Pop’gląd #11. Szybki przegląd kulturalnych nowości

5 minut czytania
189
0
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
15 czerwca 2018
fot. artnana/Shutterstock

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Dzisiejszy „Pop’gląd” podporządkowany jest – ze zrozumiałych względów – tematyce piłkarskiej. Żeby jednak nie iść wyłącznie tropem płciowego stereotypu, to oprócz bardzo męskiego kina będzie też co nieco o piekle bezmyślnych macho i zahartowanych kobiet.

Piłka jest okrągła a bramki są dwie – tę i wiele innych piłkarskich mądrości usłyszymy zapewne z najbliższym czasie sporo. Jednak piłka nożna zasługuje też na potraktowanie całkiem serio, bo jest w tym sporcie – i wokół niego – dużo fascynujących kontekstów.

Sport i polityka

„Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium” Zbigniewa Rokity to wbrew pozorom pozycja nieoczywista. Niby o piłce nożnej, ale nie tylko. Niby o sporcie, ale także, jeśli nie przede wszystkim, o polityce. W ośmiu rozdziałach spisanych na niespełna 200 stronach Rokita, młody ekspert od tematyki poradzieckiej, a prywatnie zapalony kibic, daje upust dwóm swoim pasjom, pisząc o sporcie epoki sowietyzacji Europy Wschodniej – czasach, kiedy rozgrywki sportowe urastały niejednokrotnie do rangi politycznych i wolnościowych manifestów, a jednostkom wybitnym często przetrącano życiorysy.

fot. Wydawnictwo Czarne

Są tu historie tragiczne, skupione na sportowych talentach, które miały pecha rozkwitnąć w niesprzyjających okolicznościach (jak opowieść o piłkarskich pionierach – braciach Starostinach, wtrąconych bezpodstawnie do łagru; czy wątek Ernesta Wilimowskiego, wybitnego piłkarza obwołanego zdrajcą, bo zakleszczonego pomiędzy trzema tożsamościami – polską, niemiecką i śląską). Są historie spektakularnych meczów, od wyniku których zależały losy godności państwowej (pojedynek piłkarzy wodnych Węgier z Związkiem Radzieckim w 1956 i koszykarzy Litwy z Rosjanami w 1992). Są i historie o tym jak polityka niszczy sport (przykładem konflikt Ormian i Azerów, którym ewentualne potyczki piłkarskie grożą… rozlewem krwi na trybunach).

Całość, co w przypadku publikacji około sportowej bynajmniej nie jest oczywiste, napisana jest zwięźle, atrakcyjnie i mądrze, zdradzając talent Rokity nie tylko do syntezy sportowo-politycznej, ale także przemyceniu do formy reportażowej własnego, specyficznego języka.

Jacek Gmoch i potok słów

Kto szuka publikacji sportowej w nieco tradycyjniejszej formie, powinien sięgnąć po „Najlepszego trenera na świecie” – wywiad-rzekę z Jackiem Gmochem, jedną z legend polskiej piłki. To także książka sportowo-polityczna, bo przecież Gmoch, rocznik ’39, choć wiele miejsca poświęca sukcesom na boisku i poza nim, a wiele lat spędził trenując piłkarzy greckich klubów, ma także dużo do powiedzenia o wojennej traumie czy realiach komunizmu. Mówi barwnie, prosto z mostu, mocno dygresyjnie i pod tym względem jest przeciwieństwem Rokity. Co jednak wcale nie jest zarzutem: potok słów jest w końcu znakiem rozpoznawczym Gmocha, a jego życiorys i filozofia życia w sposób satysfakcjonujący się z nim uzupełniają.

Gangusy i dziwki

22 czerwca na Blu-ray i DVD trafią „Kobiety mafii”, najnowszy przebój dresiarsko-sensacyjny Patryka Vegi. „Kobiety…” w formie serialowej, z szeregiem nowych wątków i scen, są też już dostępne na wybranych platformach VOD. To dobra okazja, by zmierzyć się z fenomenem Vegi i jego kina. Dzisiaj może wydać się to zaskakujące, ale w 2006 roku w uzasadnieniu wyróżnienia przyznanego reżyserowi przez tygodnik „Przekrój” napisano tak: „Za wytrwałość, pracowitość i umiejętność nowego spojrzenia na historie, które dzieją się obok nas. Za ambicję tworzenia na najwyższym, światowym poziomie. Za namacalne dowody, że instynkt artysty to palec boży, którego nie zastąpi żadna szkoła”. Słowem nie wspomniano o warsztacie Vegi, co sugeruje, że już wtedy, po pierwszym sukcesie, jego kino było odbierane na poziomie emocjonalnym, nie jakościowym.

Przez lata niewiele się zmieniło. Vega pozostaje wytrwały, uważny i pracowity, a umiejętności te – nie talent scenopisarski czy reżyserski – pomogły mu stworzyć kino patentowe: pseudo-wyrafinowane w formie i pseudo-prawdziwe w treści, oparte na bezdechu i powtarzalności. To już rodzaj rytuału: ujęcie z drona, „kurwa”, „pizda”, jeb, jeb, jeb, znowu dron, „wypierdalaj”, powtórz.

Sukces tego modelu nie zasadza się na aspekcie populistycznym, a przynajmniej nie tylko. Vega nie sięga do niskich instynktów (chyba, że mowa o „Botoksie„), sięga do kompleksów. Do poczucia krzywdy i niższości. Do biedy, głupoty i żałości. Do tak zwanych niesprzyjających okoliczności. Lejtmotywem jego vega-wersum, co w „Kobietach…” widać szczególnie, pozostaje pragnienie dominacji za cenę wszystkiego. Jego bohaterowie – „gangusy”, „dziwki”, „sprzedawczyki” i „biedoki”; ludzie, którzy stali się źli lub zepsuci w wyniku jakiegoś zadawnionego urazu; ludzie z popękanymi marzeniami i rozbitą psyche – śnią swoje sny o krzywdzie i wyklęciu (sny sporej części społeczeństwa), w zemście podporządkowując sobie daną przestrzeń. To może być cela lub spacerniak, dzielnica lub całe miasto, a nawet dom lub związek; nie ma znaczenia – byle dało się przejąć nad nim jakąś kontrolę. Na chwilę, czyli na wieczność.

W „Kobietach…” (ale nie tylko tu) bohaterowie Vegi gonią za niemożliwym na haju, pogubieni, otępiali, „spierdoleni” – jak sami by to ujęli; są w transie, z którego wyrwać może ich tylko kula. Gdy już się to dzieje, a dzieje się nader często, śmierć na ogół zastaje ich spełnionych. Vega nie potrafi tego napisać, ani tym bardziej sfilmować, jako moralista ma ciężką rękę, reżysersko gubi go zły gust, a scenopisarsko – brak talentu, ale z pomocą często przychodzą mu aktorzy. Wyhodował ich sobie całą armię, dając im to, co swoim widzom: poczucie przynależności, własny głos, umocnienie. Z Bołądź zrobił wojowniczkę. Stworzył Stramowskiego. Fabijańskiego obsadza tak, jakby ten był Jaredem Leto. Warnke, raczej niedoceniana w ambitniejszym repertuarze, grywa u niego najlepsze role. O „nianiowatej” Dygant nikt już nie pamięta. Z zakapiora Oświecińskiego zrobił narodową maskotkę. Blednącemu Lindzie wystawił list żelazny. Jedni z nich mają więcej talentu, inni mniej, ale to oni świadczą o jakości kina Vegi. Spójrzmy na Warnke w „Kobietach…”: gdy zaczyna, jest pocieszną komediową karykaturą, gdy kończy – postacią tragiczną w pełnym wymiarze.

Wdowy po bandziorach

Wydawnictwo Egmont dzielnie wypuszcza na rynek kolejne tomy (do sprzedaży trafił właśnie czwarty) jednego ze swoich hitów – „Punishera” z imprintu MAX, marki Marvela skupiającej się na treściach dla dorosłych. W przypadku perypetii Franka Castle’a „dla dorosłych” oznacza niespotykaną dotąd w mainstreamowym komiksie wiązankę bluzgów, seksu i przemocy. Przynajmniej na pozór, bo scenarzystą serii jest Garth Ennis, nieprzejednany Irlandczyk odpowiedzialny także za „Hitmana” i „Kaznodziei”, słynący z politycznego zacięcia, nieoczywistych postaci i niezgody na artystyczne kompromisy. 

I właśnie taką serią jest jego „Punisher”: tytułowy bohater – samozwańczy stróż prawa eliminujący z ulic przestępczość zorganizowaną – jest tyleż ofiarą niesprawnego systemu, co intryg wielkich mocarstw. Ennis tworzył jego perypetie w latach 2003-2008, tuż po zamachach z 11 września i w samym zarzewiu inwazji na Irak, ale też na tyle niedługo po końcu milenium, by niektóre z demonów lat 80. i 90. wciąż jeszcze dostarczały mu twórczej pożywki. I tak, roi się u niego od ulicznego terroru, korupcji politycznej, koszmaru wojny (od Wietnamu, przez radzieckie czystki w Afganistanie, po Irak); pełno tu desperacji, zwyrodnienia i wiecznej eksploatacji słabszego.

fot. Egmont

Ale przede wszystkim są bohaterowie: „Punisher” Ennisa to piekło bezmyślnych macho i zahartowanych kobiet, które nauczyły się – w taki czy inny sposób – w nim funkcjonować. W tym tomie widać to szczególnie. W drugiej jego części opowiedziana zostaje historia bardzo nietypowa: wdowy po pomordowanych przez Punishera gangsterach pragną się na nim zemścić, nie wiedząc, że na nich mścić będzie się kobieta, którą niegdyś wciągnęły do swojego świata, by po latach pozbyć się jej w najgorszy możliwy sposób. To dla Ennisa typowe: wątki poboczne stają się głównymi, a „nieważne” punkty widzenia (no bo którego z jego kolegów po fachu obchodziłoby, co myślą wdowy po bandziorach?) stają się dominującymi.

Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
Krytyk filmowy i publicysta popkulturowy. Prowadzi stronę Pop Glitch
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Zobacz też

Serial „Botoks” Vegi jest jeszcze gorszy, niż się spodziewałam

Kinowego „Botoksu” nie oglądałam, a do serialu podeszłam całkiem optymistycznie, bo może jednak się tego Vegi czepiają, może nie jest taki zły, może to spisek recenzentów. Jestem prostą dziewczyną, nie żadną amatorką artystycznego kina, w którym jedynym bohaterem jest drzewo, a wniosków z tego drzewa wypływa milion. Niestety, „Botoks” przegrywa nawet z drzewem.
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
1 lutego 2018
CZYTAJ WIĘCEJ