Maureen Johnson: “Nie chciałabym zabić niewłaściwej postaci”

10 minut czytania
288
0
Nika Brassel
Nika Brassel
23 lipca 2018

Odsłuchaj

“Nieodgadniony”, to kryminał dla młodzieży, w którym Maureen Johnson zaprasza czytelników do udziału w tajemniczym śledztwie dotyczącym morderstw – zarówno tych z przeszłości, jak i teraźniejszości. W rozmowie z nami Maureen zdradza, co łączy ją z Polską, dlaczego ofiary bywają ważniejsze niż detektywi oraz co amerykańska elitarna szkoła ma wspólnego z pewnym zamkiem w Szkocji.

Nika Brassel: “Nieodgadniony”, książka detektywistyczna adresowana do “young adults”, czyli nastolatków to wartka opowieść naszpikowana zagadkami i trupami. Pamiętasz iskrę, która roznieciła w tobie potrzebę stworzenia takiej mrocznej opowieści?

Maureen Johnson: To w zasadzie kilka iskier. Pierwszą stała się moja wielka miłość do książek detektywistycznych. Już jako mała dziewczynka, która ledwo opanowała trudną sztukę czytania, sięgałam po historie o śledztwach słynnego Sherlocka Holmesa. Choć nie wydają się to być lektury odpowiednie dla młodych dziewcząt, zaczytywałam się w nich bez pamięci.

Zabawne jest to, że przez wiele lat – z miłości do gatunku –  unikałam pisania historii kryminalnych. Trudno pojąć sens takiego podejścia, dlatego pewnego dnia zwyczajnie zapytałam sama siebie, dlaczego nie piszę takich książek? Jestem przecież chodzącą bazą danych dotyczących tajemniczych okoliczności zgonów różnych postaci. Gdy już przekonałam samą siebie, że warto jednak napisać książkę kryminalną, od razu wiedziałam, że chcę połączyć klasyczną powieść detektywistyczną ze współczesnym kryminałem. Zaczęłam myśleć o spisku, który mocno odwoływałby sie do kanonów gatunku i wplatać wątki, których dotąd nie spotkałam. Zaczęłam obmyślać też sposoby, w jakie ktoś może zginąć bez świadków. Coś w stylu współczesnej wariacji na temat zamkniętego pokoju.

Od tego się zaczęło. Kolejne kroki to było zbieranie skrawków i poszlak. Z czasem miałam już tyle różnych okruchów fabularnych, że przestałam pamiętać, skąd one się wzięły, może poza kilkoma wyjątkowymi tropami.

Czyli wygląda na to, że pierwszym śledczym w tej książce byłaś ty?

O tak! I powiem ci, że wprowadzenie postaci szesnastoletniego detektywa było nie lada wyzwaniem, zwłaszcza,  jeśli chcemy zachować wiarygodność. Na szczęście obecnie mamy doskonały czas dla śledztw opartych na crowdsourcingu. Dzięki nowym technikom i wysiłkowi wielu osób nierozwiązane zagadki sprzed lat zostają otwarte na nowo, a na scenę wkraczają też detektywi amatorzy.

W ogóle mamy obecnie dobry czas dla amatorów – nie tylko wśród detektywów, ale i choćby dziennikarzy, prawda?

Zgadza się. Dziś nie trzeba szkoleń, wystarczy myśleć, mieć dostęp do narzędzi i informacji. To też bardzo ułatwiło mi zadanie skonstruowania fabuły, w której możesz być szesnastolatką i jednocześnie rozwiązywać bardzo zawikłaną i tajemniczą zbrodnię z przeszłości.

Zawsze wierzyłam, że dobra powieść detektywistyczna potrzebuje wyjątkowego detektywa. Prywatnego śledczego, kogoś, kto zakrzyknie “Coś się wydarzyło? Jestem już w drodze!”.

fot. materiał wydawcy

Stevie, główna bohaterka “Nieodgadnionego”, to bardzo ciekawy charakter, myślę, że świetnie wpisuje się w kanon wyjątkowych detektywów ze swoją ciekawością, specyficznym podejściem do relacji z innymi i całą gamą psychicznych przypadłości i natręctw. Czy ją też starałaś się ulepić z różnych skrawków według jakiegoś konkretnego klucza?

Myślałam o cechach, których będzie potrzebowała, takich, jak przywiązanie do detali, cholerną determinację, pewność siebie ale też umiejętność bycia sam na sam ze sobą. Wielu książkowych detektywów to dusze towarzystwa, ale są też outsiderzy izolujący się od świata, ja wolę tych wyróżniających się swoją osobowością na tle społeczeństwa.

Detektywi to przede wszystkim jednak postaci, które dobrze się czują w towarzystwie własnych myśli. Uwielbiają spędzać czas w samotności, bo tylko w ten sposób mogą spokojnie poskładać kawałki układanki zbrodni w jedną, spójną całość. Stevie, choć jest młoda, świetnie sobie radzi. Lubi zbrodnię, czyta książki, uczy się czytając…

Zanim sama zaczęłam czytać tę książkę, dałam ją mojemu nastoletniemu synowi, bo chciałam wiedzieć, czy jemu się to spodoba. Wydaje mi się, że młodzież to znacznie bardziej wymagająca grupa czytelnicza niż dorośli. Trudno się pisze dla takich odbiorców?

To wielkie wyzwanie. Młodzież potrafi natychmiast wyczuć ściemę. Tacy czytelnicy mówią też wprost, co myślą, są bezpośredni. Bardzo różnią się od dorosłych także pod tym względem, że starsi czytelnicy okazują się być bardzo zamknięci w szufladkach preferencji. Ktoś czyta na przykład tylko “książki o łodziach podwodnych” albo “romanse, których akcja rozgrywa się na moście!”. Ludzie z wiekiem stają się zamknięci. Dzieci i młodzież to grupy otwarte na poszukiwania i eksperymenty literackie. Może dlatego, że w szkole muszą czytać z góry ustalone rzeczy (śmiech) potem wychodzą i szaleją szukając różnorodności.

Może też chodzi o mózgi, które potrzebują więcej różnych bodźców.

Mimo, że nastolatką – metrykalnie – nie jesteś już od kilku dekad, nie starasz się też odmładzać, nie wrzucasz do swoich książek “fajowych” słówek rodem z żenujących “słowniczków” z gazet, nie?

No tak, prawda, ale wciąż jednak pisanie dla “young adults” to spacer po linie pomiędzy próbami bycia na czasie, a bycia ponad tymczasem. Zauważ, że młodzieżowy slang ma bardzo krótki termin przydatności do spożycia. Słówka, które są teraz fajne, za rok już wypadają z obiegu. Gdybym wrzucała do “Nieodgadnionego” slang, którym posługiwali się wówczas młodzi ludzie, dziś już te same słowa sprawiłyby, że moja książka otarła by się o śmieszność…

fot. materiał wydawcy

Na karty “Nieodgadnionego” zaprosiłaś wiele młodzieżowych postaci typowych dla współczesnego świata: blogerów, youtuberów… Jak udało ci się opisać te postaci tak, by czytelnicy nie czuli ściemy?

Cóż, znam po prostu bardzo wielu młodych ludzi, także youtuberów. Dla mnie więc nie tylko było to naturalne, ale i stosunkowo łatwe. Wiem jak ci ludzie mówią, wiem, jak się zachowują. Ale zauważ też, że jeśli zdejmiesz ten cały współczesny kostium nowych mediów, otrzymasz bardzo klasyczny zestaw bohaterów: pisarz, naukowiec, aktor, buntownik, aktywista… Bardzo klasyczne archetypy. No i oczywiście musiałam zabić [spoiler] aktora [ /spoiler].

Myślę, że wielu czytelników, którzy czytali “Nieodgadnionego”, kibicowało ci…

(Śmiech) Pewnie tak, ale to dobrze. Nie wiem czy wiesz, ale ofiary trzeba dobierać jeszcze uważniej niż detektywa! Nie chcesz zabić niewłaściwej postaci, takiej, której śmierć zniechęci lub przygnębi czytelnika.

Mam w zanadrzu jeszcze dwie kolejne książki z tej serii więc można już teraz obstawiać kto jeszcze zginie!

Na karty swoich powieści zapraszasz też postaci o różnym tle kulturowym, wyznaniu, wreszcie preferencjach płciowych. Dla części polskich nastolatków to musi być niesamowite odkrycie, bo w większość książek w naszym głównym nurcie to powieści, w których nie ma miejsca na zwykłą kumpelę-lesbijkę. Jestem ciekawa, czy podczas pracy nad swoimi książkami myślisz o tym, by pokazywać nastolatkom tę “normalną” różnorodność – kulturową, płciową, mnogość relacji?

Różnorodność to bardzo ważny temat w literaturze spod znaku “young adults”, ale ja włączam takich bohaterów jak przyjaciółka Stevie, bo taki jest właśnie nasz świat. Jest w nim też miejsce dla gejów i lesbijek. Zaakceptujmy to. Nie wszyscy są hetero, nie wszyscy są biali, nie wszyscy mają pełne rodziny, nie wszyscy są katolikami. To jest ta warstwa książki, która nie dotyczy samego śledztwa, tylko życia w ogóle. Na tym mi zależało. Moi czytelnicy to młodzi ludzie wyznający różne religie, o różnej orientacji seksualnej. To jest normalne.

A zdarzało ci się, że czytelnicy pisali, że dziękują za wprowadzenie do fabuły takiego wątku?

Tak , zdarzało się, ale mam wrażenie, że w USA to już jest norma. Nikogo nie dziwi taki dobór postaci. W 2005 było inaczej, pisałam wtedy romans między dwiema dziewczynami. 13 lat temu faktycznie przyszło dużo podziękowań, że podjęłam tak ważny, a zarazem pomijany temat. Teraz nikt na to nie zwraca uwagi, to jest normalne.

Nastolatka-lesbijka w książce dla młodzieży to norma jak kupowanie biletu w automacie?

Tak, dokładnie. Oczywiście zawsze pojawi się ktoś, dla kogo to jest ważne i przełomowe. Bycie nastolatkiem samo w sobie jest wyzwaniem, a bycie młodym człowiekiem, który kocha osoby tej samej płci to musi być coś wymagającego znacznie większego hartu ducha. Zawsze będą więc nieheteronormatywni nastolatkowie, którzy będą się czuli wyobcowani, smutni, pomijani, gnębieni. Jeśli dzięki bohaterom moich książek poczują się lepiej i zaakceptują siebie, to będzie super. Myślę, że w Polsce tym bardziej może to pomóc młodym ludziom.

Jest jeszcze jednak ciekawa warstwa w “Nieodgadnionym” dotyczy relacji między analogowym światem przeszłości i cyfrową współczesnością. Dlaczego w ogóle postanowiłaś w teraźniejszość wmieszać wątki z okresu prohibicji?

Pisanie kryminału rozgrywającego się w latach trzydziestych to była dla mnie świetna zabawa. Wreszcie wiele kryminałów powstało właśnie wtedy. To jest też cudowny czas dla pisarzy. Nie było zbyt wielu nowoczesnych technik tropienia, metod zbierania dowodów, śledzenia, nie było zaawansowanej aparatury, nie było baz danych takich, jakie sa teraz. Trudniej było też o kontakt. Brak telefonów komórkowych to jest najlepszy prezent, jaki może sobie dać autor kryminału. Wykonanie jednego połączenia potrafiłoby zakończyć większość klasycznych opowieści kryminalnych. Sięgnięcie po smartfona z dostępem do sieci byłoby nagłym zakończeniem już na trzeciej stronie w przypadku większości klasyków sprzed 1950 roku. Jest to też powód, dla którego sama wysłałam współczesnych bohaterów do bardzo odizolowanego miejsca. W górach, ze słabym wi-fi i kilkumetrowymi zaspami śniegu zimą. Tak, wybór miejsca jest też ważny.

W sumie strasznie gnębisz swoich bohaterów… zwłaszcza tym brakiem wi-fi. W realnym świecie jednak jesteś zupełnie inna i lubisz wspierać młodych twórców, prawda?

Cóż, mam ten przywilej, że mogę spędzać z nimi dużo czasu. Zawsze jestem otwarta na to, by porozmawiać, obejrzeć jakieś nowe odcinki vlogów na YouTube. Media społecznościowe skróciły dystans między odbiorcami a twórcami i bardzo mi się to podoba.

fot. materiał wydawcy

Widziałam też, że za sprawą innej twojej książki, “13 małych błękitnych kopert”, wielu nastolatków ruszyło w podróż swego życia. Przewidywałaś, że ta lektura będzie tak motywująca?

Sama, jak tylko skończyłam college, spakowałam się i poleciałam do Anglii bez żadnych planów i miejsca do życia. Nie byłam co prawda we wszystkich miejscach opisanych w “13 kopertach…”, ale większość z nich odwiedziłam. Moim pierwszym pomysłem, od którego zaczęło się pisanie “13 kopert” była sama koncepcja podróży. Chciałam zachęcić do tego młodych, zwłaszcza stąd, z USA, bo kiedy podróżujesz po świecie uczysz się znacznie więcej o sobie i innych ludziach. O to mi chodziło. Fajnie też, że dzieciaki, które już są w Europie, czyli tam, gdzie dzieje się akcja książki, też czują się zachęcone i chcą odkrywać inne kraje wokół siebie. Tym bardziej, że rodzice tych dzieci woleliby ich nie wypuszczać na takie eskapady…

A jeszcze cztery dekady temu, nawet tu, za żelazną kurtyną, popularne było jeżdżenie autostopem. Nastolatki brały latem plecaki i w drogę. Potem bez kontaktu z domem przez trzy tygodnie. Pocztówki, o ile w ogóle docierały, to znacznie później niż nadawcy. I nagle z takich ciekawskich dzieci wyrośli dorośli, którzy nie chcą wypuszczać swoich pisklaków z gniazda?

Tak, to jest niesamowite. Może dlatego “13 kopert…” to też trochę taka baśń dla dorosłych? Słuchaj, a wiesz, że ja wzięłam stypendium i właściwie zupełnie w ciemno, nie wiedząc nic o miejscu do którego trafię, pojechałam, by zamieszkać na zamku w Szkocji? Byłam tam zimą. Tylko ja i cztery inne osoby. W środku lasu. To było bardzo klimatyczne… Wiesz, Szkocja zimą to strasznie mroczne miejsce, mało słońca, wcześnie robi się ciemno.  No i my, odizolowani od reszty świata.

Zaraz, zaraz, to mi przypomina nieco scenerię w “Nieodgadnionym” – młodzież, stypendium, szkoła w starym zamku, las, góry… Czy to nie są aby twoje doświadczenia?

Cóż, część z rzeczy opisanych w książce przytrafiła się i mnie, a część to pokłosie mojego fantazjowania na temat tego, “co by było gdyby…”. Sama chciałam. Znalazłam ogłoszenie, napisałam list, wysłałam go i mnie przyjęli. Właściwie to zadzwonili do mnie pewnego dnia i powiedzieli, że mnie przyjmują, ale osoba, która miała mi wysłać list z potwierdzeniem jakiś czas wcześniej, po prostu o tym zapomniała, więc.. Cóż: “Jesteś przyjęta, ale masz sześć dni, by dotrzeć do Szkocji”. No to zrobiłam to. Nie wiem jak, pamiętam tylko, że biegałam po całym domu i zbierałam swoje rzeczy, żeby się spakować. Nigdy wcześniej nie byłam w Europie. Nie miałam pojęcia co mi będzie potrzebne. Mnóstwo rzeczy wrzucone było do bagażu w totalnym chaosie. No i poleciałam.

Rozumiałaś, co mówili do ciebie Szkoci?

Zazwyczaj tak, ale kiedy chcieli, żebym ich nie rozumiała, zaczynali mówić naprawdę dziwnie. Moment największego zdziwienia miałam na samiutkim początku. Przyleciałam z USA, dojechałam pod wrota zamku, stanęłam tam z walizkami i nagle w moją stronę podąża starszy facet z kucykiem. Mówi coś, a ja kompletnie nie pojmuję. Do dziś nie wiem co chciał mi przekazać. Co ciekawe mój mąż jest w połowie Szkotem. Jego ojciec mówi ze szkockim akcentem. Mój mąż ma ukryty szkocki akcent. W ogóle odkryłam, że w samej Wielkiej Brytanii jest tyle różnych akcentów i dialektów. Na szczęście okazuje się, że wszyscy są w stanie zrozumieć Amerykanów, bo jesteśmy tacy ekspresywni i tacy donośni (śmiech)!

W takim razie powiedz szczerze i głośno, czy twoje doświadczenia z okresu dorastania bardzo się różnią od tego, co robi teraz młodzież?

Kompletnie się różnią i wcale nie dlatego, że nie było wtedy internetu. Największą różnicą jest to, że ja uczęszczałam do szkoły katolickiej, gdzie byliśmy zamknięci podczas całego dnia. To była bardzo wymagająca szkoła pełna restrykcyjnych zasad zachowania. Cały swój czas poświęcałam na myślenie o tym, jak się stamtąd wydostać (śmiech).

To musiało być bardzo kreatywne i rozwijające twoją literacka wrażliwość ćwiczenie!

O tak! 90 procent swojego czasu poświęcałam właśnie na to. A wiesz co jest niezłe w tej opowieści? Ta szkoła była polską szkołą katolicką. Język polski był tu obecny przez cały czas. Rozbrzmiewał w korytarzach szkolnych. Większość nauczycieli mówiła płynnie także po polsku, część uczniów znała ten język. Ja niestety nie umiem powiedzieć ani słowa po polsku. To piękny język, bardzo podobało mi się jego brzmienie, ale wygląda na strasznie trudny do nauczenia się…

Widzę jednak, że mam tu sporo fanów, więc mam też motywację. Obserwuję sobie polskiego bookstagrama, jest niesamowity! Instagramerzy z Polski wrzucają całe mnóstwo zdjęć z moimi  książkami. Zaraz obok angielskiej to najliczniejsza grupa czytelników z Instagrama. Polscy czytelnicy są super!

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Nika Brassel
Nika Brassel
W poprzednim życiu dziennikarka i pisarka, podróżniczka i matka dzieciom, teraz po prostu autorka, hobbystycznie podejmująca intrygujące tematy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Wywiad

Nicholas Sparks: Autor musi słuchać, co ludzie mają do powiedzenia o jego książkach

Nicholas Sparks, autor poczytnych romansów, w tym bestsellerowego “Pamiętnika”, umie poruszać wyobraźnię odbiorców. Z jego 19 powieści 11 zostało zekranizowanych, a większość okazała się hitami. Korzystając z wizyty pisarza w Polsce podpytaliśmy go o sekrety warsztatu.
Bartek Czartoryski
Bartek Czartoryski
4 listopada 2017
CZYTAJ WIĘCEJ