Zakochani w zagładzie. Co nas pociąga w postapokaliptycznych widokach?

6 minut czytania
602
8
Nika Brassel
Nika Brassel
27 czerwca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Zrujnowane budynki, zdezelowane pojazdy, porozrzucane strzępy ubrań, flaki, wykrzywione słupy, wybite szyby. Czy jest coś wspanialszego niż krajobraz po zagładzie?

Piękno zniszczonego świata może jest nienachalne, ale trzeba przyznać dwie rzeczy. Po pierwsze już dawno nie było tak mocno eksploatowane przez popkulturę. Po drugie, jeszcze nigdy nie wyglądało tak fantastycznie… jak w grach, które zostały, lub niebawem zostaną wydane.

Jaka piękna katastrofa

Postapo to sztafaż. Zdewastowany przez wojny, zarazę lub inne czynniki świat mógłby – nomen omen – nie istnieć, albo przynajmniej rozmyć się we mgle już po krótkim prologu. Właściwa fabuła to najczęściej opowieść o wielkiej przemianie, epos o etosie lub też szkic z zakresu domorosłej socjologii. Ewentualnie może nam się trafić sensacyjna nawalanka ze spiskiem w tle, czy też horror z elementami gore. Zazwyczaj też wielkie analizy i nie mniejsze interpretacje dzieł postapo – zarówno tych książkowych, filmowych czy growych – dotyczą treści. Wrodzona przekora sprawia, że tym razem podążę tropem wizualnym. Zainspirowała mnie do tego długa sesja z filmowymi zapowiedziami i prezentacjami rozgrywek z ostatniego E3.

Po prostu tegoroczne Electronic Entertainment Expo w Los Angeles obfitowało w obrazy, które roztopiły moje przepełnione tęsknotą za zniszczeniem serce. Możliwe, że gier w wojenno-postapokaliptycznej scenografii wcale nie było więcej niż zazwyczaj, nikt jednak nie zaprzeczy, że część tytułów, które zaprezentowano to kontynuacje wielkich klasyków postapo, obok których nawet najwięksi growi malkontenci nie potrafią przejść obojętnie. No bo co, kurczę blade, jak już kojarzysz tego cholernego Fallouta, to nie skomentujesz choćby krótkim: “Meh, Fallout skończył się na dwójce”, “Ignoruję tego Fallouta, bo mnie on zupełnie nie interesuje, halo, wszyscy słyszeli już jak bardzo go ignoruję?!”, czy coś w tym stylu?

Mnie tam, niezależnie od tego, czy przyglądałam się produkcjom dużych graczy, czy zapowiedziom od tych mniejszych studiów, urzekła mnogość pięknych obrazów zniszczonych miast, zdewastowanych wsi i innych tego typu bezeceństw.

Screen z gry „Frostpunk”

Świat po katastrofie klimatycznej

Apetyt na pustkowia, na których garstka ocalałych musi odbudować cywilizację, rozbudziła już premiera Frostpunka. Zapowiadana od kilkunastu miesięcy gra strategiczna spod znaku survivalu, powstała w polskim studiu 11bit, które osobiście kocham za mądrą i jednocześnie wstrząsającą grę “This War of Mine”. Tym razem zamiast świata ogarniętego wojną mamy świat po katastrofie klimatycznej.

Frostpunk proponuje nam zimę totalną. Śnieg, śnieg, jeszcze więcej śniegu, mróz, skały, rozpadliny no i wy, cali w łachmanach. Musicie zbudować nie tylko nowe miasto, ale i nowy ład na ziemi. Zagłębiając się w realia wiecznej zmarzliny nakładałam sobie w wyobraźni konkretne obrazki ze sławetnego “Lodu” Dukaja.

Jeszcze przyjemniej, choć trudno powiedzieć, że cieplej na sercu – zrobiło mi się oglądając trailer nowej części gry Metro. Otwarty świat jednego z moich ulubionych uniwersów literackich zawiera wszystkie kluczowe elementy potrzebne do stworzenia klimatycznej wizji  realiów postapo. Zdewastowane bocznice kolejowe, niszczejące wraki, rozsypujące się mury, obracające się w gruzy budynki, wygłodniałe potwory, okrutni ludzie i wielka, parowa lokomotywa sunąca przez zaśnieżoną krainę.

Zagłada w Zonie

Pozostając na wschodzie – wiele emocji wzbudziły jeszcze przed konferencją deklaracje twórców, jakoby słynny S.T.A.L.K.E.R. też doczekał się (wreszcie) swojej kontynuacji. Choć nie jest to klasyczne postapo, a zagłada w tej opowieści przybiera formę lokalnych emisji wokół reaktora w Czarnobylu, to niewiele miejsc na świecie potrafi tak mocno w sobie rozkochać człowieka, jak stalkerowa Zona.

Już sam fakt, że choć pierwsza część Stalkera wyszła dekadę temu, a książki osadzone w realiach gry powstają do dziś i cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem rozrastającego się grona fanów pokazuje, że chodzi tu o coś więcej. No a jak wygląda ta Zona? Wspaniale. Sielsko, anielsko i słowiańsko. Jakieś betonowe baraki, jakieś ruiny zakładów, zjarane szczątki sowieckich cudów techniki motoryzacyjnej, straszące pustymi oknami wagony, mordercze anomalie, groźne mutanty (a do tego anarchiści i bandyci) – zupełnie jak podczas wakacyjnego wyjazdu do rodziny na wieś. I jeszcze promieniowanie. Dużo promieniowania. Nie widać go, ale jak człowiek dostrzega już na horyzoncie komin zniszczonej elektrowni atomowej w Czarnobylu, to wie, że każdy kamyczek na drodze aż pulsuje radioaktywnością.

Widokiem elektrowni kusi też “Fear of Wolves” od Vostok games. Wpadamy (dosłownie, jako spadochroniarze) do strefy wykluczenia i odkrywamy widok znajomy i piękny. Opustoszała Prypeć, złomowiska pełne maszyn wykorzystywanych przed laty do ewakuacji po awarii reaktora. Właściwie wszystko wygląda tu znajomo, więc co ja będę, sami popatrzcie, jaki ładny, zrujnowany świat

Żar atomowych bomb

Scenografia nowego Fallouta też prezentuje się zacnie i nie odbiega od tego, z czym od czasu trójki tak bardzo lubimy obcować (wizualnie! ani słowa o gameplayu, proszę). Są więc wypalone żarem atomowych bomb pustkowia, skąpane w ciepłym, słonecznym świetle opuszczone wiochy oraz obiecująco wyglądające schrony. Dodatkowym smaczkiem jest wspaniały design lat sześćdziesiątych. Zimna wojna spotyka cudowne pastelowe lata, w których najintensywniej urzeczywistniał się Amerykański Sen. Sukienki w groszki, rock and roll i bomby atomowe. Fuck yeah.

Oprócz tego syf, promieniowanie i zakamarki skrywające zwyrodnialców czyhających na jakieś zdobycze. Eksplorowałabym.

A „Last of Us 2”? Dzicz przyrodnicza i dzicz społeczna. „Division 2”? No patrzcie jaki fajny ten Waszyngton, taki zupełnie opustoszały i niszczejący sobie spokojnie… Nic tylko zgarnąć broń i ruszać przed siebie.

Co nas tak pociąga w ruinach

Właściwie to cały tekst mógłby być wyliczanką kolejnych tytułów gier, ale nie o to chodzi. Nie chodzi też tym razem o to, byśmy sobie tu przyznali, że całe postapo uwodzi nas tym nowym początkiem, nową moralnością i nowymi możliwościami, jest też odpowiedzią na nasz odwieczny strach o utratę wszystkiego co kochamy oraz ostatecznym testem naszego człowieczeństwa. Nie będziemy teraz odpowiadać na pytanie, czy gdy zabraknie nieba gwiaździstego nade mną, to pozostanie prawo moralne we mnie… Nie.

Teraz chodzi o to pierwsze, wewnętrzne poruszenie, jakie wywołuje już tylko widok zniszczenia. Same obrazy, bez wprowadzania jakichkolwiek bohaterów i inicjowania fabuły, doskonale potrafią uruchomić falę refleksji nad istotą moralności, źródłem zasad i tak dalej i tak dalej.

Jest jednak w obrazach ruin i zgliszczy coś więcej… I przestaje być ważne, czy to są zarośnięte chaszczami czołgi, czy rozsypujące się miasta, czy zdziczałe wiochy straszące agro-pustostanami. Jeśli prześledzicie sobie historię sztuki i architektury, przekonacie się, że zniszczenie fascynowało nas nie od dziś. Ruiny pojawiały się na osiemnastowiecznych obrazach i w dziewiętnastowiecznych parkach. Dwie wojny światowe jedynie pogłębiły potrzebę obcowania z większą ilością zniszczenia. Brzmi to może paradoksalnie, przecież po traumie tamtych dni, gdy właściwie zniszczenie stało się totalne, a jednak. Po 1945 roku klimat świata po zagładzie rozgościł się na dobre, zwłaszcza w literaturze i filmie. O co właściwie chodzi? Z jednej strony oczywiście jest to forma konfrontacji ze swoimi traumami i strachem, czy próba oswojenia się z tym, że wszystko, co materialne kiedyś przeminie.  Z drugiej, hej, przecież to jest widok, który nas uwodzi. Tak, jak swoich amatorów mają obrazy z pomarszczonymi starymi ludźmi w mrocznym anturażu, tak też są ci, którzy rozpływają się nad kadrami z odłażącą ze ścian farbą, powybijanymi szybami i przerdzewiałymi skorupami. Autor eseju “Ruin lust” opublikowanego w 2012 roku na łamach Guardiana oprócz wyliczenia kolejnych dzieł sztuki, literatury i filmu, w których obecne jest zniszczenie, przywołuje też takie pojęcia jak melancholia. Rozczula nas to przemijanie uchwycone w gnijącym i walącym się świecie.

Romantyczny koniec świata

Romantyzm, czy może nawet  ten młodopolski turpizm poprzedza detabuizację tych finalnych obszarów naszego istnienia, wywołuje dreszczyk ekscytacji. Zdrowy i bezpieczny, bo przecież ostatecznie, czy to w zbroi, czy w kombinezonie – jednak sami jesteśmy tu i teraz, w naszych domach, przed naszymi komputerami. Ponapawamy się zagładą, a potem “power off” i pod prysznic.

To jest chyba najbardziej kuszące, zwłaszcza w grach komputerowych. Z jednej strony coraz wierniej  oddają rzeczywistość i transformują ja w coś nowego, z drugiej – nie są tak niebezpieczne, jak na przykład wychodzenie z domu na urbeksowe wyprawy. Nie zarwie się pod nami podłoga, nie złamiemy nogi wspinając się po zmurszałych schodach, nie wpadniemy w wyrwę zapomnianego tunelu. Jedyne co możemy, to stracić punkty życia i cofnąć się do ostatniego “sejwa”. Czy to nie jest jeszcze bardziej pociągające? I jest też jeszcze jedna, bardzo ważna sprawa. Kiedy tak patrzymy sobie na ten zniszczony świat, który dobrze znamy, na zgliszcza współczesności, czy sami nie czujemy się trochę jak anarchiści? Hurra! Wreszcie koniec naszych udręk i  problemów, Wreszcie dostało się wszystkim po równo. Banki, urzędy, zakłady pracy… I jeszcze ogródek sąsiada. Wszystko w ruinie. Ach co za wspaniały dzień.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Nika Brassel
Nika Brassel
W poprzednim życiu dziennikarka i pisarka, podróżniczka i matka dzieciom, teraz po prostu autorka, hobbystycznie podejmująca intrygujące tematy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Taka piękna ruina, czyli urbex dla początkujących

Zrobić zdjęcie, nagrać film, pozostawić po sobie co najwyżej ślad buta. Niczego nie niszczyć i nie zabierać. Żadnego wyważania drzwi, żadnej dewastacji, tylko doświadczanie przestrzeni. Urban exploration, czyli zwiedzanie miejsc opuszczonych, trudno dostępnych, czasem niewidocznych lub zepchniętych na margines codziennego życia. Jego miłośnicy poruszają się w szarej strefie, bo tego rodzaju działalność jest nie do końca legalna.
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
28 października 2017
CZYTAJ WIĘCEJ