Bambusowy hostel w środku dżungli – Morro de Sao Paolo

6 minut czytania
390
0

Odsłuchaj

Pierwsze co widzisz na wysokości swojej twarzy, to wciśnięte w japonki stopy taksówkarzy. Widok niby taki sam jak wszędzie, ale tutejsi taksówkarze zamiast siedzieć za kółkiem samochodu wożą nie tyle turystów, co ich bagaże. Taksówkarze zamiast jeździć autami, biegają po wiosce z taczkami. Z kilkoma wyjątkami w postaci tuk-tukowego ambulansu, dwóch traktorów i śmieciarki, ruch samochodowy na brazylijskim Morro de Sao Paolo nie istnieje.

Jeśli nie zdecydujesz się na transport speed boatem, droga ze stolicy stanu Bahia – Salvadoru – na wyspę zajmuje wieki. Niekończący się objazd po kontynencie, a potem jeszcze dwie przesiadki.  Najpierw zapchane ludźmi promy. Od brzegu odbija ich całe stado. W kolejnym porcie z każdego z nich wskakuje do wody jedna osoba i jako żywa bojka wyznacza skipperowi trasę pomiędzy mieliznami. Potem maleńka łódeczka, która w końcu dowozi cię do brzegów Morro de Sao Paolo, gdzie wita cię kamienna brama pamiętająca czasy piratów. I oczywiście taksówkarze ze swoimi taczkami.

fot. Justyna Dzik-Wykrętowicz

Idylliczna i relatywnie niedawno podłączona do cywilizacji, do lat siedemdziesiątych obywała się bez prądu, a w związku z tym również bez telefonów. Wyspa przeszła standardową przemianę usługową. Odkryta przez backpackerów, z rybackiej wioski przeistoczyła się  w pełni turystyczną miejscowość. Na plaży dzień zaczyna się dopiero około 15, kiedy zmęczeni po imprezie wczasowicze w końcu podnoszą się z łóżek. Wystarczy jednak zrobić tylko kilka kroków w głąb wyspy by poczuć się jak w środku dżungli. A moje szczęście jest takie, że mój hostel znajduje się jeszcze dalej.

Bambusowe królestwo

– Śpisz u nich? – zaciekawiła się wystrojona w niebieski turban dziewczyna, trzecia już osoba, którą pytam o drogę – Zaprowadzę was na miejsce. Dawno u nich nie byłam, a jestem ciekawa jak to wszystko wyszło.

Śpię u nich, czyli u Carlosa, Joaquina, Mateo i Ignacio. Poznali się, jak to zwykle bywa wśród muzyków, przy skręcie. Czterech chłopaków z Buenos Aires tworzących zespół Universo Pol. Muzyka chwilowa zeszła w ich życiu na drugi plan, bo aktualnie zajmują się przede wszystkim prowadzeniem bambusowego hostelu pośrodku dżungli Morro de Sao Paolo.

fot. Justyna Dzik-Wykrętowicz

Marzyli o pensjonacie. Upatrzyli sobie nawet 5 hektarowy kawałek ziemi, należący do ekscentrycznego właściciela ziemskiego, który podobnie jak oni był zaangażowany w ekologię i ze strzelbą w ręku odganiał intruzów ścinających drzewa na jego posesji. W głowach układali już plan zabudowy swojego placu, a w rzeczywistości wciąż nie mieli pięciu złotych na jego realizację. A wtedy, deus ex machina.

– Dostałem spadek po babci i to po takiej o której nie miałem pojęcia, że jeszcze żyje.

Nie mając za grosz doświadczenia, ale za to wielkie chęci, postawili w końcu na ekologiczny bambus. Szybko rośnie, nadaje się doskonale do budowy, możesz go nawet jeść. Był przez wieki wykorzystywany jako tradycyjny tropikalny budulec i dopiero w XX wieku popadł w niełaskę. Wtedy mieszkańcy tropików zapatrzyli się w zachodnie trendy i zaczęli marzyć o domach z betonu. Jeśli nie było cię stać na murowany dom, byłeś biedakiem, a bambusowe chatki zaczęto kojarzyć z obciachem i biedą. Ten trend, przynajmniej na Morro de Sao Paolo zaczyna się odmieniać. Chłopaki z nowicjuszy zmieniają się w szefów prężnej firmy budowlanej i już realizują zamówienia na stworzenie kolejnych tego typu domów w okolicy.

Rezerwat?

Na papierze teren wyspy, na której się znajduje (Tinhare) jest objęty ochroną, ruch samochodowy jest zabroniony. Głównym środkiem przewozu są taczki. Z drugiej strony jest to mała Ibiza, na której  impreza nie ma początku ani końca. A po imprezie ciężko nadążyć ze zbieraniem śmieci. Ochrona przyrody w wielu przypadkach jest tutaj tylko teoretyczna, co nie przeszkadza lokalnym władzom pobierać od przyjezdnych myta w wysokości 15 zł od osoby tytułem opłaty klimatycznej. Miejscowi też nie do końca akceptują nie tylko ochronę rezerwatu, ale i prawo własności. Co jakiś czas jakiś przedsiębiorczy sąsiad dokonuje wyrębu drzew znajdujących się na ziemi hostelu, argumentując, że był tu na długo przed pojawieniem się Universo Pol i tego całego ich  rezerwatu.

fot. Justyna Dzik-Wykrętowicz

Budowa na Morro de Sao Paolo to prawdziwe przedsięwzięcie, niezależnie od tego czy wykorzystujesz bambus czy pustaki. Każdy bambus przywieziony na Morro miał 7-8 metrów długości. Pochodziły z oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów plantacji. Już po samej wyspie materiał był przewożony przez wynajęte osiołki.

– To są tropiki, trzeba było się przyzwyczaić do tego, jak załatwia się tutaj sprawy. Jeżeli ktoś obiecuje nam coś na jutro, to może zrobi to jutro, a może za miesiąc. Pogoda też może w każdej chwili się zepsuć. Deszcze niejeden raz doprowadziły nawet do 20 dniowych przestojów w budowie. Postanowili wrzucić trochę na luz.

– To był doskonały pomysł – wspominają chłopaki swoje doświadczenia z zażywaniem ayahuaski, ruchem ręki wskazując niewielką polankę za ich plecami. Wpadli na to mniej więcej w połowie budowy, kiedy trudy związane z projektem zaczęły już dawać się poważnie we znaki. W 2010 roku władze Brazylii w pełni zalegalizowały wykorzystanie tego narkotyku w celach religijnych, pod opieką szamana. Wcześniej jego zażywanie było jedynie tolerowane, głównie ze względu na to, że Ayahuaska była (i jest) stosowana jako tradycyjny środek halucynogenny  w obrządkach religijnych dużej części obywateli Brazylii. Dziś hasło „ayahuaska” znajdziecie w każdym przewodniku turystycznym po tym kraju.

Na lądzie i na wodzie

Wysiłek się opłacił. Hostel robi póki co furorę nie tylko wśród turystów. Stał się też lokalnym ośrodkiem kultury, a muzycy z całego miasteczka spotykają się tutaj na sesje jamowe. Każdy może złapać za pałeczki czy maleńkie bongosy i przyłączyć się do zabawy.

Po zakwaterowaniu zakładam wygodne buty i lecę na plażę. Na drewnianym, wciśniętym między skały a piasek, podeście stoi perkusja, a za nią na oko sześćdziesięcioletni dziadek. Rytm drum’n’base’owego kawałka rozchodzi się po całym wybrzeżu. Brazylijskiej Bahii nie potrzebne są parady z sambą, żeby pokazać jak należy się bawić w czasie karnawału.

fot. Justyna Dzik-Wykrętowicz

Przechodzisz dalej a na wąskim deptaku witają cię obwoźne stragany z owocami. Wśród kuszących oko ananasów, bananów i obowiązkowej limonki dyskretnie skryły się butelki z mocnym alkoholem. To stanowisko plażowego barmana, który serwuje wysokoprocentowe drinki ze świeżymi owocami, a wśród nich narodowy trunek Brazylii – cachasę z limonką i cukrem trzcinowym.

Z wielką finezją, miejscowe plaże zostały nazwane kolejno: Pierwsza, Druga, Trzecia i Czwarta. Jest jeszcze Piąta i pewnie Szósta i Siódma, ale to cztery pierwsze są najczęściej odwiedzane przez turystów. Jeśli szukasz spokoju udaj się na północną stronę miasta.

– Przed wejściem do wody wysmaruj sobie twarz glinką. To naturalna maseczka. – radzi mi Ignacio – I pamiętaj że po 15 zaczyna się przypływ. Możesz wtedy poprosić kogoś żeby zabrał cię do domu łodzią.

Zanim nastąpi przypływa, czeka nas zabawa w dochodzącej do 40 stopni Celsjusza wodzie. Płytka woda przy brzegu nagrzewa się jak kałuża i parzy stopy. Ale jakieś 30 metrów od brzegu możesz w końcu zanurzyć się w wodzie i poszukać tropikalnych ryb pływających się wśród ostrych skał wybrzeża. Albo statków, bo wody wokół Salvadoru, słyną z ilości spoczywających na dnie wraków.

fot. Justyna Dzik-Wykrętowicz

Będąc na prowincji, trudno nie dostrzec ogromnej różnicy między klimatem owianych złą sławą miast a prowincją. Salvador, stolica stanu Bahia, posiada jedne z najwyższych wskaźników przestępczości w kraju, a tym samym na świecie. Spacerując po największej atrakcji turystycznej miasta, placu Pelourinho, na którym niegdyś odbywały się targi niewolników, zawsze masz w zasięgu wzroku policjanta wraz z jego karabinem. Wystarczy jednak wyjechać trochę za miasto by spotkać zupełnie inny krajobraz. Policji nie ma, bo i po co. Jest spokój, piasek i kokosy. Polne drogi Morro de Sao Paolo są leniwe. Tak jak trzeba.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Justyna Dzik-Wykrętowicz
Justyna Dzik-Wykrętowicz
Z zawodu prawnik, ale większość czasu poświęca na pisaniu o podróżach, głównie na Z dala od biura i Plan Poland. Zwykle podróżuje z rowerem, z dobytkiem sformatowanym do rozmiaru sakwy. Czasem w nocy marznie w namiocie, ale jak dobrze wycyrkluje, to poranna kąpiel jest w jeziorze.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Podróże

Karaibska przygoda – co zobaczyć i gdzie bywać? Rady eksperta

Przez kilka ostatnich tygodni aplikacje podróżnicze dostarczają dziesiątek ofert atrakcyjnych przelotów na Karaiby. Jak zorganizować taki wyjazd z głową? Pytamy o to eksperta od karaibskich podróży.
Agata Połajewska
Agata Połajewska
29 maja 2017
CZYTAJ WIĘCEJ