Płyty, do których wracam: „Songs Of Leonard Cohen”

3 minuty czytania
250
0
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
11 czerwca 2018
fot. Route66/Shutterstock

Odsłuchaj

Dziś nikogo nie dziwi, że człowiek rozpoczynający muzyczną karierę może być trzydziestolatkiem. 51 lat temu, kiedy głosem pokolenia „dzieci kwiatów” byli ludzie młodsi od Leonarda Cohena o dekadę, było to trudne do zaakceptowania. A jednak to jego pieśni niosą kwintesencje lat 60..

Niedawno posiadaczka jednego z najpiękniejszych kobiecych umysłów, jakie kiedykolwiek poznałem, powiedziała o Leonardzie Cohenie – „ten facet miał magiczny pył w kieszeni”. Trudno się z nie zgodzić z tezą mojej koleżanki.

Najbardziej wartościowe rzeczy pojawiają się w naszym życiu, kiedy staramy się przezwyciężać strach przez odrzuceniem ze strony innych. Każdy bowiem przeżywał taki czas, kiedy to chciał zaimponować otoczeniu, robiąc rzeczy nie do końca zgodne z własnym etosem. Przychodzi jednak moment, że samochód nie chcę jechać dalej, bo brakuje mu właściwego paliwa. Warto wtedy udać się piechotą na najbliższą stację i wybrać to dobre, a następnie wlać je do baku naszego auta i ruszyć w drogę. Ta stacja to umysł, a paliwo to pasja – istotny motywator naszego jestestwa, dzięki któremu przyciągamy do swojego życia właściwe osoby oraz rzeczy. W moim przypadku były to poezja oraz muzyka. Nic więc dziwnego, że trafiłem na Cohena, który doskonale łączył ze sobą oba siostrzane światy.

Trochę bard, trochę uwodziciel

Choć znałem wcześniej takie utwory, jak „Dance Me To The End Of Love” czy „Hallelujah”, to jako nastolatek nie należałem do wielbicieli Cohena. Pamiętam, że płyta „Ten New Songs” była obecna w moim rodzinnym domu, ale wówczas nie byłem nią szczególnie zauroczony. Dopiero kilka lat później, kiedy trafiłem na wiersze Leonarda z tomu „Porównajmy mitologię”, postanowiłem bardziej zainteresować się twórczością kanadyjskiego barda. Z jednej strony włóczykija, który chadzał własnymi ścieżkami, uwodził piękne kobiety, mieszkał na greckiej Hydrze i celebrował życie, nierzadko korzystając z używek. Z drugiej zaś przypadkowego bohatera, który zaczął śpiewać, bo z pisania ciężko było wyżyć, bawidamka, który postanowił umrzeć i stać się „cicho” medytującym na górze Mt. Baldy pod Los Angeles mnichem i wreszcie poczciwego starszego gentlemana, który zdejmując kapelusz, składa hołd swojej wiernej publiczności.

To właśnie Leonard Norman Cohen – szarooki mistrz słowa, miotający się pomiędzy seksem, polityką, religią a przemijaniem. Trochę oportunista, trochę outsider, trochę uwodziciel, trochę mistyk, trochę bard, trochę gwiazda popu (w najbardziej szlachetnym tego słowa znaczeniu).

Piosenki 33-letniego debiutanta

Publiczność dość szybko przekonała się do śpiewającego ciepłym barytonem mężczyzny, który w poetyckich strofach opisywał swoją platoniczną miłość, niegdyś parzącą mu herbatę z kawałeczkami pomarańczy („Suzanne”), żegnał się z poznaną na Hydrze ukochaną oraz muzą („So Long, Marianne”), wspominał pobyt w hotelowym pokoju podczas burzy śnieżnej, który dzielił z dwójką dziewcząt („Sisters Of Mercy”), a także poruszał kilka innych ważnych dla siebie tematów.

Mógłbym tak opisywać każdy z kolejnych utworów, ale to (brzydko mówiąc) po prostu strata czasu. Tego trzeba posłuchać, a teksty przestudiować na własną rękę, ponieważ Leonard, mimo mocno autobiograficznego rysu w swojej twórczości, jej interpretację zawsze pozostawiał słuchaczom. Ów artysta wszak, nigdy nie aspirował do bycia nauczycielem, co niewątpliwie sprawiało, że czuło się z nim więź. Nie udawał również, że jest wirtuozem gitary, ani wybitnym wokalistą. Po prostu funkcjonował jako wyraziciel myśli i emocji bliskich praktycznie każdemu z nas.

Na „Songs Of Leonard Cohen” był jeszcze o kilka butelek whisky i paczek papierosów do tyłu (jego głos obniżył się w kolejnych latach), nie tak bardzo doświadczony życiem gwiazdy, choć wcześniej był już w swoim kraju uznanym pisarzem oraz poetą. Mimo to, warto wrócić do tej płyty, by zrozumieć, jak długą drogą przeszedł pieśniarz, by stać się artystą kompletnym.

Porównałbym Leonarda do towarzysza podróży pociągiem. Siadasz sobie w przedziale, a tam czeka na ciebie gotowy do rozmowy gentleman, który częstuje cię papierosem, otwiera okno i opowiada o tym, że najlepszą formą ucieczki od bólu tego świata jest celebrowanie codzienności. Nieważne, czy chodzisz z kijkami do Nordic Walking, czy jesteś fotografem, czy pracujesz w księgarni lub fabryce. Ważne, byś odnalazł równowagę na „Boogie Street” (tu powraca mój sentyment do dużo starszego Cohena z „Ten New Songs”, ale cóż poradzić).

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Muzyka

Płyty, do których wracam: „Music For The Jilted Generation” The Prodigy

Tą płytą, skierowaną do "porzuconego pokolenia" muzycy z Essex chcieli powrócić do podziemia, a wylądowali na rockowych stadionach. Przypadek? Nie sądzę!
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
7 maja 2018
CZYTAJ WIĘCEJ