Martyna Jakubowicz: “Na scenie nie jestem po to, by zaspokajać własne ego”

6 minut czytania
561
0
Robert Skowroński
Robert Skowroński
9 czerwca 2018

Odsłuchaj

Przyznaje, że nie miała w planach kolejnej płyty poświęconej Bobowi Dylanowi, choć to dla niej bardzo ważny artysta. A jednak “Zwykły włóczęga” ujrzał światło dzienne. Czy Polacy rozumieją amerykańskiego barda, czy artystka ma czasem dosyć “Domów z betonu” i czy mieszkanie na wsi pozwala uciec od trosk dzisiejszego świata? O tym opowiedziała nam Martyna Jakubowicz.

Robert Skowroński: To pani kolejne podejście do twórczości Boba Dylana. Była płyta “Tylko Dylan”, udział w projekcie Dylan.pl, a teraz album “Zwykły włóczęga”. Co ten artysta znaczy w pani życiu?

Martyna Jakubowicz: W młodości bardzo intensywnie odbiera się zewnętrzne bodźce, a część z tego zostaje z człowiekiem na lata, stając się stałym elementem życia. Tak było z Bobem Dylanem i ze mną. Dużo się od niego nauczyłam, podobnie, jak od amerykańskiej muzyki w ogóle – tej prostoty, ale i szczerości.

Swego czasu dostała pani propozycję zagrania przed Dylanem, ale odmówiła pani. Dlaczego?

Ta możliwość pojawiła się w bardzo niedobrym dla mnie momencie. Akurat wtedy zrobiłam sobie przerwę i przestałam grać koncerty. Mając możliwość wystąpienia przed ulubionym artystą człowiek chciałby wyjść na scenę i zrobić coś naprawdę spektakularnego. To był po prostu fatalny moment, nie uniosłabym tego.

Ale na samym koncercie Dylana pani była. Czy było to w jakiś sposób uwznioślające przeżycie?

Dla mnie to po prostu miłe doświadczenie. Na żywo jest inna energia. Lubię muzyków amerykańskich, bo pięknie grają, są szalenie zdyscyplinowani, czuć ich pokorę do muzyki. Nie mam w zwyczaju modlenia się do artystów. Ja sama na scenie też nie jestem po to, aby tylko zaspokajać własne ego. Zawsze na pierwszym miejscu jest muzyka i chęć dotarcia poprzez nią do serca drugiego człowieka.

A pani, podczas swojej wieloletniej kariery, była obiektem, jak to pani nazwała, “modłów”?

Tak, miałam taki moment w latach 80., kiedy potrzebowałam ochroniarzy. Czułam się z tym źle, nigdy nie chciałabym zostać ukarana wielką sławą, to nie łechcze mojego ego.

Pani, podobnie zresztą jak Dylan, trzyma się na uboczu, nie szuka poklasku.

Nie mam potrzeby dowartościowywania się w taki sposób, ekshibicjonizmu, tłumów popadających w skrajne emocje. Wolę swoją publiczność, oni przeżywają te piosenki na swój sposób. Zdarzają się oczywiście różne koncerty, w tym te trudniejsze, ale może to dlatego, że moja muzyka nie jest do tańca, na koncertach publika siedzi, i czasem ludzie bywają onieśmieleni. Ale po koncercie często rozmawiamy ze sobą, to jest bardzo miłe.

Ma pani czasami dosyć swojego “W domach z betonu nie ma wolnej miłości”?

Moje myślenie o tym nie ma nic do rzeczy. Ludzie chcą tej piosenki, jest dla nich ważna, kojarzy im się z młodością, mają z nią jakieś wspomnienia. Moim obowiązkiem jest uszanowanie tego. Te stare hity muszą być zagrane na koncercie, układam program tak, żeby było trochę nowych utworów i tych, dla których pojawia się starsza publiczność. Mam słuchaczy w różnym wieku, dla tych młodszych te “Betony” nie są już piosenką kultową, to po prostu jedna z wielu kompozycji w zestawie. Czas komunizmu czy świetności Jarocina minął, ludzie już tak tego nie przeżywają.

Wracają do Dylana – pani pokochała go od początku, ale są tacy, którzy twierdzą, że do jego twórczości należy dojrzeć.

Dylana słuchałam już mając 17 lat. Jego albo się lubi, albo nie. Wszyscy mu zarzucają, że beczy jak koza, a prawda jest taka, że po prostu postanowił być całkiem osobny. Wybrał taki sposób przekazu i ja to szanuję. On potrafi zaśpiewać zupełnie inaczej, ale wygładzony sposób śpiewu nie leży w jego charakterze. Nie jest rzeczą trudną naciskać odpowiednie przyciski, na które nabiera się masowy odbiorca. Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak łatwo są manipulowalni, a artyści doskonale znają różne knify do mamienia publiczności – na tym opiera się cały show-biznes. Dylan w swoich początkach stawiał na prosty przekaz, fascynował go Woody Guthrie, facet, który jeździł po Stanach, mieszkał tam, gdzie akurat się dało i zwyczajnie śpiewał swoje opowieści. Dla Dylana ważny był też rock’n’roll, country, blues, folk, ale w tym wszystkim zachował odrębność. Stał się sławny wypływając na fali muzyki folkowej w okresie buntu lewicującej młodzieży, protestującej przeciwko wojnie w Wietnamie w latach 60.. Gdyby był kolejnym chłopakiem z gitarą i nie śpiewałby tekstów o ważnych dla ludzi sprawach, to pewnie nikt nie zwróciłby na niego uwagi.

Twórczość Dylana raczej nie ma zbyt wielu zwolenników u przeciętnych słuchaczy w Polsce. Z czego pani zdaniem to wynika?

To artysta mocno zakorzeniony w realiach amerykańskich. Trzeba znać historię Stanów Zjednoczonych i tamtejszej muzyki, żeby ogarnąć Dylana. Dla polskiego odbiorcy pewne rzeczy nie są zrozumiałe. Moim zdaniem istnieje też bariera estetyczna. Polski słuchacz jest przyzwyczajony raczej do piosenki autorskiej, literackiej, kabaretowej. Komuna fundowała nam socrealistyczne popłuczyny muzyki zachodniej, tylko Opole mogło poszczycić się świetnymi piosenkami, śpiewanymi przez wybitnych artystów. Z początkiem lat 80. dzięki boomowi muzyki rockowej nastąpił przełom. Jako dziecko oglądałam festiwale w Opolu i Sopocie. To było wielkie przeżycie. Moje ciotki kupowały ciastka, piły kawę i komentowały wykonania i kreacje. Dla nich też to było poważne wydarzenie. Dziś Opole nie jest już kulturotwórcze, zostało zabite wymaganiami telewizji i nie oddaje tego, co dzieje się w polskiej muzyce. Już nie chodzi o artystę i jego utwór, a o efekty specjalne i show. Teraz najpopularniejsze jest disco polo i pop. Ja nie gram dla masowego odbiorcy. W Ameryce kocha się i szanuje się muzyków, bo każdy wie, że to ciężka praca.

Ale z drugiej strony na rodzimej scenie można znaleźć też wartościowych twórców. Wielu z nich jest niszowych, ale równie wielu odnosi sukcesy i trafia do mas.

To prawda, na przykład taki Kortez. Zrobił przecież karierę i ma pełne sale. Wizerunek romantyka połączony z obrazem ziomka z bloku. Mamy też siostry Przybysz, które fantastycznie śpiewają. Jest Kayah, może nie do końca lubię jej muzykę, ale wokal ma zjawiskowy. Uwielbiam jej płytę “Zebra”, tam gdzie jest piosenka “Na językach”, świetny jest też album z Bregovićem. Jestem szczęśliwa, że zaczynałam w czasie, gdy był głód muzyki. Teraz osiągnąć sukces jest dużo trudniej.

fot. Jacek Poremba

Mimo że Polacy nie sięgają zbyt często po Dylana, to inaczej sprawa ma się z rodzimymi twórcami. Dylana śpiewała Maryla Rodowicz, Filip Łobodziński czy Krzysztof Krawczyk.

Filip jest tłumaczem, więc pewnie chciał się zmierzyć z tą materią, a pan Krawczyk, jak sądzę, dostał dobre tłumaczenia i wszedł w ten projekt. To są po prostu fajne piosenki, a  skoro takie są, to czemu ich nie grać?

Czy to jak tekst zostanie przetłumaczony podyktowane jest przez aranżację danego utworu?

Mój były mąż, Andrzej Jakubowicz, zajmuje się tłumaczeniem piosenek Dylana niemal od zawsze. Oczywiście teksty, które znalazły się na “Zwykłym włóczędze”, wymagały zmian. O ich kształcie dyskutowaliśmy z Andrzejem mailowo. Ze studia wysyłałam to, co już zostało nagrane, żeby wiedział, jak wygląda konstrukcja utworu i gdzie należy zmienić coś w tekście.

Aby zrozumieć teksty Dylana potrzebny jest przewodnik?

Zależy od utworu. Akurat do tych, które znalazły się na płycie, byłoby to zbędne. Dylan pisze różne teksty, niektóre są proste w przekazie, uniwersalne, inne nieco bardziej surrealistyczne. Z jednej strony mówi o niezgodzie na niesprawiedliwość społeczną, z drugiej pięknie opowiada o miłości.

Te teksty zasłużyły na literackiego Nobla?

Moim zdaniem tak, bo są bardzo dobre.

Czy utwory na “Zwykłego włóczęgę” dobiera pani według jakiegoś klucza?

Zdecydowałam się na piosenki, które po prostu lubię, na te, do których miałam sentyment. Nie ma tu największych hitów Dylana.

Na płycie pojawił się “Polityczny świat”, który figurował już na trackliście albumu “Tylko Dylan”. To pani forma manifestu odnoszącego się do dzisiejszych realiów?

Uważam ten tekst za bardzo mocny, cały czas przystający do rzeczywistości. To nieśmiertelna piosenka, dopóki ludzie nie wezmą się w garść, to ciągle będzie zachowywać ona swoją aktualność.

Z pani wypowiedzi wynika, że nie jest pani zachwycona dzisiejszą rzeczywistością. Czy mieszkanie na wsi pozwala złapać dystans do pędu świata i jego wad?

To wszystko jest wszechobecne, więc mimo chęci nie mogę się od tego odciąć. Mam o tyle lepiej, że przynajmniej mogę spać spokojnie w ciszy. Zamiast szumu samochodów i tego co pobudza, słucham śpiewu wilgi afrykańskiej. Ze zgrozą jednak zauważyłam, że bardzo odczuwalne są zmiany klimatyczne. Rośliny źle na to reagują. Jeszcze trochę i będziemy musieli mierzyć się z zupełnie innymi problemami. Będą kataklizmy, susze, to wszystko będzie miało wpływ na nasze zdrowie. Kontakt z przyrodą uważam za absolutnie konieczny, ale ludzie tego nie rozumieją, dają się mamić gadżetom i innym niepotrzebnym rzeczom. Dla mnie dzień poświęcony na pracę w ogrodzie i obserwację natury jest dużo bardziej wartościowy. Każdy potrzebuje miejsca do wyciszenia. Mój ojciec na przykład zamykał się w klasztorze w Tyńcu, ja mam swoją naturę tuż za płotem.

fot. Universal Music Polska

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Robert Skowroński
Robert Skowroński
Krytyk filmowy i muzyczny związany niegdyś lub wciąż związany z... długo by wymieniać. Ponadto amator kawy i urban exploringu, który już chyba na zawsze pozostanie niespełnionym perkusistą. Prowadzi profil Trochę kultury.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Wywiad

Paulina Przybysz – szczery monolog „dzielnej kobiety”

– Wyszłam wkurzona na ulicę dopiero w ostatnim czasie, tak jest też z wieloma innymi kobietami – przekonuje Paulina Przybysz, której płyta “Chodź Tu” trafiła na rynek w październiku 2017 roku.
Robert Skowroński
Robert Skowroński
14 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ