Leski: “Miłość, która nie urywa się jak taśma”

8 minut czytania
1876
0
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
23 czerwca 2018
fot. fot. materiały prasowe Warner Music Poland

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

W latach 90. był skejtem i rapował. Płytowo zadebiutował dopiero w 2015 roku. Jego album „Splot” zachwycił fanów indie-popu. Właśnie wydał, także na kasecie magnetofonowej, drugą płytę „Miłość. Strona B”, którą wypełnił dźwiękami syntezatorów z lat 80., gitarami i poruszającymi tekstami. Nam Leski opowiada, dlaczego wciąż słucha kaset, jak uniknąć banalnego śpiewania o miłości i że życie po trzydziestce nie jest kolorowe, jak piosenki MC Hammera.

Wojciech Przylipiak: Właśnie podpisujesz swoje kasety. Zresztą sam je ponumerowałeś, jest ich tylko sto sztuk. Skąd u ciebie takie spojrzenie wstecz, nie tylko poprzez nośnik, który był popularny trzy dekady temu, ale też muzycznie, bo na twojej nowej płycie „Miłość. Strona B” nie brakuje brzmień z lat 80.? Wychowywałeś się przecież dekadę później.

Leski: Rzeczywiście muzyki zacząłem słuchać świadomie w latach 90. ale pierwsze doświadczenia z odkrywaniem dźwięku dotyczyły właśnie kaset magnetofonowych, walkmana i wcześniejszej dekady. Nawiązanie to pojawiło się trochę przypadkowo przy okazji wymyślania tytułu albumu. Szukałem czegoś co spięło by wszystkie piosenki. Odrzuciłem pierwsze koncepcje, które kręciły się wokół takich tytułów jak „WIR” czy „POCISK” ponieważ nie oddawały w pełni myśli przewodniej zawartej w piosenkach. Pomyślałem wtedy, że ogólny przekaz albumu dotyka właściwie jednego uczucia, które jest prawdziwe i silne ale jednocześnie ma blizny i bywa trudne – miłości, z którą jest trochę tak jak z słuchaniem muzyki z kaset magnetofonowych: zawsze są dwie strony, często różne, dlatego jeśli chcesz odkryć jej całą zawartość musisz poczekać i przy tym trochę się napracować. Przełożyć kasetę i sprawdzić Stronę B. Sam złapałem się na tym, że nie raz kończyłem na Stronie A.

Opisuję miłość, która się nie wypala ale ma inną twarz, taką po trudnym etapie, która nie urywa się jak taśma. Skoro uwikłałem się w porównania do tego nośnika postanowiłem wydać album właśnie na kasecie magnetofonowej. Kupiłem nawet specjalne urządzenie, tzw. wytłaczarkę ręczną (skąd inąd patent z lat 80-tych) aby każdej kasecie nadać numer. Do dziś mam w domu jeszcze trochę kaset, które tata ostatnio znalazł na przysłowiowym strychu i przywiózł słysząc, że sam wydaje album na kasecie. Poszedłem nawet trochę dalej i wiedziony sentymentem do świata analogowego nabyłem polski walkman firmy Unitra znany jako Kajtek, rzutnik Ania, telefon tarczowy i kilka innych rekwizytów, które wykorzystałem w klipie do piosenki „Skowyt” (śmiech).

Czyli cofasz się?

Nawiązuje, bo uważam, że te rzeczy miały w sobie coś wyjątkowego. Nasycone kolory, różnorodne kształty i piękny design. Poza tym były bardziej nieosiągalne. Dziś ubrania z sieciówek są na wyciągnięcie ręki, a wiele urządzeń właściwie niczym się od siebie nie różni. Marzyłem w podstawówce o kolorowych bluzach i podkoszulkach z Fruit of the Loom, rowerze BMX czy własnej deskorolce dlatego z wielką przyjemnością obejrzałem, abstrahując już od wciągającej fabuły, zarówno serial „Stranger Things” jak i „Dark”, w których aż roi się od takich odniesień. Lubię lumpy, bo można tam jeszcze znaleźć masę oryginalnych ciuchów z tamtej epoki.

Nie chodzi tylko o kolory czy rekwizyty ale również zwrot w stronę czasów, w których na coś się czekało. Umawialiśmy się na wspólne słuchanie płyt, mieliśmy swoje rytuały. Teraz wszystko jest szybkie, często przypadkowe. Fajnie jak ludzie potrafiliby połączyć korzystanie z nowych technologii z integracyjnymi rytuałami sprzed lat. Nie tylko związanymi z muzyką. Na podwórku potrafiliśmy siedzieć godzinami i grać w kapsle. Wycinaliśmy flagi państw z atlasu geograficznego i rozgrywaliśmy wyścigi. Większość czasu spędzaliśmy w większej grupie i tego mi dzisiaj trochę w świecie brakuje.

fot. materiały prasowe Warner Music Poland

Płyta „Miłość. Strona B” wydaje się idealna na takie posiadówy, wymaga skupienia.

Bardzo mi zależało, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, żeby nowy album był emocjonalny. Poruszał realne sprawy. Jeśli pojawiały się na kartce frazy, które były wynikiem jakichś kombinacji, po prostu je usuwałem. Chciałem zachować pierwotność myśli i uczuć.

Kto jest twoim pierwszym recenzentem?

Najczęściej moja żona albo rodzice. Czasem wybrani znajomi. Nie oczekuję recenzji, ale konfrontacji piosenki z kimś z zewnątrz. Kimś kto obiektywnie spojrzy na utwór. Powie mi coś o jego energii i kolorze. Najwięcej jednak przy tworzeniu tego albumu pomogło mi to, że na jakiś czas pojechałem w góry i odciąłem się od świata, nie musząc pisać na kolanie w chaosie codziennych obowiązków.

Jak wyglądało to wyautowanie?

Spakowałem trochę sprzętu muzycznego i uciekłem w Pieniny. Rozstawiłem mini studio, chodziłem po górach, a w przerwach pisałem i nagrywałem. Nie miałem stylistycznych założeń ale chciałem żeby drugi album był trochę ostrzejszy i bardziej chropowaty niż debiutancki „Splot”. Nie chodziło o jakieś konkretne azymuty, a jedynie o dobór środków. Wiedziałem, że chcę na przykład sięgnąć po syntezatory z lat 80., dlatego jeden z nich nawet kupiłem, a konkretnie syntezator Korg Polysix, na którym w latach 80. grali m.in. Alphaville i Tears For Fears. Wykorzystaliśmy również kilka innych klawiszy, które albo były akurat w studio, albo które pożyczyliśmy. Wiele z nich jak np. Roland VP 330 albo ARP Solina to prawdziwe unikaty. Obok elektroniki chciałem też użyć więcej elektrycznych gitar. Kilka piosenek skomponowałem również na pianinie co na debiutanckim albumie się nie zdarzyło. Wszystkie utwory powstały wówczas na gitarze.

Do tych retro narzędzi dołożyłem emocje i eksperymentowanie z dźwiękiem w czym Marcin Bors, producent albumu, jest niepowtarzalny. Nauczyłem się również, że nie warto nagrywać bez końca nowych wersji, bo pierwsze dwie albo trzy mają w sobie nieoceniony ładunek emocjonalny, który można by porównać z energią dziecka.  Dzięki temu, dochodziło do wielu zaskakujących sytuacji. Po raz pierwszy grałem na przykład na fisharmonii, która finalnie w moich szkicowych wersjach weszła na płytę. Ciekawie wyszło też użycie kultowego efektu z lat 70. tape echo, który w pewnym momencie się zaciął. Przypadkowo zapętliła się taśma i zaczęła nagrywać wszystko jak leci. Naraz. Zostawiliśmy to na płycie. Normalnie by się to nie zdarzyło. Czegoś takiego nie da się zaplanować.

Przy pierwszej płycie było inaczej?

Tak. „Splot” powstawał w zdecydowanie innych okolicznościach. Sporo wtedy planowałem. Najpierw pracowałem z muzykami w sali prób przez kilka miesięcy, a następnie w dwa dni zarejestrowaliśmy 14 piosenek grając na, tzw. setkę. „Miłość. Strona B” jest płytą konceptualną, opierającą się w fundamentalnej części na mojej kooperacji z Marcinem Borsem. Pracowaliśmy w warunkach domowych, co pozwalało na duży komfort i luz, którego nie doświadczysz w wynajętym studio. Nie czuliśmy presji. Mogliśmy nagrywać całą noc, pić piwko i eksperymentować z dźwiękiem. Mieliśmy czas żeby zrobić sobie przerwę i wrócić do nich z czystą energią. Dystansem, który pozwala wyławiać perły. Dzięki temu większą część śladów nagraliśmy we dwóch. Na kolejnym etapie dołączyli muzycy, z którymi również powstało sporo kreatywnych propozycji. Ostatnim etapem były chórki, nad którymi pracowałem wykorzystując technikę sound design czyli kreatywnym generowaniu i przetwarzaniu dźwięku.

Nowy album jest też bardziej mroczny niż debiut.

Na pewno zasadniczy wpływ na to miały emocje, które w tym czasie mi towarzyszyły ale z pewnością równie fakt, że słuchałem wówczas takich artystów, jak Radiohead, Beck, Grizzly Bear, Portishead czy Robert Plant. Wszystko to sprawiło, że skręciłem w ciemniejsze rewiry muzyczne.

Kiedyś w twoim walkmanie królował jednak rap.

Pamiętam Kris Kross, gości którzy nosili spodnie tył na przód, MC Hammera, Vanilla Ice z jego słynnym Ice Ice Baby i swoje pierwsze próby stworzenia podkładu w programie Protracker na Commodore 64. Później przyszły poważniejsze rzeczy jak np. Dog Eat Dog, Beastie Boys czy House of Pain. Lubiłem też Luniz i Warren G. Niesieni falą fascynacji rapsami zaczęliśmy z kumplem eksperymentować ze słowem i odbyliśmy nawet wykon, w którym właśnie kaseta magnetofonowa odegrała kluczową rolę ponieważ był na niej podkład, a w trakcie występu na gali szkolnej postanowiła się skrzętnie wkręcić w głowicę. Nie muszę chyba mówić co było dalej…(śmiech). Wtedy jeszcze nie myślałem poważnie o muzyce.

A ten moment, kiedy postanowiłeś zostać muzykiem?

Miałem kilka zrywów ale tak na serio pierwszy raz pomyślałem o tym jak rozpocząłem pracę w korporacji.

Czyli przeszedłeś na ciemną stronę mocy.

Nie inaczej! Życie po trzydziestce nie jest tak kolorowe jak kostiumy MC Hammera!

Na naszym rynku muzycznym funkcjonujesz już kilka lat. Jakie są twoje pozytywne i negatywne spostrzeżenia?

Stażowo na rynku muzycznym wciąż jestem świeżakiem, ale…pozytywne dotyczą bardzo wysokiego poziomu muzycznego na polskim rynku. Jak grzyby po deszczu powstają nowe projekty udowadniając, że nie powinniśmy mieć w Polsce żadnych kompleksów, jednocześnie swój rozkwit przeżywa disco-polo…

fot. materiały prasowe Warner Music Poland

Materiał z „Miłość. Strona B” grasz teraz na koncertach. Czego się mogą spodziewać ci, którzy zobaczą cię na żywo?

Mocniejszych brzmień, bardziej żywiołowych aranżacji, emocji i przede wszystkim nowych piosenek.

Myślisz już o kolejnej płycie?

Przyjdzie na nią czas. Póki co koncentruje się na nowym albumie, z którym wkrótce rozpoczynam koncerty. Wpadajcie. It might get loud!

fot. materiały prasowe Warner Music Poland

IgiMag jest patronem medialnym płyty Leskiego „Miłość. Strona B”

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Błażej Król: “Jestem trochę dyktatorem”

Nałogowo ogląda „Klan” i „Warsaw Shore”, jest leniem, cykorem i śmieciarzem. Z drugiej strony, Błażej Król to najważniejsza postać polskiej alternatywy ostatnich lat. Gra solo, z żoną w zespole Kobieta z Wydm, wcześniej w Ul/Kr. Właśnie wydał kolejny znakomity solowy album „Przewijanie na podglądzie”. Nam opowiedział o fotograficznej pasji, amerykańskich stand-uperach, żużlu i o tym jak uderzyć kogoś z bańki, żeby nie dostać wstrząsu mózgu.
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
21 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ