). Drugiego dnia dzieci zaczęły się nieco wkurzać, po prostu było późno, głośno i łomotliwie. Nie umiały spać.

Poszłam grzecznie. Zapukałam. Wyobraźcie sobie, że pewnie musiało mi się coś przesłyszeć, dzieciom też, bo nikogo nie ma w domu. Nikt nie otwiera. W ogóle “ciiiicho, cichoooooo”. Wróciłam. Hałas też wrócił. Poszłam zatem jeszcze raz. Pomyślałam, że może po prostu pukanie zagubiło się w tym szlachetnym spokoju towarzyszącym dyskusjom z bliskimi. Zatem łupnęłam kilka razy w drzwi. Nadal nikt nie otwierał. O dziwo, na domofon też nie reagowano.

Sąsiadka z piętra niżej wsparła mnie ciepłym słowem: “proszę się nie zastanawiać, tylko dzwonić na policję”. No dobrze. Dzwonię. Już po 20 minutach przyjeżdża patrol. Właściwie to mogą wchodzić po schodach w rytm przeboju “Przez twe oczy zielone”, bo akurat wódka zmusiła sąsiadów do puszczania takich zacnych hitów.

Stukają, pukają. Nikt nie odpowiada. Na hasło “Policja” coś jednak pękło. Otóż okazuje się, że “Panie władzo, my tu grzecznie, w ogóle nic się nie dzieje”. No, może po kilku minutach rozmowy kogoś z gości nieco zirytowała przedłużająca się obecność władzy w domu. Możliwe, że wódką się już grzała, a głupio tak, przy władzy wychylić stakan, czy tam wazon. Władza jak to władza, posiedziała, porozmawiała, cóż więcej zrobić. Przyszli, zdali raport, pojechali.

Rocky VII idzie w tany

Ledwie się drzwi za policją zamknęły, a tu nowa zabawa ruszyła. Proszę państwa, jest 22:30, sąsiedzi odpalają słodką zemstę. Najpierw ożywione dyskusje o tym, jak to “ta wariatka z dołu” (czyli ja) nasłała na nich psiarnię, potem dumanie, jak tej “wariatce z dołu” można dopiec. “Ciekawe gdzie ona parkuje?”, “Słuchajcie, a może ona tu mieszka nielegalnie, przecież to mieszkanie przez lata było wynajmowane studentom, a tu baba z dziećmi, to coś dziwnego”, “Może pójść do spółdzielni się zapytać?”, “Ja może zadzwonię do Tomka, on podpowie, może wpadniemy do nich z chłopakami, hehe”. I tak sobie rozprawiali.

Wszystko spokojnie dało się usłyszeć nawet siedząc sobie z dala od okien. Potem zwyczajnie zajęli się tym, co tygryski lubią najbardziej, znaczy brykaniem. Szanuję sprawność fizyczną i doceniam, że duch w narodzie nie ginie. Zenek Martyniuk poleciał na zapętleniu co najmniej trzy razy. Pląsom i intensywnym podskokom zaś nie było końca. Policja wróciła. “Panie władzo, my tu grzecznie, rodzina z Belgii, a ta wariatka z dołu robi problemy!”. Gdy Pan władza z Panią Władzą pouczyli ostatecznie, impreza nieco zdechła. I choć radiowóz odjechał, to bardziej już cichało, niż głośniało nad nami. Na pożegnanie jeszcze, mili goście zrzucili kilka szklanych butelek ze schodów, natarli nam klamkę rozbitym jajkiem i pozdrowili przez drzwi swojskim rykiem “Pedałom bym zajebał!”.

Poszliśmy spać. I słusznie, bo już o siódmej rano pan Zbyszek Wodecki powitał nas radosnym śpiewem. Wyszłam z córką na podwórko, bo cóż można innego zrobić. Wracając natknęłam się na sąsiada, biedak był niestety jakoś słabiej dysponowany i nie zdążył uciec.

– Dzień dobry panie sąsiedzie! – zakrzyknęłam ochoczo.
– Bry…- panika w jego oczach migotała niczym deszcz meteorów. Nie miał gdzie zwiać.
– Czy nie można jednak imprezować nieco ciszej? – zapytałam od niechcenia, widząc, że mam przewagę psychofizyczną.
– Nie wiem o co pani chodzi – odrzekł i tym samym uznał, że rozmowa jest zakończona. Odwrócił swój siwiejący już czerep tak, by intensywnie wbić wzrok w lamperię i podążył ze swym smutnym pieskiem na górę. No trudno.
– Mamo, a może pójdziemy i z panią porozmawiamy? – spytała córka. No czemu nie?

Krystyna jest spokojna

Już myślałam, że znów nikogo nie ma w domu, ale ledwie zaczęłam dzwonić do drzwi pozostałych osób mieszkających na tym samym piętrze, by spytać po sąsiedzku, czy to ja jestem przewrażliwiona, czy może oni też zwracają uwagę na nieco głośniejszą muzykę i ożywione dyskusje Krystyny-kurwa-telefon, oraz Zdzisława-ja-już-mam-dość, a Krystyna we własnej osobie stanęła w drzwiach. Kobieta niemłoda, powiedzmy, że w sile wieku, nieco już siwawa z rozbrajającym uśmiechem zapytała w czym może mi pomóc? Grzecznie odparłam “Pani Krystyno…”, co ją nieco zdziwiło, więc wyjaśniłam, że rozmawiają na tyle głośno, iż znam ich personalia i rodzinne problemy. Jako jedynych mieszkańców tego bloku.

Och, ach, bo tu wczoraj rodzina z Belgii była, no ale przecież na co dzień to spokój. Wyjaśniłam grzecznie, że może spokój,owszem, jest, bo butelki nie lecą ze schodów codziennie, ale może jednak dałoby się muzyki ciszej słuchać.

“Ależ, proszę pani, nie da rady, bo my lubimy muzykę i nie da się jej cicho słuchać, wtedy nie ma przyjemności!” zakrzyknęła, nadal z tym swoim pięknym uśmiechem. Potem dodała, że chyba nie słuchają złej muzyki, prawda? Że miło jest przecież budzić się z Wodeckim, no nie? No nie wiem. Dostałam na pocieszenie torbę warzyw z działki, po czym drzwi zamknęły się z trzaskiem i rozległo się donośne: “Ta wariatka z dołu przyszła nas nękać!”.

Jakiś czas później

Minęły dni, miesiące, przyszła kolejna wiosna. Od ostatniego starcia z sąsiadami udały się im dwie rzeczy. Po pierwsze: skutecznie mnie unikać. Po drugie: przyłapać mnie na złym parkowaniu. Co ciekawe, kiedy sąsiedzi parkują na zakazie, blokując chodnik w całości, Straż Miejska nie domaga, 12h to za mało, by zdążyć z jakąś interwencją, choćby starszy pan o kulach musiał po trawniku biegać dookoła. No trudno. Ja z pokorą przyjęłam zasłużone 100 zł kary. Nie będę się przecież wykłócać, że mi się nie należało, bo należało się jak jasna cholera.

Tymczasem w bloku… Nie dalej jak wczoraj, siedzę – jak na wariatkę przystało – na balkonie i przesadzam kwiatki. I co ja słyszę. “I ta wariatka wtedy mnie dzieckiem poszczuła, wyobraź sobie, nie wiem, jakby nie można było inaczej, ale Zdzisiek ją raz wypatrzył, ty, jaka ona głupia, stanęła tam na zakazie, hehe, to my od razu do Wieśka, buch, za telefon, hehe, za to, że ona na nas wtedy na te psy doniosła, hehe, niech ma!”.

To chyba o mnie, ale nie wyciągam pochopnych wniosków, bo jestem z natury ufną osobą. Dalsza dyskusja na temat tej wariatki, jej wyglądu, tego, że tej wariatce przeszkadza muzyka, sprawiła, że zyskałam pewność, co do tematu dyskusji.

Dwa auta stojące elegancko na zakazie parkowania – jedno Pana Zdzisława, a drugie na belgijskich blachach, nasunęły mi taką myśl, że pewnie będzie impreza. I owszem, nie myliłam się. I tak oto pozdrawiam was z tego miejsca. Jest sobota, godzina 23:48. Mam na uszach słuchawki, więc słyszę wyłącznie zdawkowe porykiwania: “Mniej niż zeroooooooo! MNIEJ NIŻ ZEROOOOOOOOOOOOOOO!”. Jak na wariatkę przystało, oczywiście kręcę nosem.

Czy mogę coś z tym zrobić? Teoretycznie tak, policja, zarząd mieszkaniowy, te klimaty. Dura lex, sed lex. Po latach walki pewnie udałoby się wypracować jakiś rozejm. W praktyce? Zanim coś się faktycznie zmieni na lepsze, moje drzwi zmienią się w patelnię gotową do robienia jajecznicy, a mój samochód zyska kilka nowych rys, oczywiście nie wiadomo skąd. Jeśli jednak rodzina z Belgii będzie przyjeżdżać częściej, jest też szansa, że Krystynie i Zdzisławowi w międzyczasie wysiądą wątroby. Czego państwu na ten przykład nie życzę.

*Imiona bohaterów oraz nazwa kraju zostały litościwie zmienione.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Nika Brassel
Nika Brassel
W poprzednim życiu dziennikarka i pisarka, podróżniczka i matka dzieciom, teraz po prostu autorka, hobbystycznie podejmująca intrygujące tematy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Sami swoi na blokowisku. Co prawnik poradzi na trudne sąsiedzkie relacje

Sąsiedzi potrafią utrudnić życie: hałasami, paleniem na klatce albo gromadząc tony śmieci na swoim balkonie, jak pewien mieszkaniec Gocławia, który zyskał ostatnio nie tylko lokalną sławę. Jak sobie radzić w takich sytuacjach? Cy jesteśmy skazani na uciążliwe sąsiedztwo?
Martyna Kośka
Martyna Kośka
28 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ