“Zróbmy swoją szkołę wiedźminów” – rozmowa z Bartkiem Zioło z The Witcher School

8 minut czytania
1415
0
Kajetan Kusina
Kajetan Kusina
28 czerwca 2018
fot. Piotr Müller/Facebook.com/WitcherSchool

Odsłuchaj

Mistrzowie fechtunku uczą adeptów posługiwania się wiedźmińskim mieczem, a w lochach zamczyska kryją się rozmaite dziwne stwory… Przygodę jak z książek i gier o Wiedźminie można przeżyć w realu! Takie możliwości daje wzięcie udziału w larpie „The Witcher School”. Rozmawiamy z jednym z twórców, Bartkiem Zioło.

Kajetan Kusina: Jesteś w stanie oszacować ilu adeptów wiedźmińskiego fachu udało się wam dotąd wyszkolić?

Bartek Zioło: Mamy za sobą już 20 edycji (z czego 9 międzynarodowych, na które zjeżdżają się osoby z całego świata). Odwiedziło nas na nich już trochę ponad 1000 osób. Ta liczba byłaby jeszcze bardziej imponująca, gdyby nie fakt, że wiele osób powraca – czy to kontynuując przygody swoich bohaterów, czy też odwiedzając zupełnie inne scenariusze.

fot. Piotr Müller/Facebook.com/WitcherSchool

Na czym ta cała szkoła polega?

To symulacja świata wiedźmina. Uczestnicy wcielają się w adeptów rozpoczynających swoje szkolenie w wiedźmińskiej szkole, a cała akcja gry dzieje się na 200 lat przed wydarzeniami znanymi z książek i gier. Dla każdego tworzony jest unikatowy bohater – z własną przeszłością, motywacjami czy celami do realizacji. W trakcie gry uczą się oni różnych typowo wiedźmińskich umiejętności (od walki mieczem czy przetrwania w lesie, przez alchemię i magiczne znaki po tworzenie własnego ekwipunku czy wiedzę o potworach), zgłębiają historię szkoły czy różne przygotowane przez nas wątki fabularne.

Na zamku można spotkać całą rzeszę postaci (odgrywanych przez podstawionych przez nas aktorów) – czy to wiedźmińskich mistrzów, czarodziejki, bardów, żołnierzy itd. Gra trwa przez około 55 godzin bez przerwy (również w nocy), a na czas jej trwania cały zamek dostępny jest wyłącznie dla uczestników wydarzenia. Wszystko – od pobudek przez posiłki aż po polowania na potwory prowadzone jest “w klimacie”, a uczestnicy w pełni wcielają się w swoich bohaterów – wszystko, co robią bądź mówią jest tym, co zrobiliby właśnie oni.

fot. Kamil Nowakowski/Facebook.com/WitcherSchool

To brzmi, jak praca wymagająca bardzo dużej skrupulatności.

Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia przykładamy sporo uwagi nawet do najmniejszych detali. W trakcie gry nie używamy elektrycznego oświetlenia ani żadnych innych nowoczesnych przedmiotów. Wszystkim uczestnikom zapewniamy kostiumy i rekwizyty pasujące do świata Wiedźmina. Nasi aktorzy cały czas są w roli i starają się wciągać graczy w najróżniejsze przygotowane wcześniej historie. Ekipa scenograficzna zakrywa wszystkie nowoczesne elementy na zamku (wliczając w to nawet kontakty w ścianach itd). Instruktorzy to specjaliści w swoich dziedzinach, którzy przekazują uczestnikom prawdziwą wiedzę i umiejętności – szermierki uczą więc profesjonalni instruktorzy (czy reprezentanci Polski w walkach rycerskich), a alchemii zawodowi chemicy czy farmaceuci. Wszystko oczywiście cały czas z zachowaniem klimatu – bo to właśnie po niego wszyscy do nas przyjeżdżają.

Czy nowi uczestnicy nie czują się w tym zagubieni?

Oczywiście nie zostawiamy uczestników samych sobie. Przed każdą grą prowadzimy ponad dwugodzinną sesję warsztatową, a gdy już się ona skończy na zamku przeprowadzamy afterparty do samego rana, w trakcie którego uczestnicy mają okazję podzielić się wrażeniami z przygody czy po prostu wybawić do białego rana. To tylko ogólny opis tego “na czym ta cała szkoła polega” – mógłbym mówić o tym jeszcze długo. Wspomniana przeze mnie na początku “symulacja świata wiedźmina” to chyba najtrafniejszy skrótowy opis czym jest The Witcher School, tak długo jak zdajemy sobie sprawę z tego, jak wiele części się na nią składa.

fot. Piotr Müller/Facebook.com/WitcherSchool

Czy te parę lat temu ktokolwiek wierzył, że tak rozbudowany larp może przyjąć się w Polsce na stałe?

To zabawne, ale nie. Nawet ludzie “siedzący w tym hobby”. Do dziś pamiętam wypowiedzi typu “ale kto by chciał zostać wiedźminem” albo “to jest nieciekawe, zrobiłbym to lepiej”. No i oczywiście nieśmiertelne “za takie pieniądze, chyba kogoś tutaj pop…”. Co zabawne – kilku autorów takich słów wypowiedzianych przed trzema laty, teraz na The Witcher School przyjeżdża regularnie – czy to jako uczestnicy, czy członkowie kadry, która pomaga nam realizować wydarzenie.

Dla czytelników nieobeznanych z larpami warto chyba nakreślić, jak wyglądały one u nas powiedzmy 15 lat temu. To chyba niesamowity przeskok w jakości i skali.

Ciężko mi się wypowiadać za ogół larpów na całym świecie. Już 15 lat temu z pewnością istniały wartościowe gry, z których niestety ciężko teraz znaleźć dokumentację (choć jeśli się odpowiednio poszuka to można). Jednakże larpy wtedy (i dziś niestety wciąż też w znacznym stopniu) kojarzyły się głównie z “grupą dzieciaków przebierających się w zasłony ukradzione mamie i biegających po lesie wyobrażając sobie, że są elfami”. I trochę tak było – pamiętam, że gry w których sam uczestniczyłem te 15 lat temu raczej nie przywiązywały takiej uwagi do scenografii, kostiumów czy rekwizytów, jak ma to miejsce teraz. Wiele rzeczy było niedopracowanych, mało kto w ogóle rozumiał, że można tworzyć interesujące symulacje, które w pełni wciągną uczestników w świat gry. Główną różnicą wtedy było to, że rzadko kiedy robiło się larpy, które były nie tylko “dla znajomych”.

Owszem, najstarsze polskie wciąż odbywające się imprezy (jak np. “Orkon” czy “Flamberg”) już wtedy istniały od wielu lat, wciąż jednak skupiały się raczej wokół grupy stałych bywalców, przyzwyczajonych do pewnego rodzaju i poziomu rozrywki. Nie mówię, że te 15 lat temu nikomu nie chciało się starać – wciąż, jak wspominałem, można spokojnie sięgać do tamtych czasów po fajne inspiracje itd. Ale dopiero od jakiegoś czasu twórcy zaczęli przywiązywać większą uwagę do tego, jak ich gry po prostu wyglądają. I to jest ogólny trend, widoczny nie tylko na takich produkcjach jak The Witcher School.

fot. Piotr Müller/Facebook.com/WitcherSchool

A jak wypadamy na tle zagranicznym?

Ostatnio trafiłem na Facebooku na wypowiedź na jednej z grup dla larpowców z USA. Autor pisał: “Chyba widziałem zbyt wiele materiałów z polskich larpów, bo teraz jak widzę zdjęcia z normalnych gier, to chce mi się płakać nad poziomem kostiumów”. Można więc powiedzieć, że polska scena jest w ogóle pod względem technicznym (ale nie tylko!) mocno doceniana na całym świecie.

Jak właściwie wyglądał sam początek waszej inicjatywy? Bo tak rozbudowane przedsięwzięcie nie zaczyna się chyba od tego, że ktoś krzyczy: “Ej, robimy swoją szkołę wiedźminów”.

A właśnie, że tak się trochę zaczęła. W skrócie – pod koniec 2014 roku pojechałem na organizowane w zamku Czocha przez firmę z Danii “College of Wizardry” – grę wtedy jeszcze w uniwersum Harrego Pottera (niestety autorom nie udało się zabezpieczyć licencji na stałe) jako część “ekipy od efektów specjalnych”. Robiliśmy wybuchy, oświetlenie, bezpieczne podpalenia i powieszenia oraz inne tego typu rzeczy. Tak się złożyło, że pracowaliśmy wtedy z Dastinem Wawrzyniakiem – jednym z właścicieli Agencji 5 Żywiołów, odpowiedzialnej właśnie za – jeszcze wtedy nie istniejący – projekt The Witcher School. Niedługo potem zaprosił on mnie (i jeszcze Krzyśka Maja, który też pracował wtedy z nami) do swojego miasta aby pogadać o “jakimś wspólnym projekcie”. Ostatecznie trafiliśmy na zamek w Mosznej, gdzie rozmowa była już krótka – Dastin miał zaplecze ze swojej agencji, ludzi do pracy, dobre dojścia w zamku i pieniądze, które chciał zainwestować w stworzenie własnego projektu. Potrzebował tylko pomocy w samym wymyśleniu struktury gry. I tutaj było miejsce dla nas. Wiedźmin od początku był na stole – to było uniwersum nie tylko bardzo bliskie nam wszystkim, ale też wręcz idealne do stworzenia porządnej symulacji na żywo.

Jak pozyskaliście prawa autorskie to posługiwania się postacią Wiedźmina?

W miarę szybko udało się uzyskać pozwolenie na korzystanie z licencji oraz wsparcie (bez których pewnie nigdy nie udałoby się nam osiągnąć takiego sukcesu) od CD Projekt RED. Potem były niecałe dwa miesiące szaleńczej pracy – zbierania ekipy, wymyślania scenariuszy, dopracowywania scenografii, kostiumów i innych detali – po których jakimś cudem na początku kwietnia 2015 udało się nam wystartować z pierwszą edycją. Projekt od tamtego czasu oczywiście niesamowicie się rozwinął, ale gdyby nie właśnie determinacja i wspomniane przez ciebie “ej, zróbmy swoją szkołę wiedźminów” pewnie nic by z tego nie wyszło.

fot. Kamil Nowakowski/Facebook.com/WitcherSchool

Zainteresowanie nie spada, ściągacie także międzynarodowe środowisko. Jak wygląda obecnie obłożenie następnych edycji? Czy byli adepci ponownie wracają?

Owszem, nie spada. Nasze międzynarodowe edycje odwiedzili ludzie z ponad 30 krajów – najbardziej egzotyczne z nich to np. Brazylia, Tajwan czy RPA. Nie spada też zainteresowanie polskimi Szkołami Wiedźminów, robionymi specjalnie dla lokalnych fanów. Dwie z trzech edycji zapowiedzianych na jesień tego roku mamy już w pełni wyprzedane, na ostatnią zostało już tylko kilka wejściówek. Praktycznie codziennie dostajemy też zapytania o terminy na 2019.

The Witcher School jest skonstruowany trochę jak serial. Każdy “sezon” składa się z sześciu “odcinków” – każdy z nich jest osobną całością, ale wydarzenia i decyzje uczestników z jednego wpływają na kolejne. Dzięki takiemu rozwiązaniu mogą oni wracać na kolejne odsłony historii i kontynuować losy swoich bohaterów. Oczywiście nie oznacza to, że zamykamy się na napływ nowych uczestników, wręcz przeciwnie, dzięki takiemu zabiegowi wrażenie “żyjącego świata” w czasie gry jest jeszcze silniejsze.

Na zakończenie – mógłbyś opisać trzy wydarzenia z całej szkoły, które najbardziej zapadły ci w pamięć?

Mógłbym opowiadać o tym godzinami, postaram się jednak wspomnieć o trzech moich ulubionych wydarzeniach. To tylko pierwsze przykłady, jakie przychodzą mi do głowy – nie byłbym w stanie wybrać realnego “top 3”. Ostrzegam, to będą trochę spoilery.

Na jednym scenariuszy mamy postać bożątka. To taki typowy dla wiedźmina “potwór”, wzorowany troszkę na leśnych skrzatach. Radosny, czasem robiący jakieś niewinne psikusy, generalnie kręcący się po zamku jako typowy “comic relief”. Do czasu aż na śniadaniu nie postrzeli z kuszy jednego ze służących. W ramach “kary” na adeptów spada obowiązek uspokojenia stworka. Wkładają więc go w dyby i wypalają na plecach specjalne znaki rozgrzanym żelazem. Skóra jest oczywiście sztuczna, błagalne krzyki i łzy uczestników już nie.

fot. Kamil Nowakowski/Facebook.com/WitcherSchool

Innym razem mieliśmy pogrzeb jednego z mistrzów. Mocna scena ze szpalerem z mieczy, ciałem zawiniętym w całun na noszach, wielkim stosem pogrzebowym itd. To, co najbardziej mi zapadło w pamięć to fakt, że – mimo iż to była postać wyraźnie zaprojektowana, aby jej nie lubić – większość graczy właśnie wtedy poczuło, że to jednak jest poważna gra stawiająca mocno na konsekwencje akcji uczestników. Jak to na wiedźmina przystało.

fot. Piotr Müller/Facebook.com/WitcherSchool

Staramy się do gry wprowadzać też postaci znane z kanonicznych źródeł o wiedźminie (np. książek czy gier). Jedną z nich jest choćby Gaunter O”Dim, popularnie znany jako Pan Lusterko. Uczestnicy mieli możliwość dogadywania się z tym potężnym demonem o praktycznie wszystko, oczywiście za odpowiednią cenę. Konieczność sprzedania swojej duszy wydawała się dla jednego z uczestników odpowiednią opłatą za przywrócenie do życia jego wielkiej miłości (podstawionej przez nas bardki, która zginęła dzień wcześniej w trakcie incydentu ucieczki potworów przetrzymywanych w laboratorium). Na jego nieszczęście, nigdy nie doprecyzował samej umowy. Gaunter oczywiście dotrzymał słowa i niedługo potem przyszedł do nieszczęśliwie zakochanego mając na rękach jednego z zamkowych kotów…

fot. Piotr Müller/Facebook.com/WitcherSchool

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Kajetan Kusina
Kajetan Kusina
Rocznik 1989. Absolwent Uniwersytetu Gdańskiego. Nałogowo pochłania kulturę, opisują ją, a także tworzy. Prowadzi bloga kusinakulture.pl i pisze komiksową serię "Niesłychane Losy Ivana Kotowicza".
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Nauka

„Wiesz ile osób umrze, jeśli nie stanę do walki?” O grach, dzieciach, uzależnieniach i podobieństwie klawiatury do flaszki z wódką

Alkoholik, gdy nie ma dostępu do alkoholu, myśli głównie o tym, jak go sobie zorganizować. Gracz ma tak samo. Gdy musi zająć się czymś innym, i tak nieustannie myśli o powrocie do klawiatury czy konsoli. O nałogowym graniu, krwawych "strzelankach" i kontrowersjach wokół wpisania gier wideo na listę uzależnień, opowiada psycholog z Uniwersytetu Gdańskiego, dr Marcin Szulc.
Michał Piasecki
Michał Piasecki
3 lutego 2018
CZYTAJ WIĘCEJ