Na nich piłkarska kadra nie czekała… Piłkarze, o których już zapomnieliście

8 minut czytania
2495
0
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
26 czerwca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Dla wielu piłkarzy w naszym kraju talent nie oznaczał wielkiej kariery – ani na boisku, ani w życiu, a tym bardziej w mediach. Życiorysy niektórych z nich to gotowe scenariusze filmowe.

Jeden był pilnowany w nocy – żeby nie wychodził na balangi. Inny odmawiał gry w lepszym klubie, bo ten miał wojskowy rodowód. Kolejny nie mógł zrezygnować z kart i ruletki. Niektórzy nie dogadywali się z trenerami lub przegrali z kontuzjami. Dziś nasze gwiazdy są świetnie prosperującymi przedsiębiorstwami, grają w reklamach kosmetyków, telefonów i ciuchów i mają piękne żony, które są specjalistkami od zdrowego żywienia albo makijażu. Krótko mówiąc: są piękni, młodzi i bogaci, a do tego jeszcze świetnie grają w piłkę. Choć mecze na mundialu w Rosji tego ostatniego akurat nie potwierdziły…

Jednak polska reprezentacja w piłce nożnej to zbiór wybrańców, których kariery szły zazwyczaj w przynajmniej przyzwoitym kierunku. Dziś piłkarze kadry są profesjonalistami otoczonymi przez doradców i menadżerów od wszystkiego. No prawie wszyscy. Ale nie zawsze tak było i ten piękny high life jest dostępny dla nielicznych. W historii polskiej piłki wiele jest przypadków piłkarzy, którzy już dotykali wielkiej piłki, byli wybitnymi zawodnikami (albo się na takich zapowiadali), kariera stała przed nimi otworem, a jednak nie udźwignęli ciśnienia. Hazard, alkohol, kontuzje powodowały, że królowie życia kończyli dramatycznie. Coś poszło nie tak.

Król na białym koniu

Wśród bramkarzy znaleźć można wielu, którzy zamiast odżywczych koktajli wybierali coś, co ma wysokie procenty. Józef Młynarczyk, Aleksander Kłak, Arkadiusz Onyszko – to tylko kilku z bramkarzy, mniej lub bardziej wybitnych, którzy mieli problemy z alkoholem. Niektórzy nie tylko z nim. Ale wśród golkiperów „wyróżniłbym” Władysława Grotyńskiego, ksywa „Śruba”. Na pewno znają go fani Legii Warszawa, bo to jeden z najlepszych bramkarzy w historii tego klubu.

Grotyński był wyjątkowo uzdolniony sportowo. Zanim trafił do poważnego klubu grał już w hokeja i piłkę nożną, został też mistrzem Polski w rzucie dyskiem. Dzięki takiemu przygotowaniu był nie tylko niezwykle twardy, ale też potrafił dalej posłać piłkę ręką niż niektórzy bramkarze nogą.

Dla wielu piłkarzy w naszym kraju talent nie oznaczał wielkiej kariery

Kiedy zdecydował, że poważnie zajmie się piłką trafił do Legii Warszawa i stojąc w jej bramce potrafił być niepokonany przez rekordowe 759 minut. Grotyńskiego w reprezentacji chętnie widział legendarny trener Kazimierz Górski, jednak piłkarz wpadał w tarapaty, które skutecznie go od kariery reprezentacyjnej odciągały. Przemycał dolary, szmuglował złoto. Zarobione pieniądze pozwalały mu żyć po królewsku. Jego życie to dopiero materiał na film! Często bawił się w słynnej warszawskiej Adrii, do której podjeżdżał swoim białym fordem mustangiem. Takie auto było wtedy, czyli w latach sześćdziesiątych, sensacją mniej więcej takiego kalibru, jak dziś lądujący pod knajpą prywatny helikopter. Zabawowy tryb życia i przestępcze ciągoty skończyły się dla niego w areszcie na Rakowieckiej. Został jednak zwolniony wcześniej i trafił do Zagłębia Sosnowiec. Tam bardzo szybko poznano się na jego charakterze i zabawowym stylu życia, w tych czasach rozkochał w sobie także tabuny kobiet. Marzył o wyjeździe do USA, ale kolejne ekscesy ostatecznie pogrzebały jego piłkarską karierę. Został cinkciarzem i co raz częściej sięgał do kieliszka. Zmarł na zawał serca w 2002 roku. Podobno zabrano go do szpitala z jednego z warszawskich pubów. Miał zaledwie 57 lat.

„Żeby trener nie wyczuł gorzały”

Alkohol to w ogóle zmora polskiej piłki. Kazimierz Buda, obrońca i pomocnik, którego najlepsze piłkarskie lata przypadły na lata osiemdziesiąte, mówił: – Do każdego piłkarza z moich czasów pasowałby opis, że nie kochają futbolu, tak jak innych męskich przyjemności. Sam zresztą przyznaje, że kluby (nie piłkarskie) były w jego karierze na porządku dziennym, a właściwie nocnym. Chodziło tylko o to, by bawić się tak, żeby przed treningiem witający zawodnika trener nie wyczuł gorzały.

Buda, który w reprezentacji kraju rozegrał 10 spotkań i strzelił dwa gole był jej najmłodszym kapitanem. Został nim podczas tournée w Japonii w 1981 roku. Miał wtedy 21 lat. W Warszawie mawiano o nim, że może być następcą Kazimierza Deyny. Mimo, że sam Buda w wywiadach mówił, że bardziej karierę zawaliło mu nieudane życie rodzinne niż imprezowanie, to pociąg do alkoholu miał naprawdę duży. „Magazyn Futbol” umieścił go na 20 miejscu w rankingu największych zmarnowanych talentów w historii polskiej piłki. Skończył jako pracownik hurtowni odzieżowej, a ostatnio bezrobotny.

Buda w kadrze młodzieżowej najbardziej lubił grać z innym „zmarnowanym” geniuszem, Mirosławem Okońskim. Mówiło się, że Buda podawał, a Okoń kończył. Jak mówił o tym drugim Kazimierz Górski: jego lewa noga znaczyła więcej niż u niektórych obie. Miał bajeczną technikę. W Niemczech nazywano go najlepszym lewonożnym piłkarzem Bundesligi. Zanim jednak tam trafił, czarował w Lechu Poznań. Chciało go kupić Paris Saint Germain. Na rozmowy w tej sprawie do Poznania fatygował się sam Jean Paul Belmondo, ambasador i sponsor paryskiego klubu. Okoń trafił jednak do Hamburger SV i był podporą drużyny legendarnego trenera Ernsta Happela. Zdobył wtedy bajeczną bramkę kiwając pięciu obrońców Fortuny Dusseldorf w polu karnym. Potem robił karierę na boiskach Grecji. Niestety, robił też karierę w tamtejszych kasynach. Szczególnie lubił ruletkę, stawiał na „10”, taki numer jaki miał na plecach. W wywiadach przyznaje, że w jeden dzień potrafił przepuścić w kasynie sto tysięcy. Robił to na tyle skutecznie, że kiedy na początku lat 90. wrócił do Polski, nie miał prawie nic.

Czołg i esperal

W kasynie pół życia i całe oszczędności zostawił również Andrzej Iwan, który w 2012 roku napisał autobiografię o wiele mówiącym tytule „Spalony”. Pochodzący z Krakowa napastnik zdobywał mistrzostwo Polski, grał na mundialu z reprezentacją. W książce nie brakuje jednak również opisów jego uzależnienia od hazardu, alkoholu i prób samobójczych. Za granicą kariery nie zrobił, bo trudno za taką uznać jego występy w Arisie Saloniki czy w klubach szwajcarskich. Po karierze zawodniczej został trenerem, a kilka lat temu komentatorem sportowym.

Jednak nie trzeba było wyjeżdżać na zachód, by porządnie „pójść w tango”. Przykładem jest złamana kariera Mirosława Pękały, którego na pewno kojarzą fani Lechii Gdańsk i Śląska Wrocław. Trener Bogusław Kaczmarek mówił o nim: – Dla mnie to był zawodnik, który miał wszystko, czego trzeba, by podbić Europę. Miał zaledwie 15 lat, gdy zadebiutował w Ekstraklasie i 17, kiedy zagrał swój pierwszy mecz w Pucharze UEFA. Był też kapitanem polskiej drużyny narodowej do 18 lat, która w 1980 roku zdobyła wicemistrzostwo Europy. Ale seniorskiej reprezentacji nie podbił, bo wolał imprezować w czołgu-pomniku T-34 we Wrocławiu, kiedy grał w Śląsku albo trójmiejskich klubach, gdy grał w Lechii. Nie przeszkadzał mu w tym wszyty esperal.

Nocne czuwania

W stolicy Dolnego Śląska Pękała trzymał się z innym zmarnowanym talentem, Dariuszem Marciniakiem. Niektórzy mówili o nim, że jest polskim Georgem Bestem. Pewnie trochę w tym przesady, ale to bez wątpienia jeden ze zmarnowanych wielkich talentów i to z tragiczną historią. Trener Orest Lenczyk cytowany na stronie Weszło mówił o nim, że wchodził „w skład piekielnie zdolnego pokolenia z lat 80., które ostatecznie osiągnęło niewiele, jak Dariusz Dziekanowski, Mirosław Okoński, Andrzej Rudy, Jan Urban, Ryszard Komornicki. Ale to właśnie Marciniak miał największy talent z nich wszystkich. Do tego posiadał niesamowitą wydolność, która tuszowała jego problemy z alkoholem. Miał wszystko, co dziś jest potrzebne do zrobienia kariery w Lidze Mistrzów. Jako napastnik – zmysł odnalezienia się w odpowiednim miejscu pola karnego, technikę, grę głową, drybling. Dlatego ze Śląska chciały go wyrwać Real Madryt i Bayern Monachium. Brał piłkę i robił z nią, co chciał. To samo robił z życiem”.

Skończyło się jednak tylko na wyjeździe do klubów w Belgii i Francji, ale w żadnym z nich nie został na dłużej. Po powrocie do Polski skończył w czwartej lidze. Zmarł na zawał serca w wieku zaledwie 37 lat.

Historia polskiej piłki nożnej to opowieści o wielu złamanych karierach

Wojsko na pomoc

Ciekawe, że pomysłem Widzewa Łódź na utemperowanie imprezowego charakteru było przeniesienie Marciniaka do wojskowego klubu, Śląska Wrocław. Podobno trener Henryk Apostel wyznaczał dyżury nocne przy pokoju piłkarza, żeby ten nie zapuszczał się w miasto. To nie był zresztą pierwszy raz, gdy włodarze Widzewa wybrali taki sposób na utemperowanie zachowania swojego piłkarza. Podobno wcielenie do wojska, by „wyprostować go” w wojskowym klubie, sprawdziło się też w przypadku Włodzimierza Smolarka.

Kolejnym przykładem jest utalentowany pomocnik z lat osiemdziesiątych, Jerzy Wijas (17-krotny reprezentant Polski). Prezes Widzewa poprosił o wcielenie tego zawodnika do wojska i doprowadzenie go do porządku w Legii. Wijas jednak powiedział, że nie ma zamiaru grać w tym klubie i został skierowany do służby w innej jednostce, dokładniej w 28 Saskim Pułku Czołgów Średnich. Tym sposobem wylądował w drużynie Czarni Czarne –  w lidze okręgowej. – Ojciec mojego kolegi, który miał okazję na żywo widzieć Wijasa w akcji, wspomina często tamte czasy. – Na Czarnych chodziło do tamtej pory jakieś 17 osób. Ale na meczu Czarnych z Wijasem w składzie – kontra Gwardia Koszalin w Pucharze Polski – było jakieś 2000 osób, nie licząc tych na drzewach poza stadionem.

To była klubowa sensacja. Po kilku miesiącach Wijas został jednak zabrany do ekstraklasy i tam kontynuował karierę. Pobyt w wojsku nie zmienił jednak jego podejścia do alkoholu. Ten przystopował karierę Wijasa, dla którego szczytem osiągnięć były występy w Izraelu i w Niemczech.

Marek Citko (kontuzje), Radosław Matusiak, Andrzej Rudy (ucieczka za granicę), Dawid Janczyk (alkohol), Igor Sypniewski (do morza alkoholu dorzucił więzienie) to kolejny zestaw piłkarzy, których kariery – z różnych powodów – mogły i powinny potoczyć się inaczej.

Wspomnieć trzeba też na pewno Stanisława Terleckiego. Szczególnie dramatycznie wygląda jego kariera mundialowa, a w zasadzie jej brak. Doskonałego technicznie pomocnika i napastnika zabrakło na trzech kolejnych mundialach w latach 1978-86, mimo że na nie zasłużył i nawet był w kadrze – na dwóch pierwszych. Z mundialu w Argentynie w 1978 roku wykluczyła go kontuzja, z drugiego – słynna afera na Okęciu. W 1980 roku Terlecki wstawił się, obok Zbigniewa Bońka i Władysława Żmudy za Józefem Młynarczykiem, który pojawił się na lotnisku przed wyjazdem kadry na mecz eliminacji Mistrzostw Świata na – delikatnie mówiąc – lekkim rauszu. Trzech z zawieszonych czterech piłkarzy przeprosiło i pojechali na mundial odbywający się w 1982 roku. Terleckiego wśród nich nie było, już nigdy nie zagrał w kadrze. To kuriozalny przypadek zawodnika, który zmarnował karierę nie z powodu własnej słabości do alkoholu, ale z powodu słabości kolegi i upartej jego obrony.

W ostatnich latach podobnych – choć o mniejszym kalibrze – afer wśród kadrowiczów nie brakuje. Wystarczy wspomnieć alkoholowe „akcje” Artura Boruca czy Sławomira Peszki. To jednak mały, nomen omen, promil przy tym, co działo się przed laty.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Jerzy Górski: „Najpierw byłem szmatą, potem zostałem mistrzem”

Jerzy Górski jest żywym przykładem na to, że nie ma takiego dna, od którego nie można się odbić. Ponad 14 lat żył na haju, a lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. On jednak zaczął uprawiać sport i został mistrzem świata w podwójnym triatlonie.
Edyta Ochmańska
Edyta Ochmańska
11 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ