Nie dajcie sobie wmówić, że długie weekendy są złe!

6 minut czytania
691
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
1 czerwca 2018

Odsłuchaj

W mediach rządzi zasada, że im gorzej, tym lepiej. Dobre wiadomości „klikają się” kilka razy gorzej niż złe. Jeśli do tego można postraszyć czytelników jakimiś strasznymi scenariuszami, to mamy receptę na udany materiał. Tym tłumaczę sobie popularność artykułów o tym, jak dewastujące są dla naszej gospodarki wszelkiej maści długie weekendy.

Na szczęście ekonomiści coraz częściej do suchych wyliczeń opartych na „winien” i „ma” dodają kilka dodatkowych warunków, bez których analiza nie ma sensu.

Na początek twarde liczby

Temat najbardziej aktualny jest na początku maja, gdy z grafiku wypadają co najmniej dwa dni robocze (a jeśli następuje takie spiętrzenie, jak w tym roku, że niewielkim nakładem lud pracujący może ugrać nawet 9 dni z dala od biurka, to już w ogóle robi się niebezpiecznie), ale gdzieniegdzie pojawia się też przed Bożym Ciałem, gdy bardzo wielu ludzi skorzysta z czterech dni wolnego (kosztem dwóch, które teoretycznie można by przepracować).

Wartość towarów i usług, którą każdego dnia wytwarzają Polacy, wynosi ok. 8 mld złotych i odpowiada 0,4 proc. Produktu Krajowego Brutto. Im więcej dni przepracowanych uczciwie w ośmiogodzinnym reżimie, tym bardziej dajemy krajowi szansę na to, by się rozwijał, a nam wszystkim żyło się lepiej.

Im dłużej pracujemy, tym szybciej dogonimy poziom życia Francuzów czy Holendrów? W pewnej mierze tak właśnie jest, ale bierzmy poprawkę na to, że gdyby istniała prosta korelacja między zasobnością społeczeństwa a liczbą godzin przesiedzianych przy taśmie produkcyjnej czy biurku, to przywrócono by sześciodniowy tydzień pracy. A niechętnych przekonano obrazkami bogatej, wygodnej przeszłości, na którą trzeba po prostu zapracować.

Tymczasem tak nie jest i to nie jest przypadek.

Dużo pracujemy, mało zarabiamy

PKB nie padnie od jednego dnia wolnego więcej

Ciekawe światło na wpływ kolejnego dnia wolnego od pracy na gospodarkę (konkretnie chodziło o rozważania na temat dopisania Wielkiego Piątku do listy dni ustawowo wolnych) rzucił wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Stanisław Szwed. W odpowiedzi na zapytanie posła opozycji, wiceszef resortu napisał, że „ewentualny spadek PKB przełoży się na proporcjonalny ubytek w dochodach budżetu z tytułu wpływów z VAT oraz CIT, a także podatków od wydobycia niektórych kopalin”.

Dotyka ono ważnej, choć też oczywistej kwestii: fakt, że w długie weekendy mniej niż zwykle obywateli odbija kartę przy bramce w korporacji nie oznacza, że wszystkie sektory gospodarki zamierają. Bo o ile spowolnienie może dotknąć wielkie zakłady przemysłowe i budowy, to zyskują usługi: restauracje, przewoźnicy, hotele. Przed laty Polacy spędzali majówkę i weekend towarzyszący Bożemu Ciału w domu przed telewizorem, ewentualnie grillując w ogrodzie lub, i to była najbardziej pożądana możliwość, na działce. Lecz dziś jest to czas wzmożonego przemieszczania się i odpoczywania z dala od domu, o czym wie każdy, kto zbyt późno się zreflektował i nie kupił w porę biletu kolejowego (albo słucha komunikatów drogowych w radiu).

Może więc pralki i samochody zjeżdżają z taśm produkcyjnych wolniej niż w normalne dni roku, ale przy okazji wyjazdów konsumujemy więcej niż zwykle, a przysłowiowe gofry i lody potrafią naprawdę mocno zasilić gospodarkę.

Dobry sezon na wydawanie

Do wydawania nadprogramowych pieniędzy zachęca też ładna pogoda. W maju naprawdę można wypoczywać bez obaw o stan gospodarki. To miesiąc bardzo wzmożonych wydatków konsumpcyjnych: po majówce rozpoczyna się sezon komunijny, powoli przygotowujemy się do wakacyjnych wyjazdów, biegniemy do sklepów przez 26 maja (Dzień Matki) i 1 czerwca (Dzień Dziecka). Czerwiec to tradycyjnie miesiąc ślubów (czy to za sprawą „r” w środku?), więc okazji do wydawania jest aż nadto.

Wydajność, codzienny wkład w PKB, rentowność gospodarki, konkurencyjność… To wszystko poważne kategorie, które mogą pomóc w ustaleniu, czy dodatkowe wolne dni negatywnie wpływają na gospodarkę, ale nie można przemilczeć jeszcze jednego, który jest każdemu bliski: odpoczynek. Wypoczęty, zregenerowany pracownik wykonuje swoje obowiązki lepiej, rzadziej choruje, zyskuje większą odporność na stres.

Czas spędzony z bliskimi czy na realizowaniu pasji także pozytywnie przekłada się na jego samopoczucie, a to ma niebagatelne znaczenie dla jego stanu tak psychicznego, tak fizycznego. Można to opisać prostą prawdą: „z niewolnika nie ma pracownika”. Tak samo jak z niespokojnego, nieszczęśliwego, niespełnionego pozazawodowo.

Motywacja spada?

Dużo pracujemy, mało zarabiamy

Krzysztof Inglot z Work Service, jednej z największych agencji pracy tymczasowej, rozważając wpływ długich weekendów (a w szczególności tzw. dni pomostowych, które powalają nam na jeszcze lepsze wykorzystanie wolnego) na gospodarkę, przywołał przykład fabryki w sektorze motoryzacyjnym, w której zatrzymanie taśmy produkcyjnej na jedną godzinę to koszt 1 miliona zł.

Biorąc pod uwagę, że Polska jest w czołówce krajów o największej liczbie przysługujących dni wolnych od pracy, na tle innych państw jesteśmy niekonkurencyjniwyjaśnił Inglot.

Dni wolnych rzeczywiście mamy sporo, bo 13, ale nie odbiegamy jakoś mocno od unijnej średniej. Polacy pracują średnio 45 godzin tygodniowo (badanie Kantar Millward Brown dla Work Service, 2017), a więc mamy niemal sześciodniowy tydzień pracy. W tym samym badaniu dowiedziono, że średni tygodniowy czas pracy wzrasta wraz z wysokością zarobków (a może odwrotnie – im więcej pracujemy, tym więcej zarabiamy?). Osoby, których zarobki w roku, w którym przeprowadzono badanie, nie przekroczyły 1999 zł, w pracy spędzały średnio 42,2 godziny.

OECD wyliczyło, że rocznie nasi rodacy pracują 1928 godzin. Miesięcznie pracodawcy wypłacają nam z tego tytułu średnio 4 973 zł, ale po pierwsze, to kwota brutto, więc do kieszeni wpadnie prawie dwa tysiące złotych mniej, po drugie, GUS w swoich średnich nie uwzględnia najmniejszych firm, pomijając tym samym informacje o blisko połowie pracujących. Danymi są więc jedynie poglądowe.

Niemiec z kolei 1363 godziny i zarobi 3 716 euro (co daje ok. 16 tys. zł brutto, dane na koniec 2016 r.).

Motywacja spada?

Czy świadomość, że choć pracujemy ciężej, a i tak daleko nam do pensji sąsiada zza Odry (co tu dużo mówić – analitycy prognozują, że jeśli zachowamy obecne tempo rozwoju, to dogonimy poziom życia przeciętnego Klausa za 30 lat, z tym że on w tym czasie ucieknie nam o kolejne dwie długości), zmniejsza zapał do regularnego pojawiania się w biurze?

Całkiem niewykluczone, że motywacja spada, tym bardziej, że jeszcze do niedawna płace rosły w tempie arytmetycznym, a efektywność – w geometrycznym. O ile więc efektywność mamy na poziomie Grecji, to jednak wciąż zarabiamy znacznie mniej od Greków (w ich obronie możemy powiedzieć, że należą do najdłużej pracujących narodów w Unii). Równie niewielki dystans dzieli nas od Portugalczyków, którzy też na koniec miesiąca mają w portfelu znacznie więcej niż my.

Porównywanie się z krajami, których słabość została boleśnie obnażona w czasie kryzysu z 2008 roku, nie popycha nas jednak specjalnie do przodu. Lepiej przyjrzeć się wspomnianym już Niemcom, do których tak silnie aspirujemy.

Są dwukrotnie bardziej efektywni niż my. Lepsze linie produkcyjne, skuteczniejsze zarządzanie pracą, tworzenie rozwiniętych technologii zamiast bycia zapleczem produkcyjnym bogatszych krajów powoduje, że zachodni sąsiedzi rzeczywiście mogą pozwolić sobie na komfort dłuższego odpoczynku (dodajmy, że w bardziej komfortowych niż my warunkach).

Idź, wypoczywaj!

To nie oznacza, że wypoczynek jest nagrodą tylko dla liderów produktywności. Nie dajmy się zwariować przedsiębiorcom i przedstawicielom różnych organizacji pracodawców, którzy demonizują długie weekendy. Wiadomo, że gdyby to oni pisali Kodeks pracy, to wypadłyby z niego i urlopy na żądanie, i wliczane do czasu pracy przerwy – i pewnie jeszcze kilka innych dowodów na roszczeniowość.

Czasem słowa nawet najbardziej wpływowego prezesa warto podzielić przez dwa – i bez skrępowania iść na proszonego grilla, a później jechać gdzieś w Polskę i przy biurku zameldować się w poniedziałek. Wypoczęci. Szczęśliwsi. Ahoj, przygodo!

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Opinie

Osiem godzin i do domu? Zdaniem niektórych to roszczeniowość

Internet zawrzał po tym, jak podczas debaty na Europejskim Kongresie Gospodarczym Jolanta Czernicka-Siwecka określiła młodych pracowników, wchodzących na rynek, mianem roszczeniowych narcyzów. W sieci natychmiast zaroiło się od prześmiewczych komentarzy. Bo jak inaczej można zareagować, gdy ręce opadają?
CZYTAJ WIĘCEJ