Archeologia i historia w służbie polityki

6 minut czytania
456
0

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Polityka zawsze lubiła bratać się z historią. Przemilczanie jednych faktów i wyolbrzymianie innych, wymyślanie nowych rocznic i obalanie świąt poprzedniego układu politycznego. Zmienianie nazw ulic. Wszystko to jednak nie może się równać z polityką wjeżdżająca na grzbiecie odkryć archeologicznych.

„Wiedzę o historii można porównać do dżungli, gdzie każdy walczy o swoje prawa. Jeśli ktoś nie pilnuje swojego interesu – zostaje zjedzony przez innych – pisał Norman Davis. A jak to w dżungli bywa niektórzy zachowują się w niej z gracją agresywnego pawiana, a inni subtelnego węża. W XV wieku władca Azteków Itzcoatl spalił wszystkie księgi jakie mógł znaleźć w kraju, aby ukryć przed przyszłymi pokoleniami trudną historię początków jego wielkiego narodu.

Palenie ksiąg to tylko jeden z ogromnego arsenału niezbyt dyskretnych sposobów na prowadzenie polityki historycznej, choć na pewno spektakularny.

Poznajcie Ötziego

Mężczyzna, 160 cm wzrostu, 50 kg, szatyn, prawdopodobnie brązowe oczy, grupa krwi „0” z podejrzeniem nietolerancji laktozy. Ale za to bez nadwagi. Na co dzień lubi nosić skóry zwierząt – niedźwiedzia, kozicy albo jelenia.

Gdyby to był Tinder, pewnie dalibyśmy w lewo. Ten kawaler trafił jednak na inne targowisko próżności i sprawił, że dwa narody rozpoczęły o niego wojnę. Historyczną.

W 1991 roku Helmut i Erika Simon przechodzą przez tyrolską dolinę. Znajdują na swojej drodze zmumifikowane ciało z czwartego tysiąclecia p.n.e.: Ötziego – bo tak nazywa go świat, na cześć doliny, która została miejscem jego ostatniego spoczynku.

Po obu stronach Alp decydentom i naukowcom oczy zaskrzyły z podniecenia. Öztie miał zadziałać jak magnes na turystów. Problem polegał na tym, że musiał najpierw zdecydować się jakiej jest narodowości. Dolina Ötz znajduje się na granicy Włoch i Austrii, a mumia idealnie nadawała się do tego by się o nią pokłócić.

Wojna o mumię

Początkowo Ötzim zajmował się Instytut Medycyny Sądowej w Innsbrucku w Austrii. Włosi wezwali jednak do pomocy oddział geologów i geometrów, którzy zmierzyli Dolinę Ötz z zapałem godnym lepszej sprawy i oficjalnie stwierdzili, że mumię znaleziono na terytorium Włoch. Ötzie musiał w trybie szybkim „wrócić do domu” w Bolzano.

Rekonstrukcja Ötziego  fot. Thilo Parg / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3

Potem trzeba było doszlifować profile samych odkrywców. W mniemaniu Włochów Simonowie, jako Niemcy, zupełnie nie nadawali się do odegrania zaszczytnej roli odkrywców protoplasty narodu. Na ścianie muzeum w Bolzano powieszono pamiątkową tablicę, w której ich rolę umniejszono. Zostali określeni jako ci, którzy Ötziego po raz pierwszy: „zobaczyli”, ale nie odkryli. Odmówiono im również darmowego wstępu do muzeum, nie zapraszano na oficjalne imprezy organizowane by uczcić rocznice dokonania odkrycia.

Tymczasem Helmut Simon został całkowicie pochłonięty nową rolą. Być może tablica w Bolzano deprecjonowała jego osiągnięcia, ale na swojej oficjalnej wizytówce umieścił podpis: „odkrywca Öztiego” a w klapie nosił znaczek z wizerunkiem mumii. Samego Öztiego nazywał swoim bratem, Mein Bruder.

Potem była propozycja pieniędzy, w zamian za odpuszczenie sprawy. Niecałe pięć tysięcy euro. Zamiast propozycję przyjąć, Simonowie napisali pozew. 10 lat później sprawa zakończyła się wygraną Niemców, ale wyrok zapadł już po tajemniczej śmierci Helmuta. Zaginął w 2004 r. w czasie wyprawy górskiej, prawie dokładnie w tym samym miejscu, w którym kilkanaście lat wcześniej znalazł Ötziego. Mein Bruder przyjął wszystko ze stoickim spokojem.

Państwo Simon nie powinni się byli dziwić. Wpadli w tryby machiny napędzanej jednym z najlepszych paliw na świecie – polityką historyczną.

Archeologia stała się przedłużeniem polityki

Wykopaliska, grobowce, legendy, złote pociągi. Okrycia archeologiczne hipnotyzują opinię publiczną niczym występy Houdiniego. Okryte kurzem mury pałaców i zapomniane już barykady nadają się do tworzenia narodowych mitów. Nikt nie pamięta jak było, co symbolizowały i w jakich mękach się rodziły. Piękne skorupy świetnie nadają się żeby tchnąć w nie nowe życie. A naród, jak każdy człowiek, lubi kiedy opowiada mu się pięknie ilustrowane historię – mit o jego początku.

W siedemnastowiecznej Polsce szlachta była dumna z tego, że Polacy pochodzą od walecznego Sarmatów, których akurat wtedy odkurzono z półek z zapomnianymi starożytnymi plemionami. Trend ten został odwrócony w czasach oświecenia, kiedy sarmatyzm kojarzony był przede wszystkim z coraz bardziej nie znającą granic szlachecką fantazją i warcholstwem. Jak było naprawdę niewiele osób już interesuje, ale po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła „sarmatyzm” znajdziecie artykuły płonące żywym ogniem. Ważne jest raczej poczucie tożsamości narodowej, które z takiego pokrewieństwa mogło wynikać, niż geny.

Zamek Królewski w Warszawie fot. Justyna Dzik-Wykrętowicz

Polityce historycznej zawdzięczamy też rozpoczęcie odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie. W latach siedemdziesiątych wydarzenie to relacjonowane było w telewizji z natężeniem równym wypowiadaniu ZSRR wojny. Ale chyba żadne polskie wykopaliska nie splotły swoich losów z polską polityką mocniej niż Biskupin.

Dziś prawdziwych Prasłowian już nie ma

Od chwili odkrycia, rodowód Biskupina jak papierek lakmusowy odbijał nastroje polityczne w naszym regionie. Rozpoczęcie prac wykopaliskowych zbiegło się w czasie z rozkwitającym nacjonalizmem w Europie.

Od początku XX wieku niemieccy historycy dwoili się i troili, aby dowieść istnienia niemieckich praw do ówczesnych terenów Polski. Zagubione w mgle historii plemiona zamieszkujące ziemie Wielkopolski, Pomorza czy Śląska dwa czy trzy tysiące lat temu, okazywały się być odległymi krewnymi Niemców, a ich obecność na tych obszarach argumentem potwierdzającym prawa do każdego skrawka ziemi na daleki wschód od Odry. Hitler chciał mieć porządną ideologiczną podkładkę do swoich podbojów, a archeologia i antropologia doskonale się do tego nadawały. Odkrycie Biskupina w tych trudnych czasach stało się więc kwestią wagi państwowej.

Polacy potrzebowali kontrargumentu. Po polskiej stronie granicy zaczęły jak grzyby po deszczu pojawiać się artykuły naukowe i teorie, według których gród w Biskupinie miał być siedzibą prasłowiańskiego plemiona, które w dodatku osiągnęło znacznie wyższy poziom cywilizacyjny niż Germanie. Biskupin został nawet okrzyknięty „polskimi Pompejami”. To wtedy zrodził się cudowny mit pokojowo nastawionego Słowianina brutalnie atakowanego przez dzikie germańskie hordy.

Biskupin fot. Justyna Dzik-Wykrętowicz

Krótko potem wybuchła II wojna światowa. Biskupin wraz ze stacją archeologiczną znalazł się po niemieckiej stronie barykady. W obiegu pojawiły się twierdzenia i dowody na to, że to bynajmniej nie Słowianie, a jakiś inne, nieistotne i zapomniane dawno plemię było autorem murów biskupińskich. Plemię to miało pecha trafić na germańską szarżę, która zmiotła ich z powierzchni ziemi. I oczywiście plemię to nie było w żadnym wypadku słowiańskie, potwierdzając tym samym, w poczuciu hitlerowców, kolejną już teorię o tym kto pierwszy pojawił się w tej części Europy.

Proletariusze Biskupina, łączcie się!

Doskonałą, acz jakże subtelną woltę, w interpretacji biskupińskiego znaleziska zaserwowała nam po wojnie komunistyczna władza. Biskupin stał się kolebką nie tylko naszego państwa, ale i polskiego marksizmu. Ponieważ w latach pięćdziesiątych co najmniej połowa niemieckiego narodu okazała się być sojusznikiem (NRD), stonowano nieco retorykę o agresywnym niemieckim najeźdźcy.

Zgodnie z nową wersją historii, ludność Biskupina ukazywana była jako wspólnota nieznająca podziału klasowego, która dzieliła między swoich członków owoce ich wspólnej pracy. Ten idylliczny stan został przerwany przez rodzący się feudalizm, który (tak jak współczesny drapieżny kapitalizm) stanowił antytezę komunistycznej wspólnoty Prasłowian. W ten sposób próbowano trafić do przekonania Polaków z tezą, jakoby komunizm nie był jakimś narzuconym, przywiezionym w walizce ze Moskwy pomysłem, ale ideą wręcz na stałe wpisaną w polskie geny.

Jednocześnie przedstawianie Biskupina jako grodu prapolskiego pozwalało na lansowanie wygodnej dla komunistycznej władzy wersji historii. Istnienie państwa polskiego nie było nierozerwalnie związane z kościołem katolickim. Skoro istniało na długo przed tym jak Mieszko I przyjął chrzest, to będzie istnieć również i bez kościoła. Promocja tej idei zbiegła się w czasie z obchodami 1000-lecia chrztu polskiego, organizowanego rzecz jasna przede wszystkim przez kościół katolicki. W opozycji do niego władze państwowe zorganizowały laickie obchody tysiącletniej państwowości polskiej. Władysław Gomułka powiedział wtedy, że socjalistyczne państwo stanowi wieńczący etap w tysiącletniej historii Polski.

Historia buduje morale narodu i daje poczucie pewnej stabilności. A im bardziej starożytni bohaterowie, tym silniejsze korzenie pochodzącego od nich narodu. Nic dziwnego, że tak często kusi sprawujących władze, by posługiwać się nią jako retoryczną bronią.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Justyna Dzik-Wykrętowicz
Justyna Dzik-Wykrętowicz
Z zawodu prawnik, ale większość czasu poświęca na pisaniu o podróżach, głównie na Z dala od biura i Plan Poland. Zwykle podróżuje z rowerem, z dobytkiem sformatowanym do rozmiaru sakwy. Czasem w nocy marznie w namiocie, ale jak dobrze wycyrkluje, to poranna kąpiel jest w jeziorze.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Apokalipsy, które się wydarzyły – wszyscy żyjemy w świecie postapo

Barwne, chociaż przerażające, wizje postapokaliptycznej przyszłości mają w sobie to straszne i zarazem bezpieczne piękno, jakie cechuje burzę oglądaną z wnętrza przytulnego domu. Są czymś groźnym, co jednak nas nie dotknie, bo stanowi tylko urzekające widowisko. Są fantastyką. A tymczasem – wcale nie! Cywilizacja wielokrotnie doświadczała apokalipsy o takiej skali, jak zagłada ukazywana w literaturze i filmie.
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
25 lipca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ