Jak nie-matka z nie-matką. Rozmowa z autorką bloga Bezdzietnik.pl

9 minut czytania
3907
2
Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
21 czerwca 2018

Odsłuchaj

Rodzicielstwo ma w dzisiejszych czasach w Polsce całkiem niezły PR. Nawet, jeśli czasem pojawi się gdzieś trochę narzekania, strony dla rodziców i o rodzicach przeżywają prawdziwy boom, wtłaczając osoby bezdzietne z wyboru w poczucie inności i wyalienowania. Pojawił się jednak w sieci blog Edyty Brody – Bezdzietnik. Pisany mądrze i z humorem, opowiada o życiu bez dzieci, ale nie staje do walki z blogami parentingowymi. Postanowiłam porozmawiać z jego autorką.

Gosia Nowakowska: Skąd pomysł na prowadzenie takiej a nie innej – o raczej nowatorskiej jak na polską blogosferę tematyce – strony? Czy stawiasz sobie w związku z nią konkretne cele, czy raczej sama ciekawa jesteś, gdzie cię zaniesie?

Edyta Broda: Po dwudziestu latach pracy w wydawnictwie prasowym poczułam się nieco znużona, troszkę wyczerpana i nieznacznie zniechęcona (przymiotniki dodaję na wypadek, gdyby przeczytał to mój szef). Potrzebowałam nowych wyzwań. Myślałam wtedy, że internet służy jedynie do dręczenia Wujka Googla głupimi pytaniami. I nagle, podczas treningu, gdzieś między martwym ciągiem a TGU, dokonałam epokowego odkrycia – w internecie można pisać!

Miałam wtedy fajnego trenera, też bezdzietnego, z którym często rozmawiałam podczas treningów. I tak, od słowa do słowa, od kettla do sztangi, wymyśliłam bloga o bezdzietności. O długoterminowych celach na początku nie myślałam. Chciałam po prostu pisać. Pisać o czymś, co miałoby dla mnie sens i znaczenie. A ten temat jest mi wyjątkowo bliski. Więc odpaliłam WordPressa, wrzuciłam dwa pierwsze wpisy i otworzyłam piwo, bo stwierdziłam, że na trzeźwo nie zniosę tych wszystkich hejterskich komentarzy. Żadnych hejterskich komentarzy jednak nie było. W ogóle żadnych komentarzy wtedy nie było. Ale bardzo szybko się pojawiły – nie hejterskie, ale szalenie ciekawe. I teraz pozwalam, by mnie to niosło. Bo od czterech miesięcy każdy dzień to dla mnie niespodzianka.

Blogów parentingowych jest całe zatrzęsienie, blog traktujący głównie o bezdzietności kojarzę tylko jeden – twój. Wydaje mi się, że musi być ciężko prowadzić stronę o rezygnacji z rodzicielstwa w taki sposób, aby nie stawać w kontrze do tych, którzy dzieci mają i promują zakładanie rodziny blogowaniem. Czujesz czasem, że stoicie po dwóch stronach barykady?

Niestety tak, choć bardzo się przed tym bronię. Nie chcę, by mój blog był armatą wymierzoną w rodziców. Absolutnie nic nie mam do rodzin z dziećmi. Nie zamierzam też oceniać ludzi, ani ich życiowych wyborów, zwłaszcza, że sama nie lubię być w ten sposób oceniana. Owszem, zdarza mi się kpić czy szydzić, ale przede wszystkim ze stereotypów, mitów czy przekłamań, z jakimi borykają się bezdzietni. A nie z rodziców czy dzieci. I chyba te moje intencje są dość czytelne, bo zaglądają do mnie również mamy – i to w bardzo pokojowych zamiarach. Poza tym, jest jeszcze jedna ważna sprawa – piszę o bezdzietności z punktu widzenia kobiety. I wydaje mi się, że jest coś, co bardzo mocno łączy nas, bezdzietne kobiety, z matkami – wciąż niedokończona walka o prawa kobiet.

Wspomniałaś już o komentarzach, ale dopytam: jaki jest odzew na twojego bloga? Na fanpage’u widzę pozytywne oceny, ale hejt lubi wchodzić tylnymi drzwiami. Doświadczasz ludzkiej niechęci?

Absolutnie nie. Choć to mnie samej wydaje się niewiarygodne, nie miałam jeszcze ani jednego hejterskiego komentarza. Żadnej zgryźliwej czy dosadnej uwagi. Jest wymiana zdań, nie ze wszystkimi moimi opiniami czy obserwacjami moi czytelnicy się zgadzają, ale przede wszystkim, opowiadają o swoim życiu. To często bardzo szczere i osobiste wpisy. Piszą kobiety bezdzietne – o tym, że chciałyby mieć dzieci, a nie mogą. Albo o tym, że nie chcą, a partner chce… O bardzo różnych, często trudnych życiowych sytuacjach. Piszą też matki, o tym jak ciężkie jest macierzyństwo i jak pochopnie się na nie zdecydowały. Piszą i takie kobiety, które matkami są, ale wewnętrznie się z tym nie godzą. To mi otworzyło oczy na całe spektrum macierzyńskich doświadczeń, które są niemal nieobecne w oficjalnych narracjach. A co do komentarzy na blogu – spodziewałam się raczej ostrych polemik, prób nawracania mnie na macierzyństwo, ale na razie, na szczęście, tego nie ma. Dodam jeszcze, że zamiast ludzkiej niechęci, doświadczam czegoś wręcz przeciwnego – dostaję od czytelników i obserwatorów mnóstwo wsparcia, zachęt i zapewnień, że to, co robię, jest potrzebne. To niesamowite!

fot. archiwum prywatne

Bezdzietność bardzo często jest przez ludzi oceniana jako wyraz egoizmu. Zgadzasz z tym stwierdzeniem?

O, to dobre pytanie, bo o tym jeszcze nie zdążyłam napisać na blogu, a temat jest ważny i aż krzyczy, by go poruszyć. Tekst o tym, że bezdzietni są egoistami, jest jak amen w pacierzu – zawsze musi się pojawić, gdy padnie hasło „bezdzietność”. To, moim zdaniem, jeden z najgłupszych i najbardziej krzywdzących stereotypów dotyczących ludzi żyjących bez dzieci. Czytałam ostatnio badania na ten temat i okazało się, że postawy egoistyczne i altruistyczne rozkładają się mniej więcej po równo w obu grupach. Ale – i tu niespodzianka – nieco więcej altruistów jest w grupie bezdzietnej. I mnie to wcale nie dziwi! Wybór bezdzietnego stylu życia nie ma nic wspólnego z egoizmem.

Jeżeli już rozpatrujemy decyzje prokreacyjne pod tym kątem, to uważam, że to właśnie decyzja o urodzeniu dziecka jest przejawem egoizmu. Bo spójrzmy, jakie argumenty za nią stoją: „Chcę mieć kogoś swojego. Chcę, by ktoś mnie kochał. Nie chcę być samotna na starość. Bo wszyscy dookoła mają, a ja nie. Chcę przekazać dalej swoje geny. Chcę, by coś po mnie zostało”. Wśród bezdzietnych też pewnie jest mnóstwo egoistów. Ale jest też wielu społeczników, wolontariuszy, ludzi zaangażowanych w rozmaite fajne akcje. Zresztą, w jakimś stopniu wszyscy jesteśmy egoistami – to pomaga nam przeżyć w społeczeństwie. Wytykanie egoizmu innym jest czystą hipokryzją.

Nie wiem, na ile się ze mną zgodzisz, ale wydaje mi się, że nawet jeśli nie wybieramy drogi macierzyństwa, to potrafimy dostrzec jego liczne zalety. Trochę gorzej to działa w drugą stronę – rodzice nie rozumieją bezdzietnych z wyboru, czasem wręcz im współczują. Wszyscy wiemy, dlaczego warto mieć dzieci, ale mało kto wie, dlaczego warto ich nie mieć. Jakie przedstawiłabyś plusy bezdzietności?

Trudny temat poruszyłaś. Wydaje mi się, że po obu stronach jest sporo niezrozumienia. Ale potrafię wyobrazić sobie, że my, bezdzietne, wspieramy matki, bo ostatecznie każda z nas ma mamę i dobrze wie, jak wygląda macierzyństwo. Ale gdyby przyszło do obrony praw bezdzietnych kobiet, nie wiem, czy matki ruszyłyby do boju. Rodzicom, również matkom, wydaje się, że skoro nie mamy dzieci, powinniśmy mieć same obowiązki i żadnych przywilejów, bo przecież nasze życie jest usłane różami. A to nie tak. Bezdzietni mają swoje problemy, rodzice swoje. Różnica polega na tym, że o problemach rodziców trąbi się głośno i donośnie, a o problemach bezdzietnych się nie mówi, tak jak nie mówi się (sensownie) o bezdzietności w ogóle.

Jeśli chodzi o plusy bezdzietności, wymienię te dla mnie najważniejsze. Przede wszystkim mam swobodę decydowania o sobie – o tym, co robię, kiedy robię i z kim. Bez dzieci czuję się lekka i wolna, i to jest bardzo przyjemne i niezbędne mi do życia uczucie. Mam czas na pielęgnowanie małżeńskiej zażyłości (choć akurat ostatnio zamiast z mężem, wieczory spędzam z blogiem). Uwielbiamy z mężem szwendać się niespiesznie po uroczych zakątkach Polski i zagranicy, bez stresu, pośpiechu i organizacyjnej ekwilibrystyki. Ale przede wszystkim, oboje lubimy codzienny, błogi spokój. A że mamy sporo zwierząt, nie cierpimy na nudę – zawsze coś się dzieje.

Rodzicielstwo forsuje się między innymi ze względów społecznych – kolejni obywatele wzmacniają i zabezpieczają społeczeństwo danego kraju. Jak na to odpowiedzieć, jakie obiektywne plusy bezdzietności można wymienić? Ja celowałabym w ekologię – planeta Ziemia ma nas już i tak za dużo na swoim karku. Zgadzasz się z tym? A może masz jakieś inne pomysły?

Głęboko wewnętrznie nie zgadzam się na jakiekolwiek ingerencje władzy (świeckiej czy duchownej) w tak intymne i osobiste sprawy jak posiadanie/nieposiadanie dzieci. W czasach, gdy osobiście odpowiadamy za swój los, nie powinniśmy godzić się na jakiekolwiek naciski z zewnątrz. Nawet finansowe zachęty do rodzenia dzieci uważam za nadużycie. Owszem, państwo powinno tworzyć takie warunki, by ludzie, którzy chcą mieć dzieci, mogli się na nie decydować bez obaw, że zostaną z wysiłkiem rodzicielskim sami. Dlatego kibicuję wszelkim inicjatywom, które mają pomóc rodzicom w opiece nad dziećmi, zwłaszcza kobietom, którym trudno godzić macierzyństwo i działalność zawodową czy publiczną. Ale pomysł, by płacić za szybkie rodzenie kolejnych dzieci, uważam za skandaliczny i niedopuszczalny. Chcę żyć w kraju, w którym ludzie są szczęśliwi, bo sami wybierają swój los. Natomiast miejsce, gdzie kobiety są w jakikolwiek sposób przymuszane czy usilnie nakłaniane do rodzenia dzieci, nie może być według mnie dobrym miejscem do życia.

Argumenty ekologiczne też mocno do mnie przemawiają. Moja umiarkowana natura przestrzegałaby przed nawoływaniem do tego, byśmy ograniczali rozmnażanie – to są indywidualne decyzje każdego z nas. Ale przy niemal ośmiu miliardach ludzi na ziemi, zachęcanie kobiet do rodzenia jak największej ilości dzieci, czy promowanie rodzin wielodzietnych jest według mnie szalenie krótkowzroczne. Rozumiem, że ludzie chcą mieć duże rodziny – mają pewnie jakieś ważne powody czy racje. Nie rozumiem jednak polityków, którzy wszelkimi dostępnymi środkami wymuszają na społeczeństwie dzietność czy wielodzietność. Jak wiemy z historii, choćby najnowszej, wszelkie polityczne próby regulowania dzietności zawsze prowadzą do tragedii – osobistych i społecznych.

Po prostu

Zawsze widziałaś siebie w roli nie-matki, czy to przyszło z czasem?

Zawsze. Nie było w moim życiu żadnego momentu wahania, przebłysku: „A może jednak”. Co jest dziwne, bo na ogół, w każdej innej dziedzinie życia, sporo we mnie niepewności, wahania, zastanawiania się, rozpatrywania za i przeciw. Tutaj od początku miałam absolutną jasność: nie chcę mieć dzieci i już! I jak podkreślam na blogu – nigdy tego nie żałowałam. Mam 45 lat, już nigdy nie będę matką i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa.

Ja mam 32 lata, dzieci brak. Jeszcze nie wiem czy brak na razie, czy na zawsze. Czas ostatecznej decyzji zbliża się nieubłaganie. Przyznam, że nie jest to dla mnie łatwe. Nawet, jeśli skłaniam się mocno w stronę bezdzietności, to wątpliwości się pojawiają. Wśród nich, między innymi, myśl o moich rodzicach. Jestem jedynaczką i jeśli nie będę mieć dzieci, to oni nie zostaną dziadkami. Jako zadeklarowana i szczęśliwa nie-matka, co mogłabyś podpowiedzieć w takiej sytuacji?

No cóż, ja zawsze myślałam o tym w ten sposób: moi rodzice przeżyli swoje życie tak, jak chcieli. Moja mama miała dwoje dzieci. Chciała mieć troje, ale okoliczności życiowe tak się ułożyły, że na dwójce musiała poprzestać. I choć miewała w życiu bardzo trudne momenty, uważa je za udane, bo zrealizowała swoje marzenie o dzieciach. Teraz moja kolej. Pragnienia mamy muszą ustąpić moim pragnieniom. Myślę, że każdy mądry rodzić to w końcu zrozumie i zaakceptuje.

To pytanie nie może się nie pojawić: kto ci poda szklankę wody na starość?

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że samotna starość nie spędza mi czasami snu z powiek. Mam to szczęście, że mam wspaniałego partnera i dopóki będziemy razem, jakoś damy sobie radę. Zawczasu też próbujemy się zabezpieczyć finansowo na czarne godziny. Na pociechę powtarzam sobie sentencję zasłyszaną gdzieś w towarzystwie: lepiej mieć spapraną starość niż całe życie. A poważnie mówiąc – dzieci to nie jest żadna gwarancja na starość. I nawet nie dlatego, że odwrócą się od rodziców, ale przede wszystkim dlatego, że pewnie wyjadą. Za pracą, partnerem, przygodą. Już teraz starymi kobietami, wdowami (wiadomo, że mężczyźni zwykle odchodzą wcześniej), często nie opiekują się dzieci, ale inne kobiety – też wdowy: sąsiadki, koleżanki, siostry. Dzieci mają swoje życie i swoje sprawy. Zresztą, istnieje w społeczeństwie bardzo silny wzorzec poświęcającej się bez reszty matki, ale nie ma równoległego wzorca poświęcającego się dziecka. Dlatego raczej bym na dzieci nie liczyła. A nie licząc na nie, przynajmniej się nie rozczaruję. Obawiam się, że starość wielu rodziców będzie nie tylko samotna, ale i zgorzkniała. My, bezdzietni, będziemy tylko samotni.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Gosia Nowakowska
Gosia Nowakowska
Z wykształcenia pedagog, z zamiłowania człowiek gór, o których bloguje na Rudazwyboru.pl. Trochę pisze, trochę biega, trochę się wspina, ale - nie oszukujmy się - marzy o tym, by móc całymi dniami oglądać seriale. Po trzydziestce stara się być po prostu sobą, cokolwiek miałoby to znaczyć.
AUTOR

Polecamy

Zobacz też

„Albo zabiję to dziecko, albo je wyrzucę”. O macierzyństwie trudnym i niechcianym

Agresywne myśli pojawiają się w głowie 30-letniej Agnieszki, matki pięciomiesięcznej Amelki, kilkadziesiąt razy w ciągu doby. Ale przyznaje się do nich wyłącznie swojej terapeutce. Bo wie, że tylko ona nie uzna jej za wyrodną matkę.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
31 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ
[FM_form id="1"]
Skup antyków Warszawa