Westbam: „Podziwiam polską mentalność”

7 minut czytania
10580
2
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
2 maja 2018

Odsłuchaj

Z jednym z najważniejszych artystów muzyki elektronicznej rozmawiamy o dorastaniu, początkach ery techno-house, rave’owych hitach z lat 90. oraz miłości do Polaków.

Elvis Strzelecki: Pochodzisz z artystycznej rodziny. Twoi rodzice zajmowali się sztuką i byli hipisami, wychowując ciebie oraz twoje rodzeństwo w duchu dystansu wobec wielkich autorytetów. Jak bardzo dorastanie wpłynęło na twoją wizję świata?

Westbam: Myślę, że dorastanie dało mi intelektualną wolność, by wierzyć w tak specyficzną ideę, że DJ może być nowym rodzajem artysty. Być może nawet nową formą gwiazdy popu, co pewnie brzmi dziś dosyć nudno. Nie o to bowiem chodziło, kiedy zaczynałem swoją przygodę z tą profesją w 1983 roku. Wtedy DJ był gościem stojącym gdzieś z boku, puszczającym muzykę innych artystów. Myślę więc, że moja ówczesna wizja była czymś anarchistycznym, wymierzonym w myślenie „wielkich autorytetów”.

Jaki rodzaj muzyki był pierwszym, z którym zetknąłeś się w swoim życiu?

Nie śmiejcie się teraz proszę… Pierwszą muzyką, jaką kiedykolwiek usłyszałem był Marsz Radetzkiego. Domyślam się, że fakt, iż niemiecki dzieciak mógł wkręcić się w muzykę marszową może brzmieć niczym truizm. Jak jednak wiecie, moi rodzice byli hipisami i słuchali The Rolling Stones, więc z pewnością to nie oni sprawili, że spodobał mi się ten rodzaj dźwięków. Myślę, że mogłem to usłyszeć podczas jednego z karnawałów w Münsterze i pewnie jako dziecku spodobała mi się energia tej muzyki. Karnawał jest w moim rodzinnym mieście czymś ważnym, ma w sobie troszkę z Love Parade…

Byłeś częścią punkowej sceny jako Frank Xerox. W latach 80.odkryłeś jednak techno i acid house. Co sprawiło, że wkręciłeś się w te brzmienia? Co miało techno, czego brakowało punk rockowi?

We wczesnych latach 80. scena post punkowa i nowofalowa była czymś awangardowym. Mam tu na myśli dokonania takich projektów, jak Fad Gadget, Cabaret Voltaire czy mojego ulubionego DAF z Düsseldorfu. Idąc tym tokiem myślenia, zostałem DJ-em, by prezentować te nowe niezwykłe formy muzyki tanecznej innym. Kiedy odkryłem w 1983 roku, że mogę łączyć ze sobą beaty, zdałem sobie jednocześnie sprawę, że najbardziej awangardowe formy muzyki tanecznej mogą być kreowane przez DJ-ów, a techno oraz house mają swoje źródła w alternatywnej elektronice. To właśnie dzięki temu czuję się związany z ewolucją, która miała wówczas miejsce.

1986 rok jest ważny dla sceny techno. Wtedy bowiem powstała wytwórnia Low Spirit Recordings. Mógłbyś opowiedzieć nam coś więcej na temat jej początków?

Środek lat 80. to początek istnienia tej kultury. Low Spirit było częścią całego ruchu. Mniej więcej w tym samym czasie DJ-e z Chicago stworzyli house, a producenci z Detroit wykreowali wczesną formę ruchu techno-house. To wszystko poprzedziło granie przez DJ-ów  nagrań pokroju „Los Ninos del Parque” grupy Liaisons Dangereuses. Od połowy lat 80. zaczęli oni przejmować scenę, a w kolejnej dekadzie zrodził się z tego wielki młodzieżowy ruch kulturowy.

Koniec lat 80. i początek lat 90. to wyjątkowy okres dla całej Europy. Upada Mur Berliński, w krajach takich, jak Polska kończy się komunizm, pojawiają się Love Parade oraz Mayday. Jak wspominasz ten czas?

Młodzież, która uwolniła się od wszelkiego ucisku stanowiła duszę oraz energię tamtych dni. Inspirowała mnie.  Mogłem poczuć tę wibrację i wspaniale było celebrować to poprzez imprezowanie. Tak na marginesie – dobra muzyka jest zawsze związana z poczuciem wolności.

W latach 90. najważniejszymi labelami na niemieckiej scenie techno były m.in. Low Spirit, Harthouse i MFS . Czy był to rodzaj mocnej, czy raczej przyjaznej rywalizacji?

Oczywiście, była to rywalizacja na poziomie artystycznym. Walczyliśmy wtedy jako Low Spirit z Harthouse o dominację na scenie. Każdy chciał, by jego wizja tej kultury była na topie, ale to część gry w każdej dziedzinie sztuki. Picasso chciał wyprzedzić Matisse’a, wiecie, co mam na myśli. To normalna rzecz.

Skoro rozmawiamy już o twojej wytwórni, odkryłeś takich wykonawców, jak Marusha, Mark’ Oh, Hardy Hard (dawniej znany jako Hardsequencer), RMB, Genlog czy Raver’s Nature. Czym kierowałeś się podejmując z nimi współpracę?

Szczerze mówiąc, nie było żadnego superplanu, jak niektórzy mogą to widzieć. Żadnej kalkulacji. Po prostu chodziło się na rave’y, spotykało DJ-ów i producentów, którzy dawali nam demówki. Marusha np. wpadała na nasze imprezy pod koniec lat 80. Hardy’ego spotkaliśmy w 1991 roku, w jego klubie w Dreźnie. Wszystko działo się w odpowiednim miejscu oraz czasie i przebiegało naturalnie.

„Somewhere Over The Rainbow”, „Celebration Generation” i „Redemption” – Low Spirit ma spory udział w promowaniu brzmień spod znaku hard trance i happy hardcore, które w tamtym czasie zaczęły podbijać listy przebojów. Co czułeś, gdy underground nagle stał się częścią mainstreamu?

Uwierzcie mi lub nie – postrzegam to wszystko jako pewnego rodzaju awangardę, nawet bardziej w przypadku naszych poprzednich nagrań. Przez 10 lat byliśmy undergroundem i nagle zaczęliśmy konkurować z osobami, które dopiero co odkryły, czym jest ideologia podziemia. Na tamtym etapie, owa rewolucja nie była jednak kreacją undergroundu, a po prostu wejściem do głównego nurtu. Można powiedzieć , że mocno wystraszyliśmy stary popowy establishment nowymi klimatami muzycznymi. Oczywiście, cała podziemna scena techno również była tym wszystkim zaskoczona. Wtedy był to niezły dramat. Muszę jednak przyznać, że podobało mi się i nadal się podoba to, co wówczas tworzyliśmy.

Jeśli już mówimy o tzw. techno-popie (lub jak kto woli, happy rave popie), wówczas na rynku muzycznym pojawiło się wielu artystów nie związanych z prawdziwą sceną undergroundową, takich jak Das Modul, Blümchen czy Scooter, których singiel „Hyper Hyper” nazwałeś najgorszym nagraniem świata. Jakie miałeś zdanie na ich temat?

Tak, jak wcześniej wspominałem, uwielbiałem happy hardcore za bycie czymś nowym i polaryzującym. Jak to z wieloma dobrymi rzeczami jednak bywa, prędzej czy później zaczynają się psuć. Po pewnym czasie, ów styl stał się przewidywalny. Tacy wykonawcy, jak Blümchen prezentowali komercyjną wersję tego, co my wykreowaliśmy. Wtedy poczułem się tym znudzony i postanowiłem skręcić w zupełnie innym kierunku muzycznym. Wydałem numer „Terminator”. Był on doskonałym zakończeniem mojej przygody z brzmieniami rave.

Do muzycznej gry powrócił twój znajomy z Münsteru czyli Dune. Wiem, że spotkaliście się w zeszłym roku na „Euforii Dźwięku”. Pamiętasz go z czasów, kiedy obaj graliście jako DJ-e w klubie Odeon? Udało wam się powspominać dawne lata?

Pewnie, pamiętam Olivera (Froninga, przyp. red.) z wczesnych lat 80. Może nie byliśmy jakimiś bliskimi kumplami, ale nie mieliśmy też nic do siebie. Po prostu znaliśmy się, tak jak wszyscy DJ-e w Münsterze.

Przy okazji, mój brat DJ Dick również zaczynał tutaj swoją karierę. Wiedzieliście też, że Moguai miał tu swój pierwszy występ? Myślę, że Odeon to legendarne miejsce. (śmiech)

Dla Polaków jesteś prawdziwą ikoną muzyki elektronicznej. Pamiętasz swoją pierwszą wizytę w naszym kraju?

Jasne, że pamiętam. Grałem wtedy w szczecińskim Lokomotiv Clubie. Nie zdawałem sobie sprawy, że polska scena jest tak wspaniała i ogromna, dopóki nie zobaczyłem tysięcy ludzi, którzy wpadli na mój występ.

Dlaczego Polska i jej mieszkańcy są dla ciebie tak ważni?

Po pierwsze: Polacy od zawsze byli moją najbardziej lojalną grupą fanów. Byłem na całym świecie i wiem, że każdy artysta, który spotka się z takim wsparciem powinien być wdzięczny. To jednak nie wszystko. Będąc wiele razy w waszym kraju, miałem okazję poznać waszą mentalność. Podziwiam ją. Polski naród przetrwał dzięki pamięci, co jest rzeczą rzadko spotykaną i szlachetną. To inna postawa niż ta w moim kraju, ponieważ Niemcy przetrwali dzięki zapominaniu, chociaż pamiętamy te dobre rzeczy, np. siedem do jednego… (śmiech), ale zanim to się bardziej skomplikuje: kocham was! I kocham żurek, „k*rwa mać”.

Wspominałeś kiedyś o swojej wierze w Boga. Jak wygląda twoje spojrzenie na tę tematykę? Co myślisz o zorganizowanej religii?

W Niemczech mamy takie sformułowanie „religijnie muzykalny”, które oznacza, że warto być otwartym na to, co ponad nami. Tak właśnie jest ze mną. Urodziłem się jako katolik, ale nigdy nie byłem osobą praktykującą. Mimo wszystko, mam do tego szacunek. Myślę, że gdyby nie silna wiara katolicka Polaków, Mur Berliński wciąż stałby w tym samym miejscu. Wiara może przenosić góry. Zawsze byłem fanem waszego papieża. Czytałem jego książkę i oglądałem o nim film – jest tak wiele fascynujących historii z nim związanych. Umieścił kulę, która podczas zamachu w 1981 roku przeleciała w pobliżu jego serca w koronie figurki Matki Boskiej Fatimskiej z Portugalii, gdzie wiele lat wcześniej pastuszkowie otrzymali proroctwo o powstaniu i upadku komunizmu oraz o biskupie w bieli, który zostaje zabity z broni palnej przez żołnierzy. Jan Paweł II wierzył, że to ręka Maryi zmieniła bieg kuli. Uważam tę ideę za niezwykle wzruszającą. I lubię myśleć, że to prawda.

Aktualnie jesteś w trasie „Risky Sets”. Kiedy pojawi się twój nowy album?

Wow. Powracamy do przyziemnego świata promocji! Trzymajcie mnie za słowo – mój nowy album pojawi się po zakończeniu lata. Nareszcie!

Czego Westbam pragnie życzyć światu w tym momencie?

Chciałbym, żeby świat znalazł wyjście z tego całego zamieszania. Pewnie wiecie, o czym mówię… Lubię oglądać każdego wieczora na YouTube tę szaleńczą dramę wokół Trumpa. Potrafię zrozumieć, czemu ludzie mówią rzeczy w stylu „mamy dość oszukujących nas polityków oraz korupcji”. Ale czemu do licha potem podążają za najbardziej skorumpowanym i bezwzględnym kłamcą, jaki tylko może istnieć? To przerażające.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody

 

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Kasety w złotej dekadzie lat 90.: kradzione zdjęcia, koszmarne fonty, szalone kolory

To były czasy wolnej amerykanki: rodzimi wydawcy kaset tworzyli absolutne perełki graficzne, nie przejmując się zbytnio czymś takim jak prawa autorskie. Korzystali ze zdjęć z zachodnich gazet, robili amatorskie grafiki, zmieniali oryginalne okładki. Grafik płakał jak projektował?
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
17 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ