Marek Biliński: „Technologia nic więcej nie wykreuje, niż to, co w jej DNA wprowadzi muzyk-programista”

9 minut czytania
1976
0
Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
15 lipca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Jeden z najważniejszych twórców polskiej muzyki elektronicznej. Dlaczego czuję się skrępowany, kiedy mówi się o jego osiągnięciach? Co myśli o programach do tworzenia muzyki typu FL Studio, płycie winylowej, Bandcampie oraz świecie zdominowanym przez social media? Zapraszamy do lektury wywiadu z Markiem Bilińskim.

Elvis Strzelecki: Panie Marku – gratulacje! Otrzymał Pan w maju srebrny medal „Gloria Artis” za zasługi dla polskiej kultury. Co Pan czuł, kiedy podczas koncertu w auli poznańskiej Akademii Muzycznej zaskoczono Pana tak wyjątkowym wyróżnieniem?

Marek Biliński: Tak, mam z tym problem… Czuję się skrępowany, szczególnie kiedy wymieniane są moje tzw. „osiągnięcia” – czuję się nieswojo. Mam wrażenie, że to, co się mówi o mojej muzyce jest grubo przesadzone.

Odbierając nagrodę powiedział Pan bardzo ważne słowa – „Nie zwykłem odbierać nagród, zwykłem pracować. Muzyka całkowicie pochłania moje życie…”. Pamięta Pan ten moment, w którym postanowił poświęcić się muzyce?

Muzyka towarzyszyła mi od początku życia. Jako dziecko myślałem, że wszyscy grają na jakimś instrumencie, tak było w moim rodzinnym domu. To poszło jakby z automatu … Uprawianie muzyki w czasach mojej młodości dawało poczucie wolności, pochodzę z rodziny, gdzie wolność jest wysoko ceniona.

Pańska muzyczna ścieżka zawsze kojarzyła mi się z Vangelisem. On również zaczynał w zespole wywodzącym się z progresywnego rocka – Aphrodite’s Child, a następnie zaczął tworzyć własną muzykę. Pan współtworzył takie zespoły, jak Heam czy Bank. Jak wspomina Pan współpracę z nimi?

No właśnie, tam wśród przyjaciół grających progresywnego rocka czuliśmy się wolni. Nikt nam nie mówił, jak mamy grać, co mamy grać, co jest „politycznie poprawne”.

Pozostając w temacie – co urzekło pana w elektronice? Czy był jakiś konkretny człowiek – artysta, dziennikarz bądź animator kultury, który sprawił, że zainteresował się Pan tym rodzajem muzyki?

W elektronice urzekła mnie nowa paleta barw i brzmień tak różnych od akustycznych, które pobudzają wyobraźnię do podróży w nieznane krainy. A z artystów, to Isao Tomita, jego pierwszego usłyszałem. Pamiętam płytę „Obrazki z wystawy” – genialne opracowanie muzyki poważnej na syntezator modularny Roberta Mooga. Czesław Niemen – to na jego koncercie na początku lat 70. ubiegłego wieku po raz pierwszy usłyszałem syntezator MiniMoog Model D i… zwariowałem. Już wiedziałem, co będę robił do końca życia. No i Józef Skrzek z SBB.

Wśród najważniejszych artystów, którzy popularyzowali ten nurt w naszym kraju byli Władysław Komendarek, Sławomir Łosowski, Pan, a nawet wspomniany przed chwilą Czesław Niemen. Jak w czasach PRL-u, kiedy zaczęliście odnosić pierwsze sukcesy, postrzegało Was środowisko muzyczne?

Myślę, że jak takich trochę dziwaków? To były i są drogie instrumenty, a my wszystkie zarobione pieniądze w tamtych czasach pakowaliśmy w sprzęt. Zamiast urządzić się – mieszkanie, samochód, to godzinami rozmawialiśmy o sprzęcie i sprowadzaliśmy go przez „żelazną kurtynę” (szczytowe osiągnięcie PRL-u), uruchamiając do tego znajomych muzyków i przyjaciół, którym udało się wyjechać na zachód do pracy. Takie to były czasy.

Pańskie albumy – „Ogród Króla Świtu”, „E≠mn2” oraz „Wolne Loty” to dziś klasyki polskiej elektroniki. Jak wyglądała praca nad tymi albumami z punktu widzenia technicznego? Skąd czerpał Pan inspirację do swojej ówczesnej twórczości?

Wszystkie 3 płyty nagrałem w profesjonalnych studiach, które były wyposażone w światowej klasy sprzęt. „Ogród Króla Świtu” nagrałem w Studio Polskiego Radia w Szczecinie, „E≠mn2” w studio Polskich Nagrań w Warszawie i „Wolne Loty” w studio Tonpressu w Warszawie. Wszędzie stały magnetofony szpulowe Studer 16- oraz 24-śladowe i każdy głos trzeba było nagrać po kolei na taśmę magnetofonową. Nagranie płyt trwało około dwóch tygodni. Potem następował bardzo żmudny proces miksowania, który trwał niekiedy dłużej niż nagranie. Ostatni proces – mastering ograniczał się do wyboru wersji utworu, wyrównania jego głośności i przycięcia wąskiej taśmy stereo nożyczkami na start i koniec.

Inspirację do utworów czerpałem najoględniej mówiąc ze wszystkiego, co usłyszałem w muzyce klasycznej i rozrywkowej w swoim życiu. Inspiracją może być wszystko, zarówno grom podczas burzy czy lot odrzutowca, jak i śpiew ptaków na wiosnę. Wszystko zależy od nastawienia umysłu i serca i co chce się przekazać.

Dziś ogromne studia zamknęły się w laptopach, dzięki czemu możemy tworzyć muzykę praktycznie w każdym miejscu świata. Myśli Pan, że łatwiejsza dostępność narzędzi produkcyjnych, takich jak np. FL Studio, może pobudzać kreatywność, czy raczej doprowadzić do spadku jakości utworów?

I jedno, i drugie… Jest to problem naszych czasów. Wszystko mamy w zasięgu ręki. Stać nas na to, żeby kupić rzeczy tanie, które udają profesjonalne instrumenty. Wszystko jest dobrze, kiedy jesteśmy w stanie zapanować nad technologią. Kiedy jednak technologia zaczyna nas przerastać, a więc np. nie czytamy instrukcji, nie znamy możliwości danego urządzenia, zaczynamy polegać na tym co „kreuje samo urządzenie”. Stajemy się niewolnikami technologii, wpadamy w karuzelę zakupów coraz to „nowych”, „lepszych” urządzeń, uzależniamy się od technologii i kończymy jak narkomani. W rezultacie produkujemy napompowane elektroniczne podkłady do czegoś, co nigdy nie nastąpi, czyli… motywu muzycznego – melodii czy myśli przewodniej. Są nawet w tych podkładach przyspieszenia, zwolnienia, emocje idą w górę i ma się wrażenie, że teraz coś nastąpi… a tu pustka i cisza.

Nie ma rozładowania nagromadzonych emocji wyprodukowanych przez maszyny. Technologia nic więcej nie wykreuje, niż to, co w jej DNA wprowadzi muzyk-programista. Wiem, że pojawia się sztuczna inteligencja w muzyce, ale analiza bazy danych milionów utworów oraz statystyki przewidywalności i przypadku to jeszcze nie kreatywność… Ludzka inwencja jest nieprzewidywalna i kieruje się emocjami, dlatego my ludzie możemy jeszcze spać spokojnie.

Podczas ubiegłorocznej edycji Festiwalu Soundedit w Łodzi, miałem przyjemność przetestowania jako jedna z pierwszych osób w Polsce rozwiązania „sztucznej inteligencji” marki IBM. Rzeczywiście, sama skala tego projektu oraz możliwości są ogromne. Jednakże, tak jak podkreślają to sami autorzy tego rozwiązania z firmy IBM, „sztuczną inteligencję” w muzyce trzeba traktować jako swoistego rodzaju asystenta muzycznego, który może nas zainspirować do napisania nowego utworu. Żyjąc w takich czasach, w jakich żyjemy, musimy nauczyć się korzystać z tego, co daje nam technologia.

Ważne jest, aby młody producent muzyki elektronicznej nie pozwolił zniewolić się technologii, a przede wszystkim uruchomił własną kreatywność, co wcale nie jest takie łatwe.

Pewnie nie raz Pan słyszał od wielu twórców nowoczesnej elektroniki, że Pańskie utwory są dla nich ogromną inspiracją. Czy obserwuje Pan scenę techno, house lub trance? Ma Pan swoich faworytów, jeśli chodzi o współczesnych artystów z nią związanych?

Tak, często słyszę, że młodzi twórcy inspirują się, czy też wychowali się na mojej muzyce. Jest mi miło to słyszeć, tym bardziej, że zależy mi na rozwoju muzycznym dzieci i młodzieży. Przy tak dużym natłoku nowych gatunków muzycznych, zespołów, utworów, które z założenia ich producentów mają być łatwe i przyjemne w odbiorze, a co za tym idzie, dobrze się sprzedawać, bardzo ważna jest edukacja muzyczna od podstaw właśnie dzieci i młodzieży.

Odnośnie śledzenia rozwoju sceny techno, house czy trance oraz moich faworytów na tych scenach, to nie mam ulubionych twórców. Oczywiście, od czasu do czasu sprawdzam, co nowego zostało wydane i staram się, aby moja muzyka w nowej odsłonie trafiała również do fanów nowych gatunków muzycznych.

Jakiś czas temu nawiązałem współpracę z austriackim DJ-em i producentem Philippem Straubem, którego spotkałem podczas konferencji muzycznej Seazone w Sopocie w 2016 roku. W wyniku naszych rozmów, Philipp zdecydował się przygotować dwa remixy jednego z moich utworów („Po drugiej stronie świata”). Remixy były na tyle atrakcyjne, że sam John Digweed postanowił je wydać w swojej wytwórni Bedrock. Remixy te ukazały się na kompilacji „Signals”, która powstała z okazji 18-lecia istnienia wytwórni Bedrock.

Doszły mnie słuchy, że lubi Pan grupę The Prodigy? Czy to prawda?

Tak, to prawda, ale było to 15 lat temu, a płyta „Fire” z 2008 roku jest ukłonem dla tego zespołu.

W 1986 roku wyjechał Pan do Kuwejtu, by pracować jako wykładowca na Akademii Muzycznej. Jak pobyt w tym kraju wpłynął na Pana jako człowieka i artystę?

Hm… każda podróż niesie ze sobą jakąś przygodę, szczególnie w egzotyczne kraje. W połowie lat 80, kiedy tam wyjechałem, czułem się jak w kraju mlekiem i miodem płynącym -czyli naftą. Po jakimś czasie jednak, przyzwyczaiłem się do lepszych warunków życia i zacząłem szukać innych wartości. Muzyka arabska to było to, co mnie zainteresowało. Bogactwo brzmień instrumentów perkusyjnych, nieregularne rytmy, które skupiają się na melodyce utworu, a nie na rytmicznym wystukiwaniu tempa utworu, energia tej muzyki, skale ćwierćtonowe, to wszystko stało się moim głównym kapitałem, który wywiozłem z Kuwejtu. Pobyt tam zainspirował mnie do napisania płyty „Dziecko Słońca” – sam tytuł mówi za siebie. Suita „Twarze Pustyni” jest inspirowana muzyką arabską, są skale i rytmy z tamtego regionu.

W 2015 i 2016 roku Jean Michel Jarre wypuścił albumy – „Electronica 1: The Time Machine” oraz „Electronica 2: The Heart of Noise”. Do współpracy nad nimi zaprosił znanych reprezentantów różnych pokoleń elektroniki, m.in. Moby’ego, Vince’a Clarke’a, Roberta Del Naję z Massive Attack, Armina van Buurena, Boys Noize i Yello. Myślał Pan może nad podobnym eksperymentem na polskim rynku? A może nad projektem z artystami z różnych biegunów muzycznych, np. Dawidem Podsiadło, Natalią Nykiel i Leszkiem Możdżerem?

Pan mnie porównuje do Jarre’a? Przecież to całkiem inna liga. JMJ występuje w lidze światowej, ja w lidze krajowej. On ma całkiem inną siłę przekonywania, tu nie ma co porównywać. Kiedy ja będę tak znany we Francji jak JMJ w Polsce, wtedy nagram taką płytę. Póki co na to się nie zanosi.

Cztery lata temu wydał Pan winyl „Best Of The Best”. Czym dla Pana jest ten nośnik? Cieszy Pana fakt, że powraca do łask i można go nabyć w dyskontach?

Winyl, jego zapach, okładka, to są piękne chwile. Jego ciepły dźwięk, no i sentyment… To, że pojawia się obok pietruszki, to nie za bardzo mi odpowiada, ale może się starzeję?

Mam wrażenie, że z wcześniej wspomnianym winylem jest trochę, jak z muzyką elektroniczną. Wielu ludzi nie dostrzega ich potencjału emocjonalnego, podczas gdy ja słuchając Pańskich nagrań odczuwam silne wzruszenie, zupełnie jak na bajkach z mojego dzieciństwa. Jakie emocje towarzyszą Panu przy słuchaniu dźwięku płyty winylowej? Do czego by Pan je porównał?

Wydaje mi się, że nasza strona emocjonalna, wspomnienia z dzieciństwa, kształtują nas na całe życie, czy tego chcemy, czy nie i to jest piękne. Możemy zanurzyć się we wspomnienia. Po latach, kiedy słucham płyty winylowej, przeżywam swoiste deja vu, mam wrażenie, że czas się zatrzymał. Są to piękne chwile…

Dziś rynek jest zdominowany przez cyfrę oraz chmurę. Utwory kupujemy w formie MP-trójek, przechowujemy w chmurach lub streamujemy. Myśli Pan, że alternatywą dla takiej sytuacji jest np. serwis Bandcamp, na którym artysta może sprzedawać swoją muzykę?

Cyfrowy świat jest już częścią naszego codziennego życia i należy z tego korzystać. Sam jestem fanem i użytkownikiem nowinek technicznych. Bardzo dobrze się dzieje, że powstają nowe platformy, takie jak Bandcamp, które dają młodym twórcom możliwość promocji i sprzedaży swojej muzyki oraz są alternatywą dla dużych wytwórni. Sam nie korzystam z tej platformy, ponieważ swoją twórczość wydaję we własnym wydawnictwie, a wszelkie serwisy streamingowe traktuję jedynie jako formę promocji i możliwość dotarcia do szerszego grona fanów, również poza granicami naszego kraju.

Żyjemy w czasach zdominowanych przez social media. Jak Pan odnajduje się w tym świecie? Co według Pana może być dla współczesnych pokoleń „Ucieczką z tropiku”?

Żyjemy w świecie, który się zmienia materialnie, korzystamy z nowoczesnych technologii, które ułatwiają życie, ale w sercu pragniemy ciągle tego samego co nasi przodkowie od wiek wieków…, czyli miłości, przyjaźni drugiego człowieka. Social media tego nie są w stanie zastąpić. One mogą umożliwić kontakt z setkami i tysiącami znajomych, ale nam zawsze chodzi o tego jednego bliskiego człowieka. Proszę zauważyć, że w wielkim mieście nikt nikomu na ulicy nie mówi „dzień dobry”, „miłego dnia”, za to na wsi, każdy, kiedy widzi drugiego człowieka, kłania mu się. Dlaczego? Bo w mieście widzimy społeczeństwo, a na wsi dostrzegamy człowieka, oczywiście mówię to w dużym uproszczeniu.

Co do „Ucieczki z tropiku”… to każdy czas ma takie hity, na jakie zasłużył, teraz są inne czasy i inne hity…

Na koniec chciałbym zapytać, nad jakimi projektami Pan obecnie pracuje? Czym Marek Biliński zamierza zaskoczyć swoich fanów w najbliższym czasie?

Nie mam zamiaru zaskakiwać moich fanów, już nie muszę. Chcę wydać płytę, na której podzielę się swoimi rozważaniami na temat życia, przemijania i wartości transcendentnych – „czas ucieka, wieczność czeka”.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Elvis Strzelecki
Elvis Strzelecki
W stałym związku ze słowem pisanym od 2011 roku. Domator, miłośnik muzyki, wieczorów przy czerwonym winie, poezji, szalonych lat 90. i kultury rave. Anty-gadżeciarz poszukujący normalności we współczesnym świecie. U innych ceni poczucie humoru oraz dystans do siebie.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz

Zobacz też

Martyna Jakubowicz: “Na scenie nie jestem po to, by zaspokajać własne ego”

Przyznaje, że nie miała w planach kolejnej płyty poświęconej Bobowi Dylanowi, choć to dla niej bardzo ważny artysta. A jednak “Zwykły włóczęga” ujrzał światło dzienne. Czy Polacy rozumieją amerykańskiego barda, czy artystka ma czasem dosyć “Domów z betonu” i czy mieszkanie na wsi pozwala uciec od trosk dzisiejszego świata? O tym opowiedziała nam Martyna Jakubowicz.
Robert Skowroński
Robert Skowroński
9 czerwca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ