Miłość do wulkanów – na własne ryzyko

7 minut czytania
2493
0
Izabela Tomella
Izabela Tomella
21 czerwca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Z jednej strony zobaczenie wulkanów z bliska uświadamia kruchość naszego gatunku wobec sił przyrody. Z drugiej – relatywnie łatwy dostęp do wielu z nich, traktowanie jako kolejnej turystycznej atrakcji do odhaczenia z listy – usypia czujność i daje złudne poczucie kontroli.

Na początku czerwca nieoczekiwany wybuch Fuego spowodował śmierć  ponad stu osób, ponad dwa razy tyle uznano za zaginione, a tysiące straciło domy i dobytek. Jeśli wrócimy do Gwatemali, trudno nam będzie patrzeć na ten wulkan, nie mając w pamięci medialnych doniesień o ich tragedii.

Ale mimo tego, uczciwa odpowiedź na pytanie, czy chcielibyśmy jeszcze kiedykolwiek zobaczyć z bliska ziejącą ogniem otchłań, spojrzeć na świat z góry, mając za plecami buchający siarką krater, brzmi – no jasne!

Praca z widokiem na Fuego (fot. archiwum autorki)

Więc, żeby nie było, że nie ostrzegaliśmy: wulkany uzależniają! Zakochujecie się w nich na własne ryzyko.

Cztery wulkany Ameryki Centralnej

Wulkaniczne stożki to jeden z najbardziej charakterystycznych elementów krajobrazu Ameryki Centralnej. Jest w nich coś magicznego – nawet te nieaktywne, albo od dawna uśpione przyciągają wzrok z magnetyczną siłą. Świadomość, że gdzieś we wnętrzu wielkiej góry, którą widzimy na horyzoncie, drzemie siła zdolna unicestwić nas w jednej chwili, działa na wyobraźnię. Z jednej strony rozumie się od razu, że wobec tej potęgi  jesteśmy mali, jak ludziki z klocków lego, bez względu na to, iloma supermądrymi elektronicznymi gadżetami wypchamy sobie kieszenie. Z drugiej – aż coś świerzbi w podeszwach butów, żeby podejść jak najbliżej i wdychając siarkowe opary, zajrzeć w paszczę potwora.

Poranek z widokiem na wulkan (fot. archiwum autorki)

Każdy, kto choć raz widział, choćby w telewizji, co potrafi aktywny wulkan w akcji, ma prawo mieć uzasadnione wątpliwości, czy rzeczywiście szkolna definicji przyrody nieożywionej jest jednak najbardziej odpowiednia w tej sytuacji. Co więcej, trudno się oprzeć wrażeniu, że wulkany, jak ludzie, mają swoją unikalną osobowość. Oj, te, które widzieliśmy na pewno miały!

Więc jeśli na myśl o wulkanach czujecie, tak jak my, tyle samo strachu, co ekscytacji, zabierzcie się z nami na krótki trip, trasą wulkanów, których na pewno nie można pominąć, podróżując przez Amerykę Środkową.

Cerro Negro, Nikaragua

Przyszłoby Wam do głowy, żeby zjeżdżać na desce z aktywnego wulkanu? Nam też nie, dopóki nie postanowiliśmy odwiedzić Nikaragui. Jak się okazało, to jedna z największych turystycznych atrakcji w tym kraju. Wymyślił ją Australijczyk (ci to potrafią się bawić!), Darryn Webb, który w 2006 r. po raz pierwszy zjechał na sklejkowej desce po czarnym wulkanicznym zboczu. Od tej pory do podnóża góry codziennie zjeżdżają się ciężarówki wypchane chętnymi, żeby powtórzyć jego wyczyn.

Cerro Negro (fot. archiwum autorki)

Zanim  poczuje się frajdę z prucia na łeb na szyję z wysokości ponad siedmiuset metrów, trzeba najpierw pokonać około 40-minutową, stromą trasę pod górę – w upale i z deską pod pachą, oczywiście, potem przebrać się w kombinezon ochronny i gogle – i już można zjeżdżać w dół w kłębach wulkanicznego pyłu. Jakby sam fakt zjeżdżania na desce z bardzo aktywnego wulkanu (23 erupcje od 1800 roku, ostatnia w 1999!) dostarczał za mało adrenaliny, można jeszcze bić rekordy prędkości – niektórzy zjeżdżają z szybkością  nawet ponad 90 kilometrów na godzinę. Hostele i agencje turystyczne, które organizują wycieczki na volcano boarding codziennie wypisują najnowsze wyniki i rekordy na kredowych tablicach – i jak tu się nie ścigać?

Na takich deskach się zjeżdża! (fot. archiwum autorki)

Cała impreza z transportem, ubezpieczeniem, wypożyczeniem sprzętu i obowiązkowym wspólnym piwem na przepłukanie gardeł kosztuje ok. 26 – 30 dolarów.

Masaya, Nikaragua – Usta Piekieł

Bez dwóch zdań, to jedna z najtrafniejszych ksywek, jakie kiedykolwiek wymyślono. Masaya  jest aktywna jak wszyscy diabli, do ostatniej erupcji doszło w 2008 roku, a w kraterze cały czas bulgoce płynna lawa. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy coś takiego! Gotująca się czerwień i gryzący w oczy dym powodowała, że czuliśmy się jak Frodo u bram Mordoru albo Gandalf tuż przed upadkiem w czeluście Morii. Jednym słowem – wspaniale!

Piekło! (fot. archiwum autorki)

W dodatku te emocje są dostępne nawet dla tych, którzy wysiłkiem fizycznym się brzydzą, bo do punktu widokowego z którego wszystko elegancko widać wiedzie szeroka  asfaltowa droga. Turystyczne busiki dowożą pasażerów pod same barierki w przystępnej cenie około 15 – 20 dolarów. Najwygodniej startować z oddalonej o 30 kilometrów ślicznej kolonialnej Granady.

Pacaya, Gwatemala – wulkan dla łasuchów

Nie dość, że dzieli nazwę z palmą pacaya, której kwiaty są popularnym gwatemalskim przysmakiem, to  jeszcze można piec pianki w gorących oparach buchających z jego wnętrza. Poważnie! Obowiązkowym punktem każdej wycieczki na Pacayę jest pożeranie opieczonych marshmallows wprost z patyka. Ze szczelin na zboczu wulkanu wydobywa się powietrze tak gorące, że pewnie można tam nawet usmażyć jajko, gdyby ktoś bardzo zgłodniał po ponad godzinnej wspinaczce. Droga nie jest zbyt wymagająca, ale zgodnie z lokalnymi przepisami trzeba się skorzystać z usług przewodnika.

Pianki pieczone nad wulkanem (fot. archiwum autorki)

Ze względów bezpieczeństwa nie jest możliwe podejście pod sam szczyt, ale za to jeśli będziecie mieli szczęście i traficie na ładną pogodę zobaczycie panoramę Gwatemala City, Lagunę de Calderas czyli jezioro w kraterze oraz wulkany Aqua, Acatenango i Fuego. Najtańszą opcją żeby dostać się na Pacayę jest wykupienie wycieczki w którejkolwiek z licznych agencji w Antigua, dawnej stolicy Gwatemali – całość powinna kosztować około 10 – 20 dolarów.

Fuego, Gwatemala – absolutny król tej listy

Jak wielu władców  – piękny, nieprzewidywalny i groźny. W Antigua jego płonący nocą szczyt jest dobrze widoczny z wielu punktów miasta – spędziliśmy kilka długich, rześkich wieczorów, wpatrując się w niego jak zahipnotyzowani z tarasu naszego hostelu. Połowa naszej ekipy zdecydowała się nawet na dwudniowy trekking na wulkan Acatenango, oddalony od Fuego o jakieś dwa, trzy kilometry.

Król (fot. archiwum autorki)

Trekking jest dosyć wymagający kondycyjnie – najpierw kilkugodzinna wspinaczka – a na górę trzeba zabrać ze sobą także wodę, prowiant i sprzęt, a potem krótka, zimna i  wietrzna noc pod szczytem. Krótka, bo kto by spał, kiedy tuż przed naszymi oczami rozgrywa się przerażający i fascynujący pokaz mocy – Fuego pluje ogniem, wyrzuca z siebie kamienie i pył, wszystko dookoła grzmi i huczy, jakbyśmy się znaleźli w samym środku burzy. Nawet gdyby komuś w tych warunkach udało się złapać trochę snu, szybko następuje pobudka.

Widok z namiotu (fot. archiwum autorki)

Jeśli chce się zobaczyć wschód słońca ze szczytu (a kto by nie chciał!) trzeba się zerwać około trzeciej i rozpocząć strome podejście na wierzchołek – w ciemności, po skałach śliskich od wulkanicznego pyłu. Czy było warto? Pierwsza, zdana na gorąco relacja brzmiała tak: „Po pierwszych 20 minutach wspinaczki myślałem, że zdechnę. Na ostatnich 100 metrach, byłem pewny, że zdechłem i jestem w piekle. Cholernie zimnym piekle, jak się okazało w nocy. To był najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek widziałem i jedna z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłem w życiu”.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Izabela Tomella
Izabela Tomella
Kiedyś chciała być bibliotekarką, bo wyobrażała sobie, że dzięki temu cały dzień będzie mogła czytać książki. Ostatecznie książki czyta na własnej kanapie, na lotniskach, dworcach i w autobusach, albo –
najprzyjemniej w hamaku, na jakiejś odludnej plaży. Do bibliotek i księgarń ma jednak ciągle słabość.
Jedzenie jest jej pasją i wpada w entuzjazm, kiedy trafi w miejsce, które karmi dobrze i z zaangażowaniem, w przeciwnym wypadku jest jej bardzo smutno. Skończyła filologię polską, współpracowała z radiem i telewizją. Razem z mężem prowadzi podróżniczego bloga „Państwo na Walizkach”. Obydwoje właśnie porzucili wygodne życie, aby wyruszyć w świat, z biletem w jedną stronę.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Podróże są tylko dla odważnych? Nic podobnego!

„Zazdrościmy wam odwagi” – to jedna z najczęstszych rzeczy, jakie słyszymy od ludzi śledzących naszą podróż. Odpowiedź, że nie czujemy się specjalnie odważni jest zazwyczaj odbierana jako kokieteria. Decyzji o wyruszeniu w wielomiesięczną podróż z biletem w jedną stronę, nie podejmuje się w ciągu pół godziny. Najczęściej jest ona wynikiem narastającej potrzeby – spełnienia marzeń, przeżycia przygody, zaspokojenia ciekawości albo przekonania, że jeśli się tego nie zrobi, może nas ominąć w życiu coś ważnego.
Izabela Tomella
Izabela Tomella
12 marca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ