Znikające penisy, trzeci sutek i ciasto z moczu, czyli jak polować na czarownice

14 minut czytania
4898
0
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
3 czerwca 2018

Odsłuchaj

Krowa przestała dawać mleko, zboże sąsiada lepiej rośnie, zdechła komuś świnia, kogoś innego zaczęło łamać w krzyżu, dziecko zmarło przy porodzie, a do tego plony zostały doszczętnie zniszczone przez gradobicie. Nie tak dawno temu tłum krzyknąłby jednomyślnie, że to wszystko machloje czarownicy, co współżyje z diabłem, lata na miotle bez majtek, robi mikstury z nieochrzczonych dzieci i do tego piszczy wtedy z rozkoszy.

Policzenie “czarownic”, które zostały spalone na stosie nie jest łatwe i od lat wprowadza w zakłopotanie historyków. Brakuje danych i archiwów, a do tego często ciężko jest jednoznacznie wskazać, czy wyrok został wydany ze względu na domniemane konszachty z diabłem czy inne przewinienia. Szacuje się, że w samej Europie było 60 tysięcy ofiar polowań na czarownice. Nikt nie był bezpieczny, a oskarżenia o czary mogła spodziewać się zarówno biedna praczka, zamożny kupiec, duchowny na ciepłej posadce, jak i wymuskana, bladolica pani na zamku.

W Polsce bez inkwizycji, ale…

W Polsce, a konkretniej Koronie, mieliśmy około 770 świeckich procesów o czary między XVI a XVIII wiekiem. Mniej więcej połowa z około 1 100 oskarżonych otrzymała wyrok śmierci. Pierwsze polskie postępowanie sądowe przeciwko czarownicy odbyło się w Chwaliszewie koło Poznania w 1511 roku. Nieznaną z imienia i nazwiska zielarkę spalono na stosie pod zarzutem zatrucia piwa.

Całe szczęście nie każdy proces zakończył się śmiercią przesłuchiwanej. Niektórzy zostali uniewinnieni, a inni farciarze dostali tylko (słowo tylko jest uzasadnione, gdy porównamy to ze śmiercią w męczarniach…) karę chłosty, musieli zapłacić swoim ofiarom odszkodowanie lub zostali wygnani. Specyficzne dla polskiego społeczeństwa były dwa zjawiska. Po pierwsze procesy o czary prowadzone były przez władze świeckie, a nie kościelne (inkwizycję). Po drugie szlachta i arystokracja były z założenia poza wszelkimi podejrzeniami oskarżycieli tropiących czarownice, a prawo zabraniało torturowania wysoko urodzonych.

„Czarownica powołana”, 1714 (fot. Polona)

Młot, niestety nie Thora

„Młot na czarownice” („Malleus maleficarum”) z 1487 roku to prawdziwy must have dla łowców czarownic, sędziów oraz katów. W niecałe 25 lat podręcznik doczekał się czternastu europejskich wydań. Do Polski trafił stosunkowo późno (i całe szczęście!), bo dopiero w 1614 roku. Część pierwsza to informacje o sztuczkach Lucyfera i sposobach na wykrywanie czarownic, część druga zawiera wskazówki jak leczyć z rzuconych czarów, natomiast trzecia i ostatnia opisuje metody prowadzenia przesłuchań, tortur i zasady sądzenia. Będzie to owocna lektura dla każdego kto zapragnie dowiedzieć się więcej o szatańskich sposobach wykorzystywanych przez czarownice, by oczywiście jak najbardziej szkodzić ludziom i zwierzętom.

“[…] istnieją trzy rodzaje czarownic: te które ludziom szkodzą, lecz ratować ich nie mogą; te które ratować mogą, lecz nigdy ni szkodzą; te które jednocześnie mogą szkodzić i ratować. Wśród owych szkodzących jest najgorsza grupa. Mamy tu na myśli czarownice o zwierzęcych skłonnościach do zjadania malutkich dzieci[…] Na drugim stopniu ustawiają się czarownice przynoszące ludziom różne szkody (grad, pioruny, błyskawice, niepłodność u zwierząt i ludzi) […] Kradną co prawda niemowlęta, lecz nie pożerają ich, tylko oddają szatanowi” – czytamy w rozdziale drugim tego wątpliwego dzieła. A wiadomo, że skoro czarownice są gotowe zjeść noworodka to bardzo łatwo sobie wyobrazić jakie jeszcze makabryczne okropieństwa są gotowe zrobić! Pewnym było, że mogą zabić piorunem, powodować poronienia, odejmować małżonkom popęd seksualny lub wręcz rozpalać namiętność tam, gdzie jej być nie powinno, zatruwać piwo i mieszać w umysłach. Kości dzieci wykorzystywały też do specjalnej maści, według przepisu samego szatana, która miała im pozwalać zaspokajać żądze. Co gorsza „czarownice miały w swojej mocy usuwanie męskich członków”.

Na pocieszenie, warto dodać, że nie robiły tego dosłownie. Stosowały zaklęcia, które mieszały mężczyźnie w głowie i sprawiały, że omamiony czarami nie widział własnego penisa. Oczywiście zostały przytoczone stosowne przykłady na dowód, że takie sytuacje miały miejsce, jak na przykład historia kapłana z klasztoru Spireńskiego: „[…] gdy słuchałem spowiedzi przyszedł do mnie młodzieniec i wyznał, że stracił swój członek. Bardzo się zdziwiłem i nie od razu uwierzyłem temu chłopakowi. On jednak podniósł ubranie i zrozumiałem, że mówił prawdę. […] Uczynił to, co mu poradziłem. Całą historia skończyła się dobrze”. Brzmi wiarygodnie, prawda?

Autorem maniackiego bełkotu/dyrdymałów/bredni/andronów/ steku bzdur (nic nie skreślać, wszystko potrzebne), w którym piętrzą się absurdy, kłamstwa i wyssane z palca historie, jest dominikanin Henryk Kraemer (Heinrich Kramer). Podejrzewa się, że współautorem mógł być Jakub Sprenger, chociaż równie prawdopodobne jest, że jego nazwisko zostało użyte  przez Kraemera bezprawnie dla celów… PR-owych. “Młot na czarownice” przyczynił się do ujednolicenia mechanizmów sądzenia czarownic w całej Europie. Korzystano z tych samych testów, sposobów wykrywania, zestawów pytań, tortur i narzędzi.

fot. Wellcome Images via Wikimedia Commons CC-BY-4.0

Rozpustne naczynia pełne demonów

W znacznej większości przypadków zarzuty o czary były kierowane do kobiet. Dlaczego? Uważano je za „naczynia pełne demonów”. Znachorki, zielarki, akuszerki czy stare wiejskie baby chętnie dzielące się wiedzą zawsze były na celowniku. Wiadomym było, że kobiety są lekkomyślne i znacznie bardziej podatne na kuszenie szatana. Jako istotny rozpustne nic tylko szukają okazji, by wskoczyć na penisa, a diabelskiego to już w ogóle! Cytując naszego ulubionego obłąkanego dominikanina: “Współczesne czarownice same ulegają szatanowi. Nie wstydzą się tego wcale, bo często opowiadają o tym na procesach. Trudno byłoby nam zliczyć ile takich bezwstydnic skazaliśmy na stos”.

Nie mam wątpliwości, że chętnie o tym same z siebie mówiły i chełpiły się seksualnymi podbojami zupełnie dobrowolnie, to na pewno nie były konfabulacje w wyniku barbarzyńskich katuszy, co to, to nie! Podręcznik dla łowców czarownic dowodził również, że kobiety uwielbiają się mścić, szczególnie na niewiernych kochankach lub odmawiających względów mężczyznach, i to w sposób wyszukany, czy wręcz wysublimowany, co sprawia tylko, że diabeł się nimi interesuje.

Archiwalne dokumenty opisujące procesy o czary pełne są historii opowiadających o seksie kobiet z demonami. Dorota Siedlikowa, torturowana w 1613 roku, zeznała, że „z szatanem obcowała raz: miał członki tak jako i mąż albo mężczyzna, nie chciał jej opowiadać jako go zwano, był czarny, kosmaty”. W zamian za to, że oddała mu się i duszą i ciałem obiecał jej… masło.

Lustro – dzieło szatana

Kobiety mogły się również narazić łowcom czarownic lub bogobojnym sąsiadom, gdy posiadały lustro, które uważano za rekwizyt wykorzystywany do praktykowania magii. Taki los spotkał Jadwigę z Kiersztanowa, którą w 1588 roku oskarżono, że czart ukradł dla niej lustro z Lidzbarka, by mogła przepowiadać przyszłość. Czy muszę dodawać, że zarzucono jej również kopulowanie z diabłem?

Co ciekawe zdaniem duchownych szatan nie czuł pożądania ani przyjemności, a ten cały seks to był po to, aby zadowolić czarownice, zarazić złem duszę i ciało kochanki, a przede wszystkim by zapłodnić ją nasieniem najwyższej klasy. Oczywiście plemniki nie należą do szatana, on pełni tylko funkcję nosiciela ludzkiej spermy i w ten sposób płodzi czarnoksiężników. Wszystko to brzmi bardzo sensownie, a baby to wiadomo, że jak zawsze, rozpustne.

Nie tonie? Wiedźma!

Skąd sędzia mógł wiedzieć, czy oskarżona o czary kobieta jest winna? To bardzo proste. Miał do dyspozycji całą gamę testów, które miały łatwo dowieść winy nieszczęśnicy.

Próba wody opierała się na wierzeniu, że wiedźmy wyrzekły się sakrament chrztu, więc wrzucone do jeziora, morza czy rzeki nie utoną, ponieważ woda je odrzuci. Zwykle testowaną kobietę przywiązywano sznurem, by móc ją wyciągnąć jeśli pójdzie na dno, ale oczywiście śmiertelne wypadki się zdarzały (trudno, się mówi). W Nowem na Warmii zachowała się księga z XVII wieku opisująca m.in. sprawę Elzy Kucharczykowej alias Zarębiny. Oskarżona o uprawianie magii twierdziła, że jest niewinna, więc zgodnie z prawem została poddana próbie wody. Kilka warstw spódnic utrzymało ją na powierzchni Wisły, co oczywiście stanowiło niezaprzeczalny dowód na jej demoniczne szachrajstwa. Zdarzało się również, że poddawane próbie kobiety były utrzymywane na wodzie za pomocą sznurów. Oczywiście nikt im nie wierzył, bo kto by wierzył opętanej kobiecie, więc koniec końców i tak trafiały na tortury.

Inne niezawodne metody

Innym często stosowanym testem była próba modlitwy. Wierzono, że czarownica nie jest w stanie cytować wersów z Biblii lub powiedzieć modlitwy bez pomyłki, zająknięcia się lub choćby przekręcenia słowa. Wiele ofiar myliło się z nerwów (ciężko się nie stresować, gdy walczysz o życie z bandą psychopatów) lub po prostu nie potrafiło czytać. Zresztą nawet zdanie testu śpiewająco nie gwarantowało odzyskania wolności. Podczas legendarnego procesu w Salem George Burroughs wygłosił modlitwę perfekcyjnie, ale zdaniem sędziów było to nic innego, a… sztuczka szatana.

Sposobem na sprawdzenie, czy dana osoba jest winna była także próba dotyku. Opierała się ona na założeniu, że ofiara czarownicy powinna jakoś zareagować na kontakt fizyczny z wiedźmą, a nawet uwolnić się z mocy zaklęcia.  Twierdzono również, że zaczarowane lub opętane osoby odczują ulgę, jeśli podrapią do krwi czarownicę winną swoich nieszczęść. W 1662 Angielki Rose Cullender i Amy Denny zostały oskarżone o rzucenie czarów na dwie dziewczynki, które w wyniku zaklęcia nieustannie miały zaciśnięte pięści. Gdy starsze panie dotknęły dzieci piąstki natychmiast się rozprostowały. Sędziowie chcąc mieć pewność, że dzieci nie oszukują zawiązali im oczy i pozwolili by dotykali ich inni ludzie na zmianę z oskarżonymi. Pomimo, że dzieci rozprostowały dłonie niezależnie od tego, kto ich dotykał, starsze panie i tak trafiły na szafot.

Standardową metodą było szukanie na ciele znaku diabła. Podejrzaną (lub podejrzanego) rozbierano i badano centymetr po centymetrze w poszukiwaniu znamion, podejrzanych pieprzyków, szram czy brodawek. Chętnie rozglądano się też za trzecim sutkiem, który miał służyć do karmienia zwierząt, pomocników wiedźmy. Cechą charakterystyczną diabelskiego znamienia była odporność na ból. Jeśli sąd miał problem z znalezieniu znaku na ciele zdarzało się, że zaczynano proceder nakłuwania w poszukiwaniu podejrzanego kawałka skóry. W Anglii i Szkocji pojawił się nawet dobrze opłacany zawód takich “przekłuwaczy”, którzy często posługiwali się stępionymi igłami, by wykrywać fałszywe (zupełnie jakby istniały prawdziwe…) znaki diabła na skórze.

W nagonce na czarownice jest też miejsce na odrobinę obrzydliwych kulinariów. Ciasto wiedźmy, tudzież czarownicy, miało być deserem o nadprzyrodzonych mocach. Wypiekano je z mieszanki moczu ofiary, mąki żytniej i popiołu. Apetyczny wypiek był podawany psu, który pod wpływem zjedzonej mikstury miał wskazać osobę zbrataną z szatanem.

Jak zostałaś czarownicą?

Zgodnie z procedurą podczas tortur zadawano oskarżonemu pytania zaczynając od tych dotyczących lżejszych przewinień. Wychodzono z założenia, że więzień stopniowo przyzna się do coraz poważniejszych zarzutów. W standardzie było obiecywanie aresztowanym, że odzyskają wolność lub kara będzie lżejsza, jeśli dobrowolnie przyznają się do winy. Było to oczywiście bezpardonowe łgarstwo, a po złożeniu zeznania obciążającego przez więźnia sędzia, który zaproponował układ był zastępowany przez innego urzędnika. Tak, zgadliście, nowy sędzia nie wiedział nic, a nic, nawet ociupinkę, na temat zawartego porozumienia, więc oskarżonego czekały kolejne pytania i co gorsza tortury.

Wśród pytań zadawanych podczas procesu można było znaleźć takie perełki:

Jak zostałaś czarownicą i co się wydarzyło przy tej okazji?

Kim jest ten, którego wybrałaś na swojego inkuba?

Imię twojego mistrza wśród złych demonów?

Do podniesienia którego palca cię zmuszono?

Jakie demony i jacy inni ludzie uczestniczyli w sabacie? Co tam jadłaś? Jaką muzykę tam grano i jakie tańczyłaś tańce?

Co otrzymałaś od swojego Inkuba za stosunek cielesny?

Jakie diabelskie znamię uczynił inkub na twoim ciele?

Jaką krzywdę wyrządziłaś swoim ofiarom i jak tego dokonałaś?

Z czego sporządzona jest maść, którą smarujesz kij, na którym fruwasz?

Jakie magiczne słowa musisz wypowiedzieć, aby pofrunąć?

(Jeśli znacie odpowiedź na więcej niż trzy z tych pytań, to czas się martwić)

W połączeniu z długimi godzinami cierpienia, przerażeniem i niewyobrażalnym bólem towarzyszącym torturom tego typu pytania często skłaniały przesłuchiwanych do uruchomienia pokładów kreatywności. Pewna mieszkanka bawarskiego miasteczka Eichstätt podczas procesu w 1637 dość bujnie opisała swoje poczynania w czasie sabatu. Zeznała, że na zlot czarownic latała dwa razy w miesiącu na widłach, które dostała od diabła i smarowała czarodziejską maścią. Magicznymi sztuczkami usypiała męża, dzięki czemu mogła bez przeszkód oddawać się diabłu w swoim domu.

Sędziemu podała słowa zaklęcia, które wypowiadała, by móc pofrunąć, opisała jedzenie serwowane podczas sabatu, tańce i kopulację w krzakach, a nawet poinformowała z jakich kubków pito białe wino. Wiemy też, że podczas lotu z szatanem, zawsze siedziała z tyłu i zwykle niewiele widziała, bo zionął ogniem. Szkotka, Isobel Gowdie, w 1662 roku wyznała natomiast, że wspólnie z siostrą używają zaklęć, by przemienić się w króliki, koty, krowy i inne zwierzęta. Deklarowała nawet, że czasem bywały pogryzione przez psy łowne.

Dobroczynne tortury

“Nic lepszego człowiek nie może zrobić człowiekowi, niż uwolnić go od bólu, i nic gorszego, niż mu ból zadać” zapisał w “Małych listach” Sławomir Mrożek.

Tego samego zdania ewidentnie byli kaci i sędziowie podczas procesów o czary. Wejście bosą stopą na klocka Lego, uderzenie się w piszczel, ugryzienie w język lub kopnięcie małym paluszkiem o nogę stołu  – to wszystko boli, że olaboga, ale jest niczym w porównaniu z mękami, które przechodziły domniemane czarownice. Według prawa paranie się czarami było zbrodnią wyjątkową i najlepszym sposobem na udowodnienie winy, w obliczu braku tradycyjnych i namacalnych dowodów, było przyznanie się oskarżonego. Najlepszą metodą na uzyskanie takiej deklaracji były tortury. Z tymi jest tylko taki mały problem, że przyznasz się do wszystkiego, byleby już nie cierpieć.

Jeśli mieliście jakieś wątpliwości, to warto dodać, że wszystkie te procesy i polowania na czarownice prowadzone były przede wszystkim dla dobra opętanych i z myślą o zbawieniu osoby badanej. Dlatego właśnie kat musiał zadawać ból w taki sposób, aby jego podopieczna żyła (oraz cierpiała) jak najdłużej i nie umarła bez wykazania skruchy i pojednania z Bogiem. Wszystko w szczytnym celu! Oczywiście wpadki się zdarzały. W 1693 roku w Gutenhag Maria Wukinetz siedziała przez 11 dni na krześle inkwizytorskim, zwanym również krzesłem czarownic, wyposażonym w liczne kolce i zapięcia trzymające ofiarę w bezruchu. Umęczona kobieta straciła rozum i zmarła nim wymuszono na niej zeznania.

Proces o czary w Salem

Diabeł kryje się we włosach

Tortury czekały wszystkie osoby posądzone o przestępstwa ciężkie i różne ich typy były przypisane do konkretnych występków. Sama procedura prowadzenia męczarni i przesłuchania była ściśle opisana. Wszystkim oskarżonym o magię golono włosy, bo wierzono, że kryje się w nich diabeł i cierpi za czarownicę lub czarownika, co mogło utrudnić uzyskanie przyznania się do winy. Na początek strażnik miał za zadanie przygotować narzędzia tortur i rozebrać więźnia, by nie mógł on nigdzie ukryć diabelskich preparatów. Kobiety były wcześniej rozbierane przez inną kobietę, koniecznie sprawiedliwą, szlachetną i cieszącą się nieskazitelną opinią. To był jeszcze ten etap, gdy oskarżona miała szansę przyznać się do wszystkiego, bez łamania, miażdżenia czy przypalania jakichkolwiek części ciała.

Jeśli straszenie widokiem narzędzi nie przynosiło rezultatów badana (cały proces nazywany był badaniem, aż trochę teraz strach iść do lekarza) osoba była przygotowywana do pierwszej tortury, najczęściej strappado (wahadła), czyli zrywania mięśni i więzadeł poprzez związanie rąk z tyłu i przymocowanie ofiary pod sufitem. Co było dalej? Możecie sobie wyobrazić albo dowiedzieć się, co znaleziono w raporcie sądowym opisującym pierwszy dzień katorgi Niemki oskarżonej o czary w Prossneck w 1629 roku. To przykładowy opis zaledwie kilku godzin “badań”.

Kat oblał jej głowę alkoholem i podpalił, a następnie umieścił siarkę pod ramionami i na plecach, po czym również podłożył ogień. Zostawił oskarżoną zawieszoną za ręce w bolesnej pozycji na trzy do czterech godzin, podczas gdy oprawcy poszli… zjeść śniadanie. Gdy wrócili kat ponownie oblał alkoholem jej plecy i podpalił, a na dodatek zmiażdżył kciuki i duże palce u stóp, a do tego wychłostał ją biczem do krwi. Skatowana kobieta wielokrotnie zemdlała w trakcie tortur. Przed przerwą na obiad kat umieścił kciuki i duże palce u stóp torturowanej między deskami i pozostawił kobietę cierpiącą męczarnie na stole tortur na kolejne trzy godziny, gdy sędzia i funkcjonariusze jedli.

Iść w zaparte

Tortury dzielono na wstępne i końcowe. Te pierwsze miały wymusić na torturowanym, a częściej torturowanej, dowód koronny, czyli przyznanie się do winy. Stosowano rozbieranie do naga, zastraszanie, biczowanie,  różne formy ściskania i miażdżenia palców, podwieszanie oraz rozciąganie. Do taktyk podstawowych kaci dodawali wedle uznania różne dywersyfikację jak podpalanie i przypalanie. Były też kary dodatkowe zarezerwowane dla przestępstw specjalnych. Celem tych męczarni było wzmocnienie cierpienia w ramach kary. Przykłady? Obcinanie kończyn lub wyszarpywanie kawałków ciała.

Po tortury końcowe sięgano, gdy przesłuchiwana osoba kategorycznie odmawiała przyznania się do winy, milczała jak zaklęta lub nie chciała wydać swoich wspólników. Zdarzało się, że nieustępliwe deklarowanie niewinności mogło uratować życie. W 1692 roku w Falmierowie na Wielkopolsce spalono na stosie Katarzynę Błachową, Katarzynę Derlinę, Reginę ze wsi Gromadno oraz staruszkę o imieniu Barbara. Razem z nimi sądzona była też Anna z Żelaznego, ale jako jedyna z piątki „czarownic” do niczego się nie przyznała, pomimo potwornych tortur, została więc “tylko” wygnana ze wsi.

Cennik kata: za przygotowanie do zmiażdżenia kciuka należy się…

Majątki spalonych na stosie trafiały w ręce sądu, a z samego polowania na czarownice doskonale żyło tysiące łowców, jak na przykład angielski adwokat Matthew Hopkins. Podróżował po całej Anglii w poszukiwaniu kobiet opętanych przez szatana i budził paniczny strach w kolejnych miejscowościach. Chodzą słuchy, że raz udało mu się odkryć 29 wiedźm za jednym zamachem, co nikogo nie powinno dziwić, bo arcybiskupstwo płaciło mu „od głowy”. Może chciał kupić nowy dom? Całe szczęście karma czasem lubi dać o sobie znać. Gdy któregoś dnia łowca skazał na męki sędziwą staruszkę oburzony tłum wymusił na nim poddanie się próbie wody, której Hopkins, szczęśliwie dla kolejnych rzekomych czarownic, nie przeżył.

„Młot na czarownice” (Wydawnictwo XXL, 2008)

W życiu nie ma nic za darmo – również tortury kosztowały. Kaci mieli wygórowane oczekiwania jeśli chodzi o pensję, stąd też w 1757 roku arcybiskup Kolonii poza stałym dochodem ustalił również dla egzekutorów cennik usług. I tak na przykład łamanie żywcem na kole kosztowało 4 talary niemieckie, przybicie do szubienicy odciętego języka 1 talar i 26 albusów, a za drugi stopień tortur, uwzględniając nastawienie członków po fakcie i sprawdzenie więźnia 2 talary i 26 albusów. Arcybiskupstwo musiało także pokryć koszt podróży, wyżywienie, dzienne wydatki oraz potrzebne do zadawania męk sznury.

Ostatnia czarownica

Część historyków uważa, że ostatnia czarownica została spalona na stosie na ziemiach polskich w 1811 roku. Barbara Zdunk, bo o niej mowa, została oskarżona o wywołanie pożaru w Reszlu w 1807 roku. Jako motyw podawano chęć zemsty na kochanku, który ją odtrącił, a taka narracja idealnie pasuje do mądrości zawartych w “Młocie na czarownice”.  Matka czwórki dzieci przez cztery lata była więziona i torturowana, nim odebrano jej życie. Gdy Barbara przebywała w zamknięciu nadal wybuchały w mieście pożary, ale co was pewnie już nie zaskoczy, ten fakt wcale nie działał na jej korzyść. Uznano, że podkłada ogień przy użyciu czarów.

Zarzut o korzystanie z magii jest podważany przez część historyków, którzy twierdzą, że brakuje dokumentacji sądowej potwierdzającej tę tezę. Prawdopodobne jest, że egzekucja odbyła się jako „zwykła” kara za podpalenie.  Jeśli tak właśnie było, to ostatnią „wiedźmą” skazaną zgodnie z prawem i na drodze procesu jest Anna Göldi, stracona w Szwajcarii w 1782 roku.

Diabeł się tobą interesuje i twoimi tatuażami też!

Przed długi czas uczestniczenie w egzekucjach było normą społeczną i swego rodzaju rozrywką. Znieczulica była na tyle głęboka, że podobno podczas ćwiartowania na rynku w Krakowie w 1564 roku kat i publiczność żartowali wspólnie z anatomii mordowanego skazańca.  Podczas tego typu wydarzeń tłum obserwował unicestwienia zła, co w pewnym stopniu pomagało ludziom radzić sobie z lękiem wywoływanym problemami ówczesnego świata. Zdarzało się, że w przypadkach uniewinnień potencjalnej czarownicy mieszkańcy danego miasteczka rozjuszeni, ich zdaniem błędną, decyzją sędziego protestowali i rozpoczynali zamieszki. Czy tak wiele zmieniło się od tamtych czasów? Czy staliśmy się mądrzejsi? No właśnie nie wiem.

“Biblia wyraźnie zabrania praktyk okultystycznych, o czym świadczą chociażby wybrane fragmenty Starego Testamentu: >>Nie będziecie uprawiać czarów<< (Kpł. 19,26) lub >>Ja, Pan, tylko Ja istnieję i poza mną nie ma żadnego zbawcy”<<(Iz 43,11). Magia nie jest wytworem ludzkiej fantazji, czy też jak niektórzy twierdzą “odkryciem” chrześcijaństwa, lecz realnym zagrożeniem i siłą. Nie musimy się jednak tak bardzo lękać, jeśli żyjemy zgodnie z zasadami wiary, korzystając przy tym z dobrodziejstwa Sakramentów“.

Takie zapewnienia i przestrogi możemy przeczytać na stronie Parafii Najświętszej Maryi Panny w Ozorkowie.

Kilka lat temu w internecie głośno było o Księdzu Natanku, który zdobył popularność dzięki swoim kazaniom. Duchowny edukował wiernych, jak rozpoznać obecność szatana, a symbolami zła w jego mniemaniu są m.in. irokezy, jaskrawo pomalowane paznokcie, karate, akupunktura i Pokemony. Dla tych, co nie znają podrzucam wyborny cytat: “Jeśli Twoje dziecko wiesza sobie metal gdzieś na oku, na tyłku to wiedz, że diabeł się nim interesuje. Jeśli na głowie twojego syn jawi się żel, irokezy, wiedz że tam się coś bardzo mocno burzy. Jeśli twoja dorastająca córka używa jaskrawych kolorów do paznokci – czarny jak piekło, czerwony jak ogień, to wiedz, że coś się dzieje […] Jak ci już robi tatuaże na ręku to już wiedz, że jest źle. Jeśli Ci słucha techno, heavy metalu, czarnego rocka, to już wiedz, że coś się z twoim dzieckiem dzieje”.

Ja wiem, że taki ksiądz, co mu brakuje piątej klepki (a jego wypowiedzi zostały potępione przez Kościół) to jest margines, ale jednak trochę mnie niepokoi, że ma on swoich zwolenników – Rycerzy Chrystusa Króla jest podobno około czterech tysięcy.

Jest też ksiądz Piotr Glas, którego zdaniem tatuaże to “kontrakt krwi z szatanem” a „farby, których się używa są demonicznie przetwarzane”. To by chyba oznaczało, że jestem czarownicą? To wsiadam na miotłę i lecę…

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

 

Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
Zawodowo siedzi w marketingu od 2010 roku. W wolnych chwilach konfabuluje, czyta i zwiedza zamki. Wielbicielka tatara, wciąż szuka tego idealnego. Słoń nadepnął jej na ucho, nie ufa gołębiom, lubi pociągi i jeść śniadania na mieście. Przed każdą podróżą samolotem spisuje testament. Żałuje, że nigdy nie pozna Tove Jansson i nie pójdzie na koncert The Beatles.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Magazyn

(Nie taka) krótka historia gołego tyłka i uwolnienia piersi

Codziennie rano zakładasz figi / stringi / bokserki / stanik (niepotrzebne skreślić), a może nawet masz swoją ulubioną bieliznę na specjalne okazje. Wyobraź sobie, że kiedyś majtek nie było, a jedne z pierwszych były nazywane “strojem na nogi”. Stanik ma za sobą natomiast bolesne dziedzictwo gorsetów.
Ania Ciężkowska
Ania Ciężkowska
11 lutego 2018
CZYTAJ WIĘCEJ