Nazwisko po mężu: relikt patriarchatu czy nieszkodliwa tradycja?

4 minuty czytania
535
6
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
19 czerwca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Prawo polskie w kwestii zamiany nazwisk po ślubie jest liberalne: można przejąć nazwisko męża, żony, zostać przy swoim, albo połączyć dwa. Praktyka jednak pokazuje, że częściej to kobiety biorą nazwiska mężczyzn. Czy tym samym tracą swoją tożsamość i czy w ogóle to, jak się nazywamy, ma znaczenie?

Co kraj, to obyczaj. W Japonii na przykład małżeństwa muszą mieć jedno i to samo nazwisko, podwójne odpadają, w praktyce więc 96 procent zamężnych Japonek nazywa się tak jak ich mężowie. W wielu europejskich krajach każdy zostaje przy swoim, a dzieci dostają dwa. Najdziwniej jest na Islandii, gdzie wprawdzie kobiety po ślubie nazywają się tak jak przed nim, ale już dzieci przyjmują nazwisko, które pochodzi od imienia ojca.

W Polsce możliwości jest wiele, bo mogę dać mężowi moje nazwisko, on mi, możemy też połączyć i mieć podwójne. Ostatni wariant wybrała moja redakcyjna koleżanka Luca Olga Machuta-Rakowska. Jak mówi: „U nas oboje mamy podwójne, jego pierwsze (rzucaliśmy monetą). Ja nie chciałam zmieniać nazwiska na jego, a jednocześnie chcieliśmy nazywać się oboje tak samo”. Co ciekawe, Luca została wprowadzona w błąd przez urzędnika, gdyż ona i jej mąż chcieli mieć dwuczłonowe nazwiska, w których ich panieńskie i kawalerskie byłyby pierwszymi, ale urzędnik im odmówił. Zrobił to jednak niesłusznie, wszak nazwiska można łączyć dowolnie, wymóg jest tylko co do liczby członów – mogą być maksymalnie dwa.

Nazwisko po żonie

Uff, tyle teorii, czas na krzepiące przykłady mężczyzn, którzy wzięli nazwiska swoich żon. I tak jeden z bogatszych Polaków Zygmunt Solorz-Żak  dwa nazwiska ma po żonach. Jego prawdziwe brzmi Krok. Nazwisko od żony (byłej już) przejął też Wojciech Modest Amaro, który na świat przyszedł jako Wojtuś Basiura. Co ciekawe, jego aktualna żona zdecydowała się wziąć jego nazwisko, więc tak w sumie to ma ona nazwisko byłej żony swojego aktualnego męża. Jak to nie jest „Moda na sukces” w polskiej wersji, to ja nie wiem.

To tylko wyjątki. Jak potwierdza moja ankieta na kilku grupach Facebookowych oraz sytuacja znajomych, to częściej kobiety biorą nazwiska facetów. Co bardziej radykalni uważają, że taka zmiana to oddanie się na własność mężowi, wyrzucenie na śmietnik swojej tożsamości albo też próba zaszpanowania, że hej właśnie dorwałam samca i nie będę starą panną! Według mnie to jednak mała przesada.

Jasnym jest, że przejęcie nazwiska po mężu to relikt patriarchatu. Kiedyś kobieta po ślubie szła mieszkać do domu rodzinnego swojego lubego, więc przyjmowała też nazwisko, które nosiła rodzina męża. Kiedyś zresztą o samym ślubie trochę inaczej się myślało – jako o jedynym sensownym pomyśle na kobietę. Zresztą zobaczcie, że już nie używa się starego zwrotu: wydać córkę za mąż. Raczej mówi się o tym, że córka wychodzi za mąż. Nie oddaje się też jej pod opiekę mężowi. Relacje są bardziej partnerskie, jednak rzeczywiście rzadko kiedy to facet przejmuje nazwisko kobiety, wychodzi więc na to, że ten patriarchalny zwyczaj ma się nieźle. Tylko, że można też spojrzeć na niego trochę inaczej – jak na miłą i nieszkodliwą tradycję.

Przywiązanie do nazwiska

Przyznam, że sama po ślubie zmieniałam nazwisko, ale powód był tego taki, że po prostu jestem bardzo, ale to bardzo związana ze swoim imieniem, które kocham miłością bezkrytyczną, za to z nazwiskiem nigdy nie miałam żadnej relacji. Nie jest tak, że żyję historią moich przodków, właściwie to tak jak nie czuję się kojarzona ze swoim numerem telefonu, bo to tylko numer, tak nie utożsamiałam się nigdy z nazwiskiem. Na pewno dziwne jest, że mam nazwisko jak wujkowie mojego męża i ich żony, za to mam inne niż moja własna siostra. Ale też ani trochę mnie ten fakt nie oddalił od niej.

A to, że mam wspólne nazwisko z mężem uważam po prostu za coś fajnego. Pewnie nas to żadną magiczną więzią nie połączyło, ale wynikająca z tego korzyść w postaci takiej, że mogę poprosić męża, by poszedł z moim awizo na pocztę, a on to robi – scala nas wyjątkowo i powoduje, że kocham go jeszcze bardziej. To jest szczególnie przydatne, gdy mieszkasz w dzielnicy, w której twój listonosz boi się klatek schodowych i zawsze zostawia awizo. ZAWSZE.

Wracając do tematu, warto kwestię nazwiska po ślubie omówić z przyszłym mężem. Jeśli zareaguje oburzeniem, że oto nam przez myśl przeszła fuzja dwóch nazwisk albo zostawienie swojego, a na propozycję, że miałby wziąć nasze wpada w szał, to nie wróży to najlepiej. Niemniej pewnie taki mężczyzna już wcześniej dał nam jakieś znaki, że coś z nim jest nie tak, a my je ignorowałyśmy. Może warto więc potraktować to jako ostateczny sygnał ostrzegawczy i odpuścić go sobie?

Nazwisko po byłym mężu?

Nie namawiam do zastania przy swoim nazwisku ani też do brania nazwiska męża, bo każdy jest inny i niektórzy czują, że ich nazwisko to ich dorobek, ich historia i że jak ono zniknie, to muszą zaczynać od nowa. Tak naprawdę chodzi o to, żeby każdy wiedział, że może wybrać i ten wybór miał. Prawnie ma, ale chodzi o to, żeby miał go w praktyce, a nie podążał za tradycją, bo tak sobie życzy mąż czy jego rodzina.

Na pewno mi najbardziej dała do myślenia rzecz, podrzucona mi przez dziewczyny po rozwodach, które nazwisko zmieniły, a potem powróciły do swoich. Podwójne nazwisko to lepsza opcja. W razie kolejnych ślubów niemal każda z nich przyznała, że taki wariant wybierze. Albo zostanie przy swoim, bo noszenie nazwiska męża, gdy on już nie jest mężem, a do tego przestał nim być w niezbyt miłych okolicznościach, nie należy do przyjemnych

Wiem, że to szalenie nieromantyczne by brać ślub z myślą o rozwodzie, ale może jednak warto?

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
Rocznik '86, absolwentka polonistyki, zawodowo klepie teksty, prywatnie i od czasu do czasu – męża. Social media sierota, która prowadzi bloga www.znetawziete.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

6 odpowiedzi na “Nazwisko po mężu: relikt patriarchatu czy nieszkodliwa tradycja?”

  1. a już np. w Hiszpanii nazwisko bierze się i po matce i po ojcu! Nazwisko Picassa brzmiało: Pablo Diego José Francisco de Paula Juan Nepomuceno María de los Remedios Cipriano de la Santísima Trinidad Ruiz y Picasso…a katalońskie Daliego: Salvador Domènec Felip Jacint Dalí i Domènech, marquès de Dalí de Púbol 😉

  2. Fajnym przykładem byłaby też Małgorzata Rozenek-Majdan, trochę mnie ten przypadek bawi 😉 Sumie nie powinnam się wypowiadać, bo nie mam praktycznego doświadczenia w temacie, ale biorąc pod uwagę fakt, że około dwie osoby na świecie nazywają się tak, jak ja, to mogłabym zostać przy swoim nazwisku 😉
    A z rodzinnych faktów mogę dodać, że kuzynka mamy się zbuntowała i nie podobało jej się nazwisko męża, więc to on przejął jej nazwisko, córki też. Tak nietypowo 🙂

  3. ‚Najdziwniej jest na Islandii, gdzie wprawdzie kobiety po ślubie nazywają
    się tak jak przed nim, ale już dzieci przyjmują nazwisko, które
    pochodzi od imienia ojca.’

    Trochę dziwniej jest w Etiopii, gdzie tak samo jak w Islandii nazwisko jest patronimem, jednak w przeciwieństwie do islandzkiej konwencji pozbawione jest przyrostka to rozjaśniającego (‚-sson’ dla chłopców, ‚-dottir’ dla dziewczynek). Nazwisko etiopskie to po prostu imię ojca, czasem dziadka. W krajach arabskich bywa podobnie, ale czasem posiłkuje się przedrostkiem ‚bin’ (syn), podobnie jak w celtyckich nazwiskach Mac/Ó (syn/potomek) czy ‚Ní’ (córka). Wschodniosłowiańskie obyczaje posiłkują się zarówno patronimem, jak i nazwiskiem rodowym: Rodion Romanycz Raskolnikow. Zatem kobieta po ślubie zmieni nazwisko rodowe, za to patronimu już nie. Nigdy. Patriarchat pany!

  4. Podwójne nazwisko brzmi dobrze, ale co gdy dorosłe dzieci z podwójnym nazwiskiem chcą wziąć ślub?
    Poczwórne nazwisko w Polsce jest niedozwolone, więc trzeba wybrać czy kocha się bardziej mamusię czy tatusia i jeden człon odrzucić.
    Może najlepiej by było gdyby ludzie podczas ślubu wymyślali własne nazwisko?
    Np. moja żona chciała, by mieć na nazwisko Żurekwegański

Dodaj komentarz

Zobacz też

Sezon na “ile dać do koperty?” rozpoczęty!

Maj to miesiąc komunii świętych, a także czas kiedy wesele zaczyna gonić wesele. Każdy z gości staje przed dylematem: ile dać kasy, żeby nie wyjść na skąpego buca, a jednocześnie mieć na rachunki. Komunię przyjmowałam, ślub wzięłam, czuję się więc totalnym specjalistą do spraw kopert, który dziś rozwieje wasze wątpliwości!
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
19 maja 2018
CZYTAJ WIĘCEJ