Gęste klimaty, ostre przedmioty i dziwne dzieci – nowy serial HBO

5 minut czytania
1939
3
©HBO

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Ej, ale wiecie, jak to bywa z tymi recenzjami na zamówienie? Dostajesz książkę, zaproszenie na pokaz prasowy, godzinę emisji seansu i niedwuznaczną sugestię, że będzie z tego kasa. Więc czytasz, pojawiasz się, oglądasz. I bywa potem tak, nie ukrywam, że biedzisz się nie nad samym tekstem, lecz nad tym, jak tu napisać coś neutralnego. Dziś nie muszę się wysilać. Wręcz staram się pohamować szczery entuzjazm!

Mój biogram, konkretnie ta jego część o personelu sprzątającym, wynika bowiem ze szczerej, niezasponsorowanej, latami karmionej i, uważacie, nieodwzajemnionej (ale jeszcze kiedyś, nadzieja zakochanych umiera ostatnia) miłości. Co mnie tak raduje na myśl szorowaniu sanitariatów w tej akurat stacji telewizyjnej? To długi i zupełnie osobny temat. Niemniej jednak – kocham wiernie i kochałam, zanim byli piękni – przepraszam, zanim mieli player nadający się do użytku.

To HBO dostarczyło mi swego czasu serial, który poskładał mnie w schludną kostkę i zostawił z wieloma przemyśleniami. Serial, który z całą pewnością obejrzę ponownie, tym razem nie dla historii, lecz dla smaczków, odcieni i niuansów, obejrzę ponownie, jak tylko się odważę (bo pewne kwestie jednak nadal mocno kopią w głowę), a potem ponownie zasłabnę z zazdrości, że ludzie tak świetne rzeczy piszą, kręcą, produkują, a ja nigdy, nigdy, nigdy!!!

Wielkie kłamstewka, wielki talent

Myślicie, że o serialu „Big Little Lies” wspominam powyżej li i jedynie z wrodzonej nieumiejętności zatrzymania się z gadaniem w porę? Otóż nie tym razem. Ba, nie wspominam tylko dlatego, że wyprodukowała go moja ulubiona stacja, rękami Davida E. Kelley’ego, który może się poszczycić znajomością duszy histerycznych podstarzałych prawniczek, a w dodatku od ćwierćwiecza (sic!) zaszczyca go Michelle Pfeiffer (sami rozumiecie, ten człowiek musi mieć coś w sobie).

Otóż „Big Little Lies” dla HBO wyreżyserował Jean-Marc Vallée. Zapamiętajcie to nazwisko, przyda nam się za chwilę.

Tak się składa, że z napisaną przez Liane Moriarty książką, na bazie której powstał serial zapoznałam się dopiero po ostatnim odcinku. Do tematu podeszłam jak pies do jeża, albowiem staroświecko wyznaję zasadę: najpierw literacki pierwowzór, potem film czy serial. Staroświecko również uważam, że ekranizacja lepsza, niż książka to rzadki ptak, w życiu spotkałam nie więcej niż dziesięć. Z „Big Little Lies” włącznie. Nie wdając się w przydługie szczegóły – reżyser zrobił piękną i trudną rzecz. Nadał serialowi własny rys i klimat, jednocześnie nie próbując – jak wielu, niestety, przed nim – butnie „ulepszyć” pierwowzoru, krzywdząc go przy tym nieodwracalnie, jak Kubrick skrzywdził nabokovską „Lolitę”. Wspaniale splątał uśmiech, pogodę i ładne kobiety, z prozaicznymi problemami (szkolne bitwy i wojenki, nieznośne nastolatki, potworni byli, irytujące byłe, koszmarne mamusie, przemoc, strach i kłamstwa, a jakże), wszystko to garnirując zapierającym dech klimatem. (Zdjęcia! Plenery! Ocean! Casting! Muzyka!)

Patricia Clarkson i Amy Adams w serialu „Ostre Przedmioty” (©HBO)

Gillian i jej niebezpieczne zabawki

Zostawmy na moment utalentowanego Kanadyjczyka i zajmijmy się utalentowaną Amerykanką, pozostając jednocześnie w sferze porządnie napisanych i jeszcze lepiej zekranizowanych książek. „Gone girl” to ostatnia książka Gillian Flynn, ale to od niej zaczęłam. Chwalę całość, acz fabułę i intrygę uznałam za li i jedynie pretekst dla mistrzowskiego ukazania kompletnie pokręconej osobowości i niewiarygodnie zwichrowanego mózgu cholernej Amy. Tak już bowiem jakoś wyszło, że w życiu unikam toksycznych ludzi, nieustannie ich przyciągając, natomiast poczytać sobie o nich lubię bardzo. Musi – organizm szykuje się do walki. Obejrzałam film. Doceniłam przewrotny urok prześlicznej Rosamund Pike i jej jakże przekonujący błysk szaleństwa w oku. Uradowałam się Benem Affleckiem – znany ze stylu gry „na Pinokia” i prezentujący niekiedy charakterystyczną stylówę wioskowego przygłupa – tu wypadł wyjątkowo dobrze. Może nie aż tak dobrze, jak w „Argo”, lecz doprawdy satysfakcjonująco. To była akurat ta rola, w której postawa mrukliwego kloca posłużyła Affleckowi znakomicie. Było nieźle, lecz nie oszalałam z entuzjazmu. Ot, sprawnie zrealizowane, dobra obsada, poprawnie oddany klimat powieści. W porządku. Książka zdecydowanie lepsza.

Amy Adams jako Camille (©HBO)

Toksyczne radości

„Gone girl” zawdzięczam jednak zainteresowanie się Gillian Flynn. Specjalistką od mrocznych, dusznych, hipnotyzujących klimatów. Autorką trzech książek, które można wydać pod zbiorczym tytułem „Przetrzymają cię do rana”. Ależ ta kobieta pisze. Ależ zna się na psychopatach, świrach, przerażających obłąkańcach. Jak doskonale umie ich sportretować, wniknąć w pokręcone, trujące umysły i osobowości. Jak pięknie oddaje toksyczne relacje, ta córka kochających i kochanych rodziców, szczęśliwa, spełniona, opowiadająca w wywiadach o swoim bezpiecznym, dobrym, stabilnym dzieciństwie. Może właśnie to poczucie bezpieczeństwa kazało jej wyciągać rękę w stronę mroku, sondować go, analizować, przedstawiać spłoszonemu i króliczo zafascynowanemu czytelnikowi. Zeznaje, że jako dziewczynka karmiła mrówkami pająki (lubiły?) i obcinała lalkom włosy (pff, straszne patololo, doprawdy). No i które dziecko nie grzebie ostrożnym patyczkiem w historiach o potworach, wiedźmach i straszydłach? Nieliczne jednak potrafią dorosnąć i zbić na tym srogą kasę, oferując czytelnikowi świetne, całkiem pogłębione i przerażające powieści, a filmowcom – jędrny, soczysty i obiecujący sukces materiał. Za najlepszą rzecz Flynn uważam bezsprzecznie i bezapelacyjnie „Ostre przedmioty”. To jedna z tych książek, które przeczytasz trzy razy i za każdym razem będzie lepiej. Choć straszniej.

Ruda, wóda i żyletki

W entuzjazm wpadam całkiem łatwo, równie łatwo mi przechodzi. Nie będzie więc zaskoczeniem, że spięłam się na przyjemnie, gdy usłyszałam, że z „Sharp objects” robią serial. Gdy dotarło do mnie, że serial robi HBO – stałam już prawie na baczność. A gdy dowiedziałam się, że reżyserować będzie wspomniany Jean-Marc Vallée – byłam podekscytowana, jak Keith Richards, na widok nowych strun, białej górki i Pallenberg, odzianej tylko w futro i tupet. Acz mój wewnętrzny Kłapouchy ostrzegał, że wszystko może się jeszcze spektakularnie spieprzyć z górki, jak, nie przymierzając, drugi sezon „Anne with an E” – nawet nie próbujcie, bo was zemdli.

Los bywa dla mnie miły, nie zawsze tylko ciągnie mnie za warkocze i kopie po goleniach. Miałam możliwość obejrzeć przedpremierowo pierwszy odcinek nowego serialu HBO, rzecz trwała godzinę, tak twierdzi mój zegarek, ja odniosłam wrażenie, że był to raczej kwadrans, a zdrętwiałam w jednej pozycji, gdyż jestem starszą panią, laboga.

Opuchnięta na twarzy, za to z cudownymi włosami (ach, ten rudy ze złotem) goląca wódę jak mrożoną herbatę, zanurzająca się w wannę jakby szła na dno śmierdzącego stawu, pełna koszmarów, strasznych wspomnień Amy Adams jako Camille Preaker rozbroiła mi system. Jest smutna, pogubiona, nieprawdopodobnie odważna i strasznie straumatyzowana. Brnie w bolesne miejsca, choć wcale tego nie chce, jest dorosła i przeszła zbyt wiele, ale ciągle pamięta, co, komu i jak potrafią zrobić nastolatki.

Jej piękną, elegancką, och, jakże dobrze wychowaną, och, jakże troszczącą się o swoją drugą córeczkę matkę, Adorę Crellin, gra Patricia Clarkson i naprawdę nie musi wyskubywać sobie rzęs, żebym dostawała dreszczy od każdego jej słowa.

Jest jeszcze ta trzecia, nastoletnia, niewinna, delikatna blondyneczka, malutka, najdroższa Amma, której tak ładnie w sukieneczce, sweterku i z kokardą we włosach. Kochana dziewczynka, takie miłe, spontaniczne, dobre kociątko, ma swoje humorki, jak to dorastające panienki, ale to urocza osóbka. Mały, przerażający potwór.

Są i inne smarkuje, tak rozkosznie śmigają dookoła na rolkach, ubrane w pastelowe bluzeczki, z pastelową gumą w ustach i pastelowymi uśmiechami namalowanymi starannie na ładnych buziach. Na pewno bawią się w coś ładnego!

 

„Ostre przedmioty” (©HBO)

One już tu są

Wygląda na to, że Jean-Marc Vallée nie tylko lubi, ale też potrafi w klimaty skomplikowanych, trujących i urodziwych kobiecych układów. Nagle orientujesz się, że i w „Big Littlie Lies” i w „Sharp objects” chodzi wyłącznie o kobiety, ich chore lub zdrowe umysły, one nadają ton, kierunek, są siłą sprawczą i niszczącą, one decydują, przez nie wszystko się wali i powstaje od nowa. Mężczyźni pozostają w tle, nawet gdy krzywdzą lub ratują życie. Wierzcie mi, nie jestem fanką jedynie słusznej babskiej narracji oraz poetyki „męska świnia musi zniknąć”. Imponuje mi jednak, jak Vallée z szacunkiem, zrozumieniem i wyczuciem przekłada na ekran pomysły autorek. Jak bardzo jest pozbawiony tej zbyt częstej u reżyserów ślepej dumy i poczucia wyższości nad twórcą literackiego pierwowzoru.

Autorka thrillera, Gillian Flynn została zaangażowana przy tworzeniu serialu, jako producent wykonawczy. Oczywiście, sama doskonale wiem, jak ulotna i często tylko z nazwy istotna bywa to funkcja. Chyba jednak nie tym razem. Bo klimat, poczucie narastającej grozy i mimowolny zachwyt ślicznie trującymi postaciami nie straciły nic na przejściu z kartek w kadry.

Camille Preaker, Adora Crellin, Amma Crellin, już tu są. Od dziś (9 lipca, poniedziałek) na HBO, dla wszystkich. Chcesz zobaczyć, co sobie robią?

 

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Aleksandra Zielińska
Aleksandra Zielińska
Żyje serialami i żyje z seriali. Niedoszła duma palestry. Chce być sprzątaczką w HBO. Ma za złe. Przewraca oczami na głos. Miss Logorrhea.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Kultura

Najnowszy potwór w popkulturze: mamuśka na ścieżce wojennej

Serial “Wielkie kłamstewka” z doborową obsadą (Nicole Kidman, Reese Witherspoon, Laura Dern) to połączenie kryminału i satyry społecznej, której celem jest zjawisko dobrze znane użytkowniczkom forów dla matek: tzw. wojna mamusiek. Może brzmi niewinnie, ale matki nie biorą jeńców - i to się świetnie ogląda!
Kasia Nowakowska
Kasia Nowakowska
22 marca 2017
CZYTAJ WIĘCEJ