Jak nie zostać gwałcicielem? Przypadek Henry’ego Cavilla

9 minut czytania
489
2
Rafał Christ
Rafał Christ
19 lipca 2018
fot. Tinseltown/Shutterstock

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

#MeToo. Początkowo akcja godna pochwały, dzisiaj sprawia wrażenie samonakręcającej się maszyny wzajemnych zarzutów. Czekamy na kolejne oskarżenia i ekscytujemy się zarzutami kierowanymi w stronę wpływowych mężczyzn. Dyskusje, w których bezustannie pomijany jest kontekst społeczno-historyczny, wygrywa ten, kto głośniej krzyczy. Refleksja stała się towarem deficytowym, a Henry Cavill ofiarą sposobu prowadzenia współczesnych debat publicznych.

W ramach promocji sierpniowego numeru australijskiego wydania GQ (Gentlemen’s Quarterly) redakcja postanowiła udostępnić w sieci okładkowy wywiad z Henrym Cavillem. Rozmowa, jaka pojawiła się na stronie magazynu dla panów, wywołała zażartą dyskusję, żeby nie użyć bardziej adekwatnego określenia – gównoburzę.

Aktor, którego niedługo będziemy mogli oglądać u boku Toma Cruise’a w szóstej odsłonie „Mission Impossible”, odniósł się do akcji #MeToo, czym rozsierdził jednych czytelników, a inni wzięli go w obronę i poparli. Jak się jednak okazuje, problem nie leży w tym, co powiedział Superman ani jak na to zareagowali komentatorzy. Cała sytuacja udowadnia, że prawdziwy problem tkwi w zbiorowej świadomości – w tym, jakim staliśmy się społeczeństwem, we wpływie wszelkiej aktywności feministycznej na mężczyzn i vice versa oraz formie publicznej debaty.

Lęk przed flirtem czy mentalna gimnastyka?

W dużym skrócie aktor stwierdził, że waha się flirtować z kobietą, bo boi się bycia nazwanym gwałcicielem. Skoro Superman ma takie obawy, to jak powinien się czuć zwyczajny facet? Odpowiedzi na to pytanie poszukajcie sobie sami. A gdy ją znajdziecie, zastanówcie się czy to jeszcze absurd, czy już niewypowiadana głośno prawda.

Jedna z aktywistek działających przeciw przemocy seksualnej zalicza wypowiedź gwiazdora do tej pierwszej grupy. Bo „mentalna gimnastyka niektórych mężczyzn, wykonywana, aby zrobić z siebie ofiarę ruchu #MeToo jest niesamowita”.

W swojej opinii na pewno nie jest odosobniona. Należy jednak zwrócić uwagę, że Cavill nie musiał wykonywać żadnej „mentalnej” ani innej gimnastyki, aby przekonać siebie do tego, co powiedział. Był to bezwarunkowy odruch, jaki mężczyźni wykształcili w swojej psychice już za czasów feminizmu drugiej fali.

Fragmenty kroniki wojny płci

We wstępie do „Żelaznego Jana”, jednej z najważniejszych (o ile nie najważniejszej) książek dotyczących męskiej inicjacji możemy przeczytać: „osiągając wiek trzydziestu pięciu lat, [mężczyzna] wie, że wzorce idealnego mężczyzny, twardego mężczyzny, prawdziwego mężczyzny, jakie wyniósł ze szkoły średniej, są bezużyteczne w prawdziwym życiu”. Według autora, Roberta Bly’a, w „naszych ułomnych” mitologiach nie ma miejsca dla głębi męskich uczuć.

Jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku nikt nie miał z tym problemu. Obowiązujący wzór męskości polegał na uczynieniu z każdego gentlemana dobrze naoliwionej maszyny, od której społeczeństwo oczekiwało nieokazywania uczuć, agresji i bycia oparciem dla innych. Dekadę później wojna w Wietnamie i ruch feministyczny zmusiła mężczyzn do zajrzenia w głąb siebie. Herb Goldberg w książceWrażliwy Macho” stwierdza, że dało im to szansę na odrzucenie wcześniejszego stereotypu. Nie byli jednak w stanie zmienić definicji samych siebie. Kryzys wywołało wtedy oskarżanie o gnębienie kobiet, odrzucających swoje dotychczasowe role nianiek i matek, co zmusiło ich do uznania siebie za niegrzecznych, zasługujących na karę chłopców, muszących natychmiast zerwać z szowinizmem.

Być może brzmi to śmiesznie, ale istnieją dowody na taką mentalność. Goldberg w dalszej części wywodu wspomina o przeglądzie filmów poświęconym męskim problemom. W jednej produkcji przedstawiono mężczyzn jako pierdzące i bekające penisy. „Żart” rozbawił wszystkich, łącznie z samymi zainteresowanymi. Niech każdy sam sobie odpowie, jak ktoś inny zareagowałby, gdyby pokazano mu podobnie surrealistyczną i wrogą reprezentację jego grupy społecznej.

Biorąc powyższe pod uwagę, czy Henry Cavill nie postąpił więc dokładnie tak samo jak mężczyźni w drugiej połowie zeszłego stulecia? Widząc, jak wygląda Hollywood dzisiaj, kiedy jedno oskarżenie o molestowanie pociąga za sobą drugie, uznał, że lepiej podkulić ogon. Tak będzie najbezpieczniej.

Błogosławieństwo zamienione w koszmar

Afera Harveya Weinsteina, której przywołana sytuacja jest jednym z efektów, to najlepsza rzecz, jaka przydarzyła się w Hollywood w całej historii jego istnienia. Nie zamierzam tego kwestionować, bo to, co miało miejsce w październiku 2017 roku powinno zdarzyć się o wiele wcześniej. Molestowanie obecne w showbiznesie tak naprawdę od zawsze, w końcu przestało być powszechnie akceptowalne. Poznaliśmy prawdziwe oblicze podziwianych przez lata aktorów, patrzyliśmy, jak gwiazdy przestają świecić i niczym sępy wyczekiwaliśmy kolejnych nazwisk „gwałcicieli”, „seksualnych drapieżników” i „zboczeńców”.

Niestety nie wykorzystaliśmy szansy podanej nam na tacy. Zamiast wyciągnąć wnioski i zatrzymać się na chwilę refleksji, kobiety stały się nieco przewrażliwione, a mężczyźni po raz kolejny okazali niedojrzałość emocjonalną.

W post-weinsteinowskiej rzeczywistości nie było wręcz tygodnia, aby nie pojawiały się nowe oskarżenia. Doszliśmy do momentu, w którym nie trzeba było już przedstawiać dowodów czyjejś winy, żeby skazać go na publiczne potępienie. „Jestem zdruzgotany, że budowana przez 80 lat własna reputacja w mgnieniu oka stała się zagrożona przez czwartkowe wiadomości” – powiedział Morgan Freeman po ujawnieniu przez CNN informacji o osobach uważających się za ofiary niestosownego zachowania aktora.

Nic już nie jest proste

Helen Price swoją krytykę wypowiedzi Cavilla zaczyna od słów, według których jeśli nie chce on być nazwany gwałcicielem wystarczy, że nie będzie gwałcił. Wydaje się to oczywiste, ale prawda jest nieco bardziej zniuansowana. Poprzez skalę #MeToo współcześni mężczyźni są nie mniej skonfundowani niż ci w latach 60. i 70. XX wieku. Nie potrafią dostosować się do zmian społecznych, jakie zaszły w mgnieniu oka. Pogubili się w tym, co jest uznawane za nieodpowiednie zachowanie, bo w 2018 roku trzeba nieźle się nagimnastykować, aby przypadkiem kogoś nie urazić.

Wspomnijmy sytuację jeszcze sprzed afery Weinsteina z 2015 roku, kiedy Jeremy Renner i Chris Evans po oburzeniu fanów, musieli przepraszać za nazwanie w żartach fikcyjnej (!) postaci „zdzirą”. Hawkeye i Kapitan Ameryka podczas jednego wywiadu określili Czarną Wdowę – nie odgrywającą ją Scarlett Johanson, ale Natashę Romanoff – mianem puszczalskiej i widząc reakcje fandomu, bardzo szybko się z tego wycofali. Najlepszym komentarzem niech będzie fakt, że dwa lata później prezydentem Stanów Zjednoczonych został człowiek, który aprobuje „łapanie kobiet za c***”.

Śmierć komedii

Renner i Evans zostali zmuszeni do przeproszenia za niewinny żart. I być może w tym pojawia się najtragiczniejszy aspekt podejścia współczesnego społeczeństwa do poprawności politycznej. W zabijaniu komedii. Przed akcją #MeToo Jim Jefferies potrafił wszelkie protesty przed jego „mizoginistycznymi” występami obrócić w kolejny gig. Podczas zarejestrowanego dla Netflixa „Freedumb” już na samym początku zaznaczył, że istnieje wielka różnica między tym, co myśli, a tym co uważa za zabawne. Seksistowskie żarty nie były w tym wypadku pochwałą molestowania, a jego negacją.

Jefferies mniej więcej rok po nagraniu „Freedumb” zmienił swoje podejście. Pomimo wcześniejszej, wyrazistej postawy przeciwko „cenzurze” żartów, w autorskim show stwierdził, że może przez cały ten czas był w błędzie. Samo niegwałcenie nie wystarcza, aby nie być nie-gwałcicielem. Tak naprawdę przez skalę problemu, jakim okazało się molestowanie seksualne w Hollywood stand-uper uznał siebie za kolejnego „niegrzecznego i zasługującego na karę chłopca”. Efekty widać w niemal całkowicie pozbawionym mizoginistycznych wypowiedzi jego najnowszym netflixowym specialu „This Is Me Now”. Ewidentnie złożył komediową broń przeciwko szaleństwu współczesnego społeczeństwa.

Nawet jeśli nieraz komicy przekraczają granicę dobrego smaku, sprawdzają, jak daleko mogą się posunąć i wciąż działać w obrębie komedii, to funkcja występów jest podobna do tej spełnianej przez horrory. Fikcyjne potwory nie powstają dlatego, że brakuje ich w rzeczywistości, ale żebyśmy mogli uporać się z tymi prawdziwymi. Tak samo żarty w stand-upie nie mają nawoływać do gwałtów i przestępstw, ale pozwolić nam nie zwariować w pełnym ich świecie. Jeśli społeczeństwo tego nie zrozumie, na scenę nigdy nie wyjdzie drugi Richard Pryor, zniknie z niej Rick Gervais, a ich miejsce zajmie kolejny Bill Cosby.

Nie do pomyślenia przecież jest, aby dzisiaj, powstała perełka na miarę występu Denisa Leary’ego z 1992 roku. Aktor i komik w No Cure for Cancer” po mistrzowsku skrytykował coraz modniejszy zdrowy tryb życia i poprawność polityczną. Na scenie odpalał papierosa za papierosem, co chwilę popijał piwo i wyrażał chęć jedzenia czerwonego mięsa, obrażając wegetarian. Stanął tym samym w obronie stereotypowej męskości – wychwalał ją, był to pean na jej cześć. Oczywiście nie zabrakło obnażania absurdów wzorów naśladowanych przez chłopców.

Wybuch męskiej wściekłości

No Cure for Cancer” pojawiło się na początku lat 90. – dekady, która na kartach historii kina zapisała się między innymi jako czas „męskiej wściekłości”. Wtedy na wielkich ekranach pojawił się cykl filmów określany mianem male rampage movies of the nineties. Podejmowany w nich był temat złości „białych kołnierzyków”. Bohaterami zazwyczaj byli mężczyźni należący do klasy średniej, mający dość nudnego życia za biurkiem i ciągłych poniżeń.

I tak Michael Douglas chwilę po utracie pracy rozpoczął krwawą krucjatę po mieście w „Upadku”, Aaron Eckhart wraz z Mattem Malloyem postanowili skrzywdzić wspólnie niepełnosprawną kobietę, aby zemścić się za porzucenie w „Między nami facetami”, a Edward Norton, myśląc, że jest Bradem Pittem, wysadził w powietrze wieżowce w „Podziemnym kręgu”. To tylko kilka, ale bardzo obrazowych przykładów jak ekranowi mężczyźni postanowili sobie poradzić z kiełkującym w nich od kilku dekad gniewem, związanym z rozwijającym się feminizmem i rozczarowaniem nieadekwatnymi do ich wyobrażeń zasadami funkcjonowania świata.

Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że twórcy tych filmów często krytykowali postawy swoich bohaterów. Tyler Durden był przecież tylko wytworem wyobraźni Narratora, Chad (Eckhart) nie wzbudzał sympatii, a, rozszerzając listę produkcji, bunt pracowników w „Życiu biurowym” został wzięty w absurdalny, komediowy nawias. Podobnie w „American Psycho” sugerowana jest fikcyjność krwawej rzezi w wykonaniu ubranego w garnitur yuppie.

Od czasów feminizmu drugiej fali do kinowego wybuchu wściekłości mężczyzn, minęło mniej więcej tyle samo czasu, co od pojawienia się male rampage movies do dzisiaj. Historia się powtarza, ale w odwrotnej kolejności niż życzył sobie tego Karol Marks. Najpierw mieliśmy do czynienia z farsą, a tragedia dopiero nadchodzi. Narracja „męskiej wściekłości” wróciła do Hollywood.

Czymże jest „Split”, jeśli nie tematycznym krewniakiem „Podziemnego kręgu”, obrazującym stereotypową męskość jako symptom choroby psychicznej? Kolejne osobowości głównego bohatera, jakie poznajemy są zniewieściałe, aż w końcu zamienia się on w Bestię – prymitywnego, czerpiącego wzorce zachowania od zwierząt człowieka. I o ile w tym przypadku można wyczuć krytykę postawy macho, w pozostałych przykładach już jej brakuje. W „Bloku 99” S. Craig Zahler pokazał, że lekiem na Meksykanów chcących zabijać nienarodzone jeszcze amerykańskie dzieci jest wielki, biały facet z krzyżem wytatuowanym z tyłu czaszki. W „68 Kill” Chip, będąc marionetką w rękach kobiet, w końcu hoduje sobie jaja i uczy sprzeciwiać się płci pięknej.

Co dalej?

Nasuwa się tym samym pytanie, jak długo jeszcze mężczyźni będą chować się przed kobietami z podkulonym ogonem i bać powiedzieć czegokolwiek oraz co nam grozi, kiedy przestaną. W ramach odpowiedzi na jego drugą część przywołajmy przypadek Kelly Marie Tran, która skasowała swoje konto w mediach społecznościowych przez rasistowskie i seksistowskie komentarze nawiązujące do jej roli w „Gwiezdnych Wojnach: Ostatnich Jedi”. Liczne podobne przypadki nękania kobiet czy osób „odmiennych” przez prawą stronę internetu pokazują, że jest ona zdolna do o wiele gorszych rzeczy.

Żeby pokazać adekwatność pierwszej części pytania, wróćmy na chwilę do sytuacji, będącej punktem wyjścia do tego tekstu. Zwróćmy uwagę, że w wywiadzie, wokół którego rozpętała się burza, dziennikarz dokłada wszelkich starań, żeby przedstawić aktora jako nie tylko ekranowego, ale również prawdziwego Supermena. Z tego powodu dziwi wyrwanie z kontekstu kilku wypowiedzi i ich krytyka. O wiele bardziej zrozumiałe wydaje się wsparcie okazane Cavillowi przez internautów, co świadczy o uniwersalnym charakterze strachu przed flirtem z kobietami.

Mimo wielu przychylnych głosów i takiej reprezentacji, Cavill wydał oświadczenie, w którym możemy przeczytać: „Widząc reakcje na artykuł, a w szczególności moje odczucia względem randkowania i ruchu #MeToo, chciałem przeprosić za zamieszanie i nieporozumienie, które wywołały. Nie było to moim zamiarem”. Zrobił to prawdopodobnie, obawiając się o losy swojej kariery, co jest całkowicie zrozumiałe. Podkulił ogon i uciekł, chociaż nie powinien mieć sobie nic do zarzucenia.

Wśród przychylnych aktorowi opinii pojawiły się prośby o bardziej zniuansowane debaty w przestrzeni publicznej i niegrzebanie racjonalnych wypowiedzi. Ta postawa jest prawdopodobnie najbardziej adekwatna do całej sytuacji. Bo przywołana dyskusja, jak i każda inna na podobne tematy wydaje się przekrzykiwaniem osób reprezentujących odmienne skrajności, pozbawionym jakiejkolwiek refleksji.

Te skrajności, które zdominowały każdą publiczną debatę są tak samo niebezpieczne. Zarówno nadmierna tolerancja, jak i całkowity jej brak stanowią zagrożenie, co udowodniła Angela Nagle w „Kill All Normies: Online Culture Wars From 4Chun And Tumblr To Trump And The Alt-Right”. Natomiast powyższego wywodu nie napisała osoba skłaniająca się ku jednej czy drugiej postawie, tylko osoba w równym stopniu obawiająca się rzeczywistości przedstawionej w „Seksmisji”, co świata pokazanego w „Opowieści podręcznej”. Jeśli nie odnajdziemy w końcu złotego środka, któraś z tych czy innych, podobnych dystopii stanie się prawdą.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Rafał Christ
Rafał Christ
Filmoznawca, który zamiast z kinem artystycznym, woli spędzać wieczory z horrorami i blockbusterami. Kiedy akurat czegoś nie ogląda, to pewnie czyta komiks albo książkę. Jego przemyślenia na temat popkultury można znaleźć w różnych miejscach w internecie, ale nie zdziwcie się jeśli natkniecie się na nie również w prasie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

2 odpowiedzi na “Jak nie zostać gwałcicielem? Przypadek Henry’ego Cavilla”

  1. Angela Zero Books Nagle, no no no.

    Ciekawe, choć nieco nieuczesane, co piszesz.

    I nie zgodziłbym się z tym, że Jefferies ukorzył się przed metoo w swoim najnowszym programie dla Netflixa. Obawiałem się, że tak będzie, ale tak nie było. Była obrazowa wiwisekcja terminu ‚chwytać za kicię’, była polewka ze Spacey’a i potencjalnie obraźliwe dla czempionów mniejszości uciskanych stwierdzenie, że przecież każdy z nas ma takiego kumpla geja, który dobiera się do nas po pijaku. Był mizogińsko-makabryczny żart o wzburzonej kobiecie z publiczności, która poroniła i była redditowa klasyka, czyli faceci wyceniani na średniaków w 10-punktowej skali atrakcyjności podbierający kobiety uplasowane dużo wyżej na tej skali, z wyskakującym z krzaków Weinsteinem jako pointą. I znajdzie się niejedną recenzję tego występu z krytycznymi uwagami w przezabawnie niezamierzenie ironiczny sposób zaczynającymi się od: „nie jestem SWJ, ale…”. Albo (mój faworyt) „nie wydaje mi się, żeby Jim Jefferies poważnie tak sądził” w recenzji autorstwa innego rzekomo komika, który na koniec proponuje porównać ten materiał z programem ‚Nanette’ autorstwa jego krajanki, Hannah Gatsby. W ramach równouprawnienia w i zasypywania podziałów na niwie humoru na stojaka, jak mniemam. Starałem się bardzo, bardzo i to bardzo ubawić tą propozycją, ale jakoś nie wchodzą mi lekko rozedrgane niepewnością siebie żarty osnute w 99% na tym, że jest się niekanonicznej urody osoboczłowiekiem psychoseksualnie ukierunkowanym na przedstawicielki własnej płci, któremu przyszło dorastać na tasmańskim zadupiu. Dajczycą z antypodów, znaczy się.

  2. Jeśli ktoś uwaza, że nazwanie postaci Czarnej Wdowy „puszczalska” było niewinnym żartem, to ja nie widzę pola do dyskusji. Zenada.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz też

Consent: seks, słowa i szara strefa intymności

Tutaj nic nigdy nie było czarno-białe – mówią młodzi ludzie, którzy opowiadają o swojej seksualności i próbują zgłębiać zagadnienie entuzjastycznej aktywnej zgody na seks. To idea, która ma walczyć z przemocą seksualną i zapewniać bezpieczeństwo w relacjach intymnych. Generuje jednak wiele wątpliwości. Czy w sferze tak delikatnej wszystko da się wyrazić słowami, kiedy trzeba to robić i czy umiemy pewne rzeczy wypowiedzieć – to tylko niektóre z pytań, które pojawiają się w jej kontekście.
Małgorzata Bożek
Małgorzata Bożek
25 czerwca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akcetuję ją.