Nie całuj dłoni i noś kapelusz – przedwojenny savoir-vivre

6 minut czytania
690
1
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
2 czerwca 2018

Odsłuchaj

Dwudziestolecie międzywojenne uważamy za epokę nienagannych manier, dam i dżentelmenów. Poniekąd słusznie, chociaż kiedy ta epoka trwała, w oczach współczesnych miało ją za czas znacznego rozluźnienia obyczajów w porównaniu z niezbyt wtedy odległym XIX wiekiem.

Pierwsza wojna światowa, przewalając się przez polskie ziemie spustoszyła je niemal tak jak jej niesławna następczyni dwadzieścia lat później. Do tego doszły jeszcze wojny o granice, sowiecki najazd, nieustający kryzys ekonomiczny. Nikomu nie chciało się już tak bawić w konwenanse i bardzo skomplikowane normy towarzyskie typowe dla poprzedniego stulecia. Tym bardziej, że odrodzona Polska już na na samym swoim początku zlikwidowała fundamenty sztywnego savoir-vivre’u, likwidując wszelkie przywileje szlachty i dając pełne prawa kobietom.

Nie całuj dłoni!

Z dzisiejszego punktu widzenia większość i tak większość przedwojennych obyczajów wydaje nam się szczytem elegancji. A tymczasem niektóre z rzeczy będących wówczas w dobrym tonie wcale by dziś za takie nie uchodziły. Tak na początek: z zasady nie całowano kobiet w rękę na powitanie, uważając to za staroświecką ostentację. Od biedy można było cmoknąć starszą panią, aby przywołać u niej miłe wspomnienia z młodości, jednak kobiety młodej absolutnie nie wypadało całować w rękę.

 

Uroczyste przyjęcie uczniów do szkoły Aeroklubu Warszawskiego (fot. NAC)

Witano się po prostu ukłonem i podaniem dłoni, przy czym mężczyzna kłaniał się pierwszy, a kobieta pierwsza wyciągała rękę. I znowu ciekawostka – niezależnie od płci witających się, w dobrym tonie był słaby, miękki uścisk dłoni. Zwyczaj zdejmowania rękawiczek do podania ręki ugruntował się dopiero pod koniec dwudziestolecia i spoglądano nań niechętnie, uważając za rosyjski. W trakcie powitania na ulicy zalecano drobne ruchy ciała, za to podczas powitania w domu, należało wszystko czynić zamaszyście, koniecznie wstać z krzesła, podejść do gościa…

Dymek z papieroska i niewidzialni kelnerzy

Przed wojną palili wszyscy dorośli i palono właściwie wszędzie, w tym  na ulicy, w domu, w urzędach, nawet przy stole w trakcie posiłku. Nie było niczym nagannym palenie podczas spaceru z kobietą. Za to absolutnie i pod żadnym pozorem na ulicy nie można było jeść!

Goście siedzący przy kawiarnianych stolikach, Poznań 1934 (fot. NAC)

Jeść wolno było za to w lokalu,  jednak tam pojawiał się obyczaj szokujący w zderzeniu z dzisiejszymi manierami. Kelnerzy starali się pozostawać niezauważalni, a dziękowanie im za ich pracę, na przykład przyniesienie danie lub podanie naczynia było w wysoce złym goście. Przy okazji: potrawy kelner podawał od prawej strony gościa, napoje od lewej. Przed wojną zresztą podziękowanie i kulinaria ewidentnie się ze sobą gryzły, bo do dobrego tonu nie należało także wychwalanie potraw oraz kulinarnego kunsztu gospodyni na proszonym obiedzie.

Cukiernia jak kawiarnia

Posilić można było się także w cukierniach lub kawiarniach, Dzisiaj cukiernia to po prostu sklep z ciastkami, ale przed wojną była lokalem, w którym sprzedawano słodkości, podawano kawę, jednak zamykano go wcześniej i nie prowadził kuchni ani wyszynku. Czyli wypisz-wymaluj, dzisiejsza kawiarnia. W przedwojennej kawiarni, otwartej do późna, poza kawą, serwowano trunki, jedzenie i świeżą prasę. Była więc raczej takim dzisiejszym lepszym pubem. Zwyczajowo cukiernie nazywano od nazwiska właściciela (np. „Wedel”), a kawiarnie miały nazwy bardziej abstrakcyjne  (np. „Ziemiańska”).

Kawiarnia „Adria” przy ulicy Moniuszki 10 w Warszawie (fot. NAC)

Na ulicach wielkich miast

Jednak zanim trafiło się do lokalu, trzeba było przecież jakoś wyjść na ulicę. Dobrze wychowany człowiek starał się nie wychodzić bez nakrycia  głowy i rękawiczek, chociaż na zdjęciach z końca lat trzydziestych widać zanik tego obyczaju, który najdłużej przetrwał w kręgach wojskowych. Mężczyzna zdejmował nakrycie głowy i rękawiczki w pomieszczeniach (ale nie na korytarzu) lub siadając przy stole.

Podstawowe ubranie szanującego się mężczyzny stanowiła marynarka, w różnych odmianach, od zwykłej sportowej, pełniącej po prostu funkcję kurtki, po element garnituru, codziennego ubrania pracownika umysłowego. Do tego naturalnie odpowiednia koszula, krawat  i buty, w zależności od marynarki mniej lub bardziej eleganckie. Przy koszulach białych obuwie winno być czarne, przy kolorowych brązowe. Dzisiejszy zakaz łącznia prążków i kratki zdawał się nie obowiązywać. Garnitur, nawet najpiękniejszy, nie stanowił jednak ubrania wystarczająco eleganckiego, aby występować na nim na imprezach wieczorowych (czyli zaczynających się po godzinie 20.00) lub szczególnie uroczystych. Wtedy obowiązywały lakierki, sztuczkowe spodnie, frak, koszula,  kamizelka (najczęściej jasna) i muszka (też zwykle jasna). Do tego oczywiście cylinder i rękawiczki.

Na ulicy nie wypadało wystawać zbyt długo, także przed witrynami. Kiedy szło się z kobietą należało mieć mieć ją po prawej stronie, a w towarzystwie mieszanym, panie zazwyczaj szły pośrodku, między mężczyznami lub naprzemiennie. Co do chodzenia pod rękę z damą zdania były podzielone. Obyczajowi puryści odradzali, podobnie nie polecano tego wojskowym, bo utrudniało salutowanie. Z drugiej strony, nikogo nie raził widok idących w ten sposób przyjaciół tej samej płci.  Nie akceptowano jednak par damsko-męskich (i żadnych innych) czule trzymających się na ulicy za dłonie.

Niech żyje bal!

Już przed wojną znano taneczne zabawy do upadłego i do białego rana, jednak uważano za dosyć szokującą nowinkę dobrą dla młodzieży oraz zwariowanych artystów. Na rautach i balach bawiono się bardziej sztywno. Rautem nazywano uroczyste przyjęcie bez tańców.

Bal „cyganerii” akademickiej w oficerskim Yacht-Klubie w Warszawie (fot. NAC)

Na balach rzecz jasna tańczono, ale… nie wolno było zbyt często tańczyć z jedną partnerką, nie należało też tańczyć z panią z którą się przybyło, nie wolno też było dopuszczać się zbytniej poufałości z taneczną partnerką, nawet jeśli doskonale się ją znało i nie miała nic przeciwko takiej poufałości. Innymi słowy nie wolno było wszystkiego, co dzisiaj pozwala się dobrze bawić. Ale czegóż innego można się spodziewać się w czasach, w których gdzie dobrze wychowani narzeczeni aż do ślubu zwracali się do siebie pan/pani, a drugi ślub wypadało urządzać cichy i skromny.

Z wizytą

Odwiedziny znajomych i nie tylko, też przede wszystkim służyły podtrzymywaniu więzi międzyludzkich w czasach bez internetu i z niewielką liczbą telefonów, a nie rozrywce. Zatem pamiętać należało o różnorakich regułach. Znajomych odwiedzano w godzinach 17-18, unikano wizyt w święta i niedziele, tradycyjnie poświęcane rodzinie. Odwiedziny nie powinny trwać dłużej niż 15-20 minut, chyba że atmosfera okazywała się wyjątkowa miłą, wówczas wolno było przeciągnąć wszystko do pół godziny. Czas na złożenie zazwyczaj obowiązkowej rewizyty wynosił do dwóch tygodni. Jeśli po zjawieniu się z wizytą nie zastawano gospodarzy, na znak swojego przybycia pozostawiano bilet z nazwiskiem, czyli wizytówkę (stąd właśnie nazwa, od pierwotnej funkcji). W wizytówce zaginano róg, jako dowód, że została pozostawiona osobiście.

Savoir-vivre w mundurze

Specjalne zasady savoire vivru obowiązywały wyższych rangą wojskowych, szczególnie oficerów. Żołnierz nigdy nie ma łatwo, zatem i w codziennym życiu, w trosce o godność munduru (noszonego wtedy także poza służbą) nie mógł: nosić pakunków (szczególnie dużych), pchać wózka z dzieckiem, biec do tramwaju, w tramwaju (zwykle) zajmować miejsca siedzącego, w parku siedzieć zbyt długo na ławce, w pociągach jeździć wagonami poniżej drugiej klasy, w teatrach siadać gdzie indziej, niż w lożach, na parterze oraz na balkonie I piętra. Nie trzeba dodawać, że takie miejsca były drogie, wojskowi zaś nie zarabiali dużo, zatem dobre maniery nie sprzyjały ukulturalnieniu armii.

Prezydent Ignacy Mościcki (z cylindrem w dłoni) wraz z marszałkiem Edwardem Śmigłym-Rydzem (na chodniku, pierwszy za prezydentem) opuszczają Belweder (fot. NAC)

W polskim wojsku salutować wolno było tylko do nakrycia głowy, w innym wypadku honory oddawano przez przyjecie postawy zasadniczej i lekki, energiczny skłon głowy. Honory oddawano m.in wyższym stopniem, żołnierzom noszącym wysokie odznaczenia wojskowe, weteranom powstań narodowych, sztandarom, pogrzebom. Paniom salutowano tylko kurtuazyjnie. Przed kościołami zdejmowano czapkę.

Dawnych obyczajów żal…

Druga wojna światowa po raz kolejny przemeblowała świat, odbierając ochotę na przestrzeganie następnych norm towarzyskich, następne też pozbawiając sensu. Na to wszystko w Polsce nałożył się jeszcze komunizm, dla którego „pański” savoir-vivre był co najmniej podejrzany. Na całym świecie swoje dołożyła także obyczajowa rewolucja końca lat sześćdziesiątych. Nastała wreszcie pełna swoboda, a poza wąskimi kręgami władzy oraz dyplomacji uchodzi teraz w zasadzie wszystko. Może to objaw postępu, ale z drugiej strony, czy w trakcie dzisiejszego błądzenia po minowych polach stosunków międzyludzkich, nikt nigdy nie zatęsknił do prostych i jasnych wytycznych wskazujących, co robić, by odpowiednio się zachować…?

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

 

Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
Z zamiłowania i wykształcenia historyk, z zawodu człowiek pracujący
słowem, z chęci popularyzator historii. Lubi poznawać ją empirycznie
oraz od podszewki, dlatego często wyrusza na prywatne podróże w
czasie. Przy okazji nabył kilka umiejętności nietypowych dla
humanisty, jak strzelanie, walka bronią białą i jazda konna. Miłujący
pokój fascynat wojskowości, zakochany po uszy w międzywojennej Polsce. Jednak mimo wszystko stara się żyć tu i teraz. W wolnych
chwilach miłośnik dobrego kina, mocnego rocka i fantastyki.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

Dzień z życia przedwojennego warszawiaka wiosną 1938 roku

Polska dwudziestolecia międzywojennego uchodzi za raj utracony, wzbudzający żywe zainteresowanie nawet tych, których historia jako taka nie ciekawi. Nic dziwnego, bo to przeszłość bardzo bliska, często znana z opowieści naocznych świadków z naszych rodzin. Przenieśmy się więc w nią na chwilę i zobaczmy, jak mógł wyglądać dzień typowego mieszkańca Warszawy z końca lat trzydziestych, inteligenta z klasy średniej.
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
8 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ