Czy pieniądze to powód do wstydu?

4 minuty czytania
518
1

Odsłuchaj

Wstydzimy się, że ich nie mamy i wstydzimy się, że mamy. Nie umiemy o nich rozmawiać. Zazdrościmy ludziom wielu rzeczy, ale pieniędzy najbardziej. A już na pewno nie umiemy cieszyć się finansowym powodzeniem innych.

Pokazuje to dobitnie przypadek stażystki z eksperymentu Money Diaries. Money Diaries to amerykański projekt obmyślony jako pomoc w kontrolowaniu osobistych wydatków, ale także jako pomysł na złamanie finansowego tabu i sprawienie, żebyśmy wreszcie zaczęli mówić o pieniądzach bez skrępowania. Jednak projekt przyniósł niezamierzony efekt.

Pieniądze budzą zawiść

W Money Diaries użytkownik wypisuje swoje dochody i koszty życia, a następnie przez tydzień opisuje każdy swój dzień i wydatki, jakie ze sobą niósł. Jeden z opublikowanych finansowych pamiętników wzbudził tak wielkie emocje, że jego bohaterka została zalana falą negatywnych komentarzy. Dwudziestojednoletnia studentka, stażystka i niania w jednej osobie wpisała w swój pamiętnik dochody, które wypracowuje sama oraz te wydatki, które ponoszą jej rodzice. Rodzina opłaca jej szkołę, pokój, telefon i ubezpieczenie medyczne. Ona sama płaci za swoje rozrywki, wyjścia, zabiegi pielęgnacyjne, ubrania i jedzenie. Jako stażystka nie zarabia wiele, ale gdy zsumować jej wynagrodzenie i kwoty otrzymywane od rodziców i dziadków na utrzymanie, zbiera się suma wystarczająca na dość wygodne życie na Manhattanie.

W efekcie czytelników zalała czysta, stężona żółć. Od „za moich czasów” przez „egocentryczne pokolenie” po „a ja to sam uprawiałem ogórki w przydomowym ogródku” (gratuluję, własne warzywa są super). Komentujący dobitnie uświadomili studentce, jak bardzo jest uprzywilejowana, w przeciwieństwie do nich. Zgrabnie przy tym pominęli fakt, że ta młoda osoba wciąż się uczy, a mimo to pracuje w dwóch zawodach, żeby możliwie dużo wydatków ponosić samodzielnie.

O pieniądzach się nie rozmawia?

Wszyscy mamy wpojone, że pieniądze to coś intymnego, trochę wstydliwego, o czym się nie gada. Nie opowiadamy o swoich zarobkach i nie pytamy o nie innych. Trudno nam poprosić o pożyczkę i tylko trochę łatwiej zaoferować komuś pomoc finansową. Wstydzimy się, że ich nie mamy i wstydzimy się, że mamy. Nawet dzielenie rachunku w restauracji lub płacenie niani za opiekę odbywa się z jakimś takim zażenowaniem. Odkąd większość transakcji można przeprowadzić bezgotówkowo, pieniądze są także niewidzialne, co pogłębia tabu, a jednocześnie utrudnia kontrolę nad pieniędzmi. Jeśli czegoś nie widać, to tak, jakby nie istniało.

O co chodzi z tą zazdrością? Kiedy ktoś ma szczęście urodzić się w bogatej rodzinie, może korzystać z pomocy finansowej rodziców i uczyć się w prywatnej szkole, ludzie dostają szału. Tak samo, jak wtedy, gdy ktoś dobrze zarabia i chce się podzielić radością z podwyżki. Albo gdy millenialsi oczekują pracy osiem godzin na dobę, a nie codziennych nadgodzin. To fakt – większość ludzi na świecie życie w gorszych warunkach niż stażystka z Manhattanu. Zbanujmy Manhattan! Albo niech przynajmniej ta rozpieszczona osóbka poczuje wstyd. Od razu poczujemy się lepiej, nawet, jeśli nie przybędzie nam od tego pieniędzy. Właściwie jestem nieco zdziwiona, że nie wszczęto śledztwa pod kątem źródeł dochodu całej rodziny. Może szczęśliwie okazałoby się, że żyją z wyzysku zagranicznej, taniej siły roboczej!

O pieniądzach bez zawiści i ironii

Odkładając ironię na bok, trzeba zauważyć, że zazdrość i chęć dokopania tym, co mają lepiej, nie jest niczym nowym i nie jest zarezerwowana tylko dla pieniędzy. Zazdrościmy sukcesów w nauce, powodzenia w miłości, ładnego ciała i talentu. Każdemu i zawsze. I nie ma problemu, dopóki to jest zazdrość bez zawiści. Życzliwa zazdrość, która skłania do szczerych gratulacji i podziwu, a nie do mieszania z błotem. Bo jak szczupła, to pewnie wredna, jak przystojny, to na bank podrywa cudze żony i mężów, a jak awansowała, to niewątpliwie przez łóżko. I jasne, to nie jest tak, że każdy „zasłużył” na swoje sukcesy ciężką pracą, dietą i siłownią, codziennym wklepywaniem w skórę olejku arganowego. Niektórzy mieli szczęście urodzić się w bogatej rodzinie. Albo w niebogatej, ale z talentem do czegoś, za co dobrze płacą.

Oczywiście dobrze jest, kiedy grupy uprzywilejowane wiedzą, że są uprzywilejowane. To pomaga im zachować świadomość proporcji i wrażliwość na sytuację innych. Jestem jednak dziwnie pewna, że obrzucanie błotem nigdy nie służy porozumieniu. Wierzę też, że edukacja i uwrażliwienie tej młodej osoby, którą utrzymują rodzice, bardziej zależy od jej rodziny i szkoły, niż internetowych hejterów. I całe szczęście, bo mogłaby się nauczyć co najwyżej tego, że niebogaci obywatele są hejterami. A jak wiemy inteligencja, klasa i wrażliwość nie wynikają ze statusu majątkowego. Uczyńmy więc czasem wysiłek i zamiast ciskać zawiścią, powiedzmy „fajnie, że ci się udało, kibicuję”. Może świat stanie się od tego ciut fajniejszym miejscem?

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Luca Olga Machuta-Rakowska
Luca Olga Machuta-Rakowska
Piszę do internetu od ponad dziesięciu lat, najpierw dla agencji interaktywnych i klientów indywidualnych, a obecnie dla IgiMag, Tatento, Kwartalnika Laktacyjnego i na swojej stronie Milk Power. Umiem w social media, blogi i parę innych rzeczy. Lubię NVC, Rodzicielstwo Bliskości i szalenie interesują mnie relacje. Ponad trzy lata temu ukończyłam kurs dla Promotorek Karmienia Piersią i od tej pory działam na poletku laktacyjnym. Pasjami kocham jeść, ale nie cierpię gotować.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Opinie

Nie ma nic złego w byciu snobem (pod pewnymi warunkami)

Po zapowiedzi nowej brytyjskiej aplikacji randkowej Toffee, słowo “dyskryminacja” jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Dostęp do niej mają mieć tylko absolwenci prywatnych uczelni. Czy miejsca dla wybranych to nowy trend? Przecież to żaden snobizm, a czysta nauka!
Karolina Kowalska
Karolina Kowalska
23 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ