„Tully” – mądry prorodzinny konserwatyzm

3 minuty czytania
2481
1
Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
15 maja 2018

Odsłuchaj

O tym, że macierzyństwo to nie rurki z kremem, a dostrzeżenie związanych z nim zysków jest nie lada sztuką, powinno się uczyć wszystkich potencjalnych rodziców. W ramach tej lekcji obejrzyjcie „Tully”. Mądry prorodzinny konserwatyzm to coś, co w kinie zdarza się rzadko.

W „Tully” o cudzie narodzin wspomina się tylko raz. Chwilę później ciężarna adresatka tych słów znacząco prycha. Znacie to prychnięcie. Sami po nie sięgacie, gdy pracodawca niespodziewanie zatrzymuje was na dłużej, a sam wychodzi, życząc miłego wieczoru. Kolejne dziecko w matczynym portfolio trzydziestokilkuletniej Marlo to podobnie niezaplanowany prezent od losu. Zanim jednak kobieta ujrzy na horyzoncie mityczną krainę cudów (jest taka!?), będzie zmuszona odbyć rzadko w kinie pokonywaną drogę przez mękę macierzyństwa.

Matczyna martyrologia, ale z humorem

W filmie duetu Jason Reitman-Diablo Cody (reżysera i scenarzystki „Juno” i „Kobiety na skraju dojrzałości”) bycie kobietą i matką – nawet w domku z podjazdem na przedmieściach Nowego Jorku – przypomina samotny ultramaraton i starcie na ringu w walce z zawłaszczającymi czas i przestrzeń szkrabami. To także walka z samą sobą. Niekończący się serial przewijania i karmienia zamienia się czasem w komedię omyłek. Kiedy indziej w tragikomiczną szkołę przetrwania – gdy przesypia się dzień, bo dzięki brzdącowi pobudka odbyła się w nocy.

„Tully” zgłębia tę matczyną martyrologię z humorem, empatią i podziwu godną wszechstronnością. Masa bez rzeźby to najmniejszy z problemów bohaterki, gdy jej ciało pokrywają rozstępy pokrywające rozstępy, twarz się przetłuszcza, jej piersi odmawiają posłuszeństwa, a półsen jest jedynym odpoczynkiem, na jaką ją stać. Obok litanii hormonalnych utrapień walają się nie wiadomo kiedy powyrywane kartki z kalendarza. Z tyłu głowy tlą się przecież nieutracone marzenia o pracy zawodowej i karierze. Przypadkowe spotkania z dawnymi znajomymi podkreślają samotność kobiety, wciąż głodnej nowych doświadczeń i kontaktu z ludźmi. Kobiety, która nie ma czasu porozmawiać z kimkolwiek o swoich lękach. Sił też ma jakby mniej – skoro nawet na uśmiech ich nie wystarcza.

Zero złudzeń

Nie przypadkiem w pierwszej scenie filmu witamy – jeszcze zanim na ekranie pojawi się przetłuszczona twarz Charlize Theron – napięte jak balon brzuszysko głównej bohaterki. Wiadomo, żyjący własnym życiem bebech nie tylko ciąży, ale i steruje kobietą. Gdy dochodzi do narodzin – tutaj przypominających nie cud, a przykrą rutynę; odbywających się bez wielkich emocji, za to z bliską rezygnacji ulgą na końcu – wówczas milczący bebech przemienia się w krzyczącego brzdąca. Przy dwójce generujących osobne problemy kilkuletnich dzieciaków i trzecim, zwanym mężem (Ron Livingston), dotychczasowa droga przez mękę niebezpiecznie zmienia dekoracje. Staje się horrorem.

Nie bójcie się jednak: bobasowi nie wyrosną pazurki dziecka Rosemary, bo oto w życiu Marlo pojawi się tytułowa Tully – nocna superniania w superciele Mackenzie Davis, prezent od szpanującego kasą brata głównej bohaterki (Mark Duplass). Dziewczyna uśmiechem opromienia podkrążone oczy tamtej i wydaje się znać rozwiązania wszelkich rodzinnych trudności. Tak, macierzyństwo jest cudem, lecz – ostrzegają twórcy – iskrzy wokół niego jakaś czarna magia. „Tully” zdejmuje tym samym estetyczne i tabuizujące (przynajmniej niektóre) filtry z popularnego portretu perfekcyjnej matki. Zanim stwierdzicie: „Banał!”, zwróćcie uwagę, że pozbawianie złudzeń i odzieranie z marzeń to dość nietypowa strategia na filmową laurkę, nieprawdaż?

Gubienie życia

Tu się to udaje. Matka niosąca krzyż macierzyństwa jest w końcu rodzajem heroiny, bohaterką we własnym domu, bez której ten dom zaraz się zawali. Zamiast moralizować o macierzyńskim instynkcie, biologicznym zegarze i innych powinnościach wobec społeczeństwa, z którymi na każdym kroku konfrontuje się taką na przykład wynoszoną pod niebiosa Matkę Polkę – autorzy filmu przyjmują nieraz budzącą przerażenie, kiedy indziej zabawną, a czasem wzruszającą perspektywę matki. Matki, która cierpi psychicznie, fizycznie i – o zgrozo! – z biegiem kolejnych, nie wiadomo gdzie utraconych lat przestaje być sympatyczna. Ktoś tu pojawia się w jej życiu i już nie wraca, a wątek raz rozpoczęty nie znajduje kontynuacji.

Do pewnego stopnia pourywana dramaturgia mówi o naszej bohaterce więcej, niż sama przed sobą chciałaby przyznać. Czyż macierzyństwo nie jest takim właśnie gubieniem życia – interesujących intryg, intensywnych emocji i nowych ludzi? Dostrzeżenie zysku poza tą utratą, docenienie szczęścia w ponoszeniu kosztów i bezpieczeństwa w nudnej rutynie… To wcale nie mokry sen konserwatysty; raczej pełna empatii lekcja wyciągania praktycznych morałów tam, gdzie może ich nie widać.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Gabriel Krawczyk
Gabriel Krawczyk
Jeśli wierzyć opiniodawcom, był już błaznem, kombinatorem, niedoszłym księdzem, przyszłym jazzmanem. Jeśli wierzyć faktom, bywa kurierem rowerowym, okazjonalnym redaktorem w Sejmie, a w internecie - recenzentem filmowym, publicystą kulturalnym i blogerem. Publikuje lub publikował m.in. w Korporacji Ha!art, Magazynie Gazety Wyborczej „Osiem Dziewięć”, Kulturze Liberalnej, Ekranach i na portalu Esensja.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Film

Charlize Theron: Atomowa blondynka

Dla „Atomic Blonde” to moment idealny. Film wchodzi na ekrany świeżo po sukcesie „Wonder Woman”, łapiąc się na wzbierającą falę rozfeminizowanych blockbusterów, dowodzących, że na kino akcji z kobietą w roli głównej jest, wbrew temu co sądzono jeszcze dekadę temu, popyt.
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
3 sierpnia 2017
CZYTAJ WIĘCEJ