Pop’gląd #13. Szybki przegląd kulturalnych nowości

5 minut czytania
186
0
Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
29 czerwca 2018
©Netflix

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Pogoda za oknem nie zachęca do wyjścia z domu, a gra polskiej reprezentacji – do oglądania meczów. Jednocześnie trwa okres wakacyjny, a wśród nielicznych nowości dominują wznowienia.

Takie już uroki lata… Dostosowując się do sytuacji piszemy dla Was m.in. o nowej, smutnej płycie Lykke Li czy wznowieniu nagrodzonego Pulitzerem rozliczenia Colsona Whiteheada z niewolnictwem.

Czarna krew budowniczych Ameryki

W sprzedaży pojawił się dodruk jednego z bardziej popularnych tytułów roku 2016 – „Kolei podziemnej” Colsona Whiteheada. Od pierwszego polskiego wydania mija równo rok, a w tym czasie Whitehead zdążył odwiedzić Polskę, zdobyć Pulitzera i przekroczyć milion sprzedanych egzemplarzy w samych tylko Stanach.

„Kolej podziemna”

Co interesującego jest w jego powieści? Łącząc realizm z fantasmagoryczną alegorią, a prostotę przekazu z nienachalną poetyckością, Whitehead opowiada o niewolnictwie jak – bez cienia przesady – nikt przed nim. „Kolej…” to wybitna powieść na trudne czasy: nie eksploatuje cierpienia, nie użala się nad niedolą, nie szuka taniego pocieszenia, a jednocześnie pozostaje wielką amerykańską odyseją; pełną skomplikowania, czułości i wyrafinowania opowieścią o pragnieniu wolności. Whitehead nie unika horrorów historii – gwałtów, biczowań, okaleczeń, mordów – ale na ogół zamyka je w dwóch-trzech zdaniach. „Kiedy stało się jasne, że Cora jest już kobietą, Edward, Pot i dwóch parobków (…) zaciągnęło ją za wędzarnię. Jeśli ktoś to widział albo słyszał, nie interweniował. Kobiety z Hobu ją zszyły” – pisze o gwałcie zbiorowym. Przemoc w opisanej przez niego rzeczywistości jest tak powszechna, tak usystematyzowana i wydolna, że pochylanie się nad nią nie ma sensu. Jest rutyną, mechanizmem dyscyplinowania i pogardy; jest cywilizacyjnym fundamentem.

Jej piętno widzimy w Corze: w swojej podróży przez kolejne stany, warstwy społeczne i towarzyszące im światopoglądy jest dzielna i nieustraszona, ale pozostaje zaszczuta, złamana; wolność jest dla niej czymś abstrakcyjnym, niepojętym, na każdym kroku towarzyszą jej dawne koszmary, prześladują ją odruchy, których trudno się wyzbyć. Wolność jest snem, halucynogenem, o który – wie to – walczyć będą jeszcze kolejne i kolejne pokolenia. W „Kolei…”, jej ponadczasowym głodzie swobód obywatelskich i uważnym przekroju społeczno-politycznym, nie trudno doszukać się uniwersalności – można ją czytać w kontekście dzisiejszych Stanów, i dzisiejszej Polski – ale to przede wszystkim oskarżycielska powieść historyczna, pompująca w mit założycielski Ameryki czarną krew jej prawdziwych budowniczych.

Oldschoolowa przejażdżka

Stylizowana na retro plansza tytułowa „Kierowcy” (od niedawna do kupienia na DVD) mówi jasno – pojedziemy w starym stylu. Tak, jak Nicolas Winding Refn w „Drive” i Edgar Wright w „Baby Driver”, Jeremy Rush cofa się do filmu, od którego wszystko (przynajmniej dla kina samochodowego z duszą) się zaczęło – „Kierowcy” Waltera Hilla. Reinterpretuje go jednak po swojemu: choć tytułowy kierowca, noc i stawka pozostają w centrum, to już etos nocnego „jeźdźca”, z całym wpisanym weń romantyzmem, niezbyt go interesuje.

Wiele mówi dobór aktora. W przeciwieństwie do Goslinga czy Elgorta, Frank Grillo nie jest chłopaczkiem, tylko f a c e t e m. Ba, typem macho – nieplakatowym, szorstkim; prostolinijnym i wyzbytym sztucznej pozy, a zarazem mającym dość charakteru (i serca – miłym naddatkiem jest dobrze wygrana chemia z córką), by nie musieć zabiegać o naszą aprobatę. Taki jest też film. Rush wie, co kręci i dla kogo, nie dba więc o przystępność: akcję śledzimy z wnętrza auta, kamera rzadko je opuszcza, często kosztem potencjalnego rozmachu kluczowych wydarzeń. To popłaca: wiemy tyle, co bohater, a Rush nie musi cytować klasyki, sięgać po dawne szlagiery, silić się na staromodne zabiegi – jego film już bez tego jest podświadomie oldschoolowy, tym bardziej, jeśli przez „oldschoolowość” rozumiemy szczerość i precyzję.

Smutna i seksowna

Poprzednia płyta Lykke Li, „I Never Learn” z 2014, miała być zwieńczeniem tematycznej trylogii poświęconej uczuciowemu dojrzewaniu dwudziestoparolatki. Dzisiaj, gdy Li ma 32 lata, wciąż jeszcze nie powiedziała na ten temat ostatniego słowa. Tegoroczna „So Sad So Sexy” to swoisty follow-up ostatniej płyty, swego rodzaju domknięcie dekady w jej życiu i twórczości. To krótki, nieco ponad półgodzinny zestaw smutnych, chwytliwych indie popowych ballad, traktujących o rozczarowaniu, porzuceniu i rozumieniu własnej seksualności. Całość wyprodukowana przez Malaja, w ten sam wycofany, oszczędny sposób, co na ostatnich płytach Lorde i Franka Oceana.

Erotyczne kliknięcie

Po raz kolejny (poprzedni w 2016) w sprzedaży pojawiły się wznowienia i premierowe albumy klasyka komiksu erotycznego – Mila Manary. Obok nowelowych „Uwodzicielskich chimer”, króciutkich „Oczu Pandory” i „Weneckich przygód Giuseppe Bergmana”, wznowiono także słynny „Klik”. Bohaterką tej historii jest młoda, niezwykle pruderyjna żona bogacza, w której mózgu zostaje umieszczony specjalny implant. Aktywowany za pomocą nadajnika z pokrętłem umożliwiającym regulację mocy, wyzwala w kobiecie dzikie, niepowstrzymane żądze. „Klik” to utrzymane na styku pornografii, erotyki i satyry opus magnum Manary, pozwalające zdefiniować jego postrzeganie roli kobiety i kobiecości jako takiej. W przeciwieństwie do kolegów po fachu, w tym innych włoskich mistrzów komiksu erotycznego: Guida Crepaxa i Paola Eleuteriego Serpieriego, Manara rozumie erotykę jako potrzebę wzbudzania i odczuwania cielesnej przyjemności.

Jeśli u Crepaxa („Historia O”, „Justyna”, itp.) kobieta znajduje ukojenie w uległości, a u Serpieriego, autora serii sci-fi „Morbus Gravis” – we własnym upodleniu, to w utworach Manary uprzedmiotowienie i nierzadko związana z nim rozwiązłość mają wymiar… krytyczny. Seksualne przebudzenie Claudii, bohaterki „Kliku”, której autor symbolicznie nadaje rolę kapłanki w świątyni rozkoszy, jest w tym sensie rodzajem emancypacji, zawstydzającym i dezorientującym chcących ją kontrolować mężczyzn.

„Klik”, wydanie zbiorcze

Cechą twórczości Manary, dodatkowo oddzielającą go od innych włoskich twórców erotycznych, jest zatopienie w świecie seksualnych fantazji. Ujawnia się to szczególnie tu, w „Kliku” – historii, która doczekała się aż trzech kontynuacji (ostatniej w 2001), a w każdej z nich nadajnik ginął i odnajdywał się w najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach – ale najlepiej rozbrzmiewa w „Guliwerianie” z 1995 (wydanej jakiś czas temu przez Scream Comics), będącej erotyczną wariacją na temat oryginału Jonathana Swifta. To jedna z najbardziej pretekstowych fabuł Manary, który nigdy nie uwolnił się od swoich początków w magazynach komiksowych i po latach bardziej niż rozległą fabułą czy jej spójnością jest zainteresowany perspektywą przygody, zwykle utrzymaną w konwencji realizmu magicznego.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Piotr Pluciński
Piotr Pluciński
Krytyk filmowy i publicysta popkulturowy. Prowadzi stronę Pop Glitch
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Leski: “Miłość, która nie urywa się jak taśma”

W latach 90. był skejtem i rapował. Płytowo zadebiutował dopiero w 2015 roku. Jego album „Splot" zachwycił fanów indie-popu. Właśnie wydał, także na kasecie magnetofonowej, drugą płytę „Miłość. Strona B", którą wypełnił dźwiękami syntezatorów z lat 80., gitarami i poruszającymi tekstami. Nam Leski opowiada, dlaczego wciąż słucha kaset, jak uniknąć banalnego śpiewania o miłości i że życie po trzydziestce nie jest kolorowe, jak piosenki MC Hammera.
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
23 czerwca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ