Muzeum Warszawy: obcowanie z historią, ale nie historyczny Disneyland

7 minut czytania
512
0
Martyna Kośka
Martyna Kośka
23 lipca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Muzeum jest w zupełnej kontrze do tego, jak projektuje się współczesne muzea. Umożliwia obcowanie z historią i kontakt z przedmiotem, ale nie znajdziemy w nim urządzeń multimedialnych – jedynym ukłonem w stronę nowoczesności są audioprzewodniki. To celowy zabieg.

Im bardziej żyjemy w świecie wirtualnym, tym bardziej ciągnie nas w stronę realnych rzeczy. Młodzi są przyzwyczajeni do multimediów, a urządzenie dotykowe, które ma dwa lata, jest dla nich przestarzałe. Trzeba znaleźć inny sposób, by opowiedzieć o historii – wyjaśnia Jarosław Trybuś, dyrektor placówki.

Nie ma więc multimediów, ale brak też czegoś jeszcze, co kojarzy się nam z muzealną narracją: chronologii. W sąsiadujących gablotach znajdują się pamiątki z różnych wieków i nie jest to przykład bałaganu, lecz próba pokazania, że historia nie jest linearna, lecz „toczy się kołem” – pewne rzeczy zmieniają swoją funkcję i wygląd na przestrzeni dekad, ale w gruncie rzeczy niosą tę samą treść.

Gabinet zegarów (fot. Muzeum Warszawy)

Sfałszowany plan miasta

Plan miasta z 1955 r. sam w sobie nie jest jakoś specjalnie cenny – na pewno ma mniejszą wartość niż inne, które znajdują się w sali poświęconej starym planom miasta. A jednak niezwykły!

Wydano go z okazji międzynarodowego zjazdu młodzieży. Wielka uroczystość i okazja do pokazania, jak nowoczesnym i przyjaznym ludziom państwem jest socjalistyczna Polska. Potrzeba przeniesienia układu ulic na papier była pilna, bo od wydania ostatniego planu minęło trochę czasu, a rok 1955 był dla Warszawy niezwykły, bo oddawano jeden strategiczny obiekt za drugim. 21 lipca 1955 r. otwarto Pałac Kultury i Nauki, dzień później – Stadion Dziesięciolecia Manifestu Lipcowego. Przyjeżdżająca z całego świata młodzież powinna mieć możliwość łatwego zlokalizowania ich we wciąż podnoszonym z gruzów mieście. Kartografowie stanęli na wysokości zadania i opracowali aktualny plan w zaledwie dwa tygodnie.

Na plan naniesione są obiekty, które mają świadczyć o potędze państwa socjalistycznego, a więc odbudowane osiedla, gęstniejąca siatka ulic, niekiedy pojawiają się też tory kolejowe – ale nie ma żadnego dworca. Cenzura uznała, że ciekawość jest pierwszym krokiem do piekła i obawiając się, że wróg zbyt łatwo dowie się, gdzie znajdują się strategiczne obiekty, po prostu zabroniła ich nanosić. Aby jeszcze bardziej utrudnić życie wywrotowcom, zmieniono przebieg niektórych ulic albo dorysowano nieistniejące.

Nieistniejące ulice dodano przede wszystkim tam, gdzie pozostało puste miejsce po torach kolejowych i dworcach – wszak wróg głupi nie jest i zorientowałby się, że puste połacie coś skrywają.

W fałszowaniu map kartografowie radzieccy, od których uczyli się polscy, doszli do perfekcji. Po latach takich praktyk prawda tak mieszała się z fałszem, że wojskowi dowódcy zupełnie nie wiedzieli, czy oficjalne mapy, które mają do dyspozycji, choć szczątkowo oddają prawdę. Ot, dowód na to, że nadgorliwość bywa gorsza od innych trapiących świat problemów.

Gdy wszystkiego możemy dotknąć, warto popatrzeć

Gabinet z mapami był pierwszym, do którego zaprowadził mnie dr Paweł E. Weszpiński, kurator tej części wystawy w Muzeum Warszawy.

Ktoś pomyśli – no tak, wystawa map, do tego monety z różnych okresów, jakieś stare pocztówki, trochę ocalałych przedmiotów użytku codziennego – i mamy kolejne muzeum historii miasta. Takie placówki istnieją w każdym dużym mieście, ale zdarzają się też w mniejszych.  Czasem  wystawy  przykuwają wzrok i stanowią ciekawą inspirację do eksplorowania miasta, ale równie często po prostu stanowią mniej lub bardziej obowiązkowy punkt zwiedzania.

Są gabloty, nie ma nudy (fot. Grażyna Kułakowska/Mueum Warszawy)

Muzeum Warszawy mogłoby być jedną z takich placówek, ale jego twórcy wymknęli się temu schematowi. Nie mamy tu ani ścieżki pt. „Warszawa od wczesnego średniowiecza do dzisiaj”, ani – co może wydawać się bardziej zaskakujące – ekranów dotykowych, na których jednym ruchem palca przejdziemy od typowej chałupy mazowieckiej w XV wieku do archiwalnych nagrań z dwudziestoleci międzywojennego.

Kto nie dopił soku. Eksponaty z kredensu dziadków

Przejdźmy dalej, do  Gabinetu Opakowań Firm Warszawskich. Jak świat światem ludzie w jakiś sposób zabezpieczali przewożone towary albo chowane w spiżarce jedzenie. Były więc skrzynie, kosze wiklinowe, a małe rzeczy można było po prostu owinąć materiałem. Nowoczesne opakowania pojawiły się w dobie rewolucji przemysłowej. Ich podstawową funkcją jest ochrona towaru, ale dość szybko (w drugiej połowie XIX wieku) stały się też nośnikiem reklamy.

Szczególnym obiektem jest pudełko po czekoladkach wyprodukowanych przez Zakład im. 22 Lipca, czyli wcześniejszy (i obecny) E.Wedel. Podstawową funkcją pudełka było, co oczywiste,  przechowywanie słodyczy. Gdy zostały zjedzone, pudełko zaczęło tworzyć własną historię – opowiada dr Weszpiński. – Przez lata trzymaliśmy w nim muzealne fotografie. Po tym czasie zorientowaliśmy się, że samo w sobie jest cenne, więc zamieniliśmy je w obiekt muzealny.

Albo opakowanie po marmoladzie kolportowanej w getcie. Kto ją trzymał na półce? Czy długo obracał w ręku, zastanawiając się, czy otworzyć ją już teraz, czy może lepiej schować głęboko i sięgnąć po nią, gdy nadejdą gorsze czasy?

Obok marmolady znajduje się błękitna butelka z grubego szkła, na dnie której wciąż znajdują się resztki jakiegoś płynu. Piwo? Sok? Tego jeszcze nie wiadomo, ale muzeum nie wyklucza przeprowadzenia badań, by ustalić, co pił jej ostatni właściciel.

Delfin na „cmentarzysku miasta”

Od pewnego czasu plakaty na przystankach autobusowych przypominają, że funkcjonuje takie miejsce, jak Muzeum Warszawy – bo choć działa przy Rynku Starego Miasta, świadomość jego istnienia jest niewielka. W 2017 r. wróciło w nowej odsłonie. Mieści się w 11 kamienicach strony Dekerta, którą wojna oszczędziła bardziej niż resztę staromiejskiej zabudowy.

Muzeum, choć w nowej formule i odrestaurowanych budynkach, nie jest jednak instytucją nową, bo swa działalność zainaugurowało w 1936 roku jako Muzeum Dawnej Warszawy, oddział Muzeum Narodowego. Placówka objęła opieką zbiory varsavianistyczne.

Gabinet Detali Architektonicznych (fot. Muzeum Warszawy)

Muzeum zgromadziło 300 tys. eksponatów, ale odwiedzający zobaczą tylko niewielką ich część. Nie powinno to dziwić – właściwie każda placówka jest w stanie wystawić zaledwie ok. 2-4 proc. swoich zbiorów. Regularnie wracający miłośnik rzeczy dawnych będzie miał jednak możliwość poznać większą część eksponatów niż wspomniany procent, a to dlatego, że choć muzeum działa w formule wystaw stałych, to muzealia będą się zmieniały co kilkanaście miesięcy.

Kto chce zobaczyć delfina, ulubioną rzeźbę wielu pracowników muzeum, powinien się więc pospieszyć. Kiedyś był jednym z wielu detali fontanny ogrodowej w Willi Regia (obecnie to Pałac Kazimierzowski przy Krakowskim Przedmieściu, w którym mieści się siedziba Uniwersytetu Warszawskiego), a dziś wywołuje uśmiech swoim nieco dziecięcym wyrazem twarzy.

To cmentarzysko tego miasta – mówi dr Weszpiński o Gabinecie Detali Architektonicznych, w którym znajduje się kamienny delfin. Wszędzie znajdują się różnej wielkości rzeźby. Czasem samodzielne, ale lwia część to elementy dekoracyjne z innych budowli.

Tak naprawdę delfin wcale nie miał się znaleźć w muzeum, bo miejscem jego przeznaczenia była Szwecja. Podobnie jak tysiące innych dekoracji, przedmiotów życia codziennego, elementów wyposażenia kościołów i wszystkiego, co dało się zerwać lub odłupać, znalazł się na barce, która Wisłą miała dostarczyć go gdzieś na północ. Barka zatonęła zaledwie kilka kilometrów za miastem, a delfin, jak na istotę morską przystało, spędził pod wodą bardzo wiele czasu. Odnaleziony został na początku XX wieku.

Być może gdyby nie próba wywiezienia go za granicę, w ogóle nie dotrwałby do naszych czasów?

Wrażenie, które na długo pozostaje

Na koniec sala, która zrobiła na mnie największe wrażenie – Gabinet Relikwii. Jakoś bardziej tu kameralnie niż w innych pomieszczeniach. Wrażenie odświętności potęguje umieszczenie wszystkich eksponatów w gablotach wyłożonych prawdziwym złotem płatkowym, ale rzeczywistym powodem jest to, że każdy eksponat dotknięty jest prawdziwą ludzką tragedią. Jest więc zabawka-żyrafka, która mogłaby wywołać uśmiech na twarzy zwiedzającego (zwłaszcza takiego, który lubi oglądać maskotki z czasów swoich dziadków), gdyby nie jej tragiczna historia. Zabawkę tę zrobiła w 1941 r. Kamila Żukowska, przebywająca wtedy w celi na Pawiaku. Nie wiemy, dla kogo, pewnie dla swojego dziecka. Pani Kamila nie doczekała końca wojny. Zginęła w masowej egzekucji w 1942 r. Miała niecałe 30 lat.

Albo ołtarzyk z chleba – kolejna rzecz zrobiona rękami więźniów na Pawiaku. Kiedyś w środku była jeszcze figurka Matki Boskiej.

Lub rysunek dziecka, przedstawiający wrześniowe bombardowanie Warszawy przez samoloty nazistowskie. Choć przecież kilkakrotnie widziałam kroniki filmowe z tamtych wydarzeń i wiem, jak wygląda płonące miasto, prostota rysunku – i krzyczące z niego strach i zagubienie  – zmroziły mnie na dłuższą chwilę. Gdzieś jeszcze kołatało pytanie: jak ta cienka kartka przetrwała wojenną pożogę?

Jest też pasiak z obozu koncentracyjnego. Jak to, zapyta ktoś, przecież w okolicach Warszawy żadnego nie było. Zgadza się  ale byli warszawiacy, którzy przeżyli piekło obozów i tę traumę nosili w sobie do końca życia. Szorstki, bezkształtny kombinezon na  co dzień zakładała Krystyna Tarasiewicz – i to przez wiele lat po wojnie.

Albo tabliczka z ul. Długiej 6, na której różnymi charakterami pisma zapisane są krótkie wiadomości dla wzajemnie poszukujących się bliskich.

Są też rzeczy weselsze, takie jak spodek z autografem Pabla Picassa. Talerzyk mocno zszarzał od 1948 r., kiedy to ojciec kubizmu odwiedził nasz kraj  przy okazji Pierwszego Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju, ale nie można go oczyścić, bo naruszyłoby to niezwykły podpis.

I tak historia przedmiotów z różnych epok przeplata się przez 21 gabinetów.

Poznaj historię przedmiotów

Spędziłam w muzeum godzinę i w tym czasie zobaczyłam cztery z nich. Gdybym chodziła bez przewodnika, pewnie mogłabym w tym czasie odwiedzić co najmniej połowę sal, ale byłoby to objęcie wzrokiem eksponatów bardziej, niż zapoznanie się ze stojącymi za nimi historiami. Tym, co jest w moim odczuciu siła Muzeum Warszawy jest wspomniany już brak multimediów. Zbyt wiele ich już w różnych muzeach widziałam i raczej nie westchnę, chwaląc w myślach pomysłowość twórców.

Tu jest jakoś inaczej. Czuję, że Muzeum Warszawy pełni dokładnie tę funkcję, do której placówki tego rodzaju zostały powołane – ma umożliwić obcowanie z historią, kontakt z przedmiotem – ale pozostawiając miejsce na własne dopowiedzenia. Bez narzucania się i uprawiania historycznego Disneylandu.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Martyna Kośka
Martyna Kośka
U progu dorosłości marzyła o uporządkowanym życiu i oglądaniu miasta z wysokiego piętra przeszklonego wieżowca, więc ukończyła prawo. Nie zdążyła jednak zastukać obcasami na korytarzu sądowym, bo przekonała się, że znacznie ciekawszy świat czeka na mnie gdzie indziej.
Jest dziennikarzem gospodarczym, jej analizy można przeczytać w kilku popularnych serwisach finansowych - ale po godzinach pracy praktycznie nie używa słów typu "inflacja", "nowelizacja" i "jurysdykcja krajowa", lecz pisze dużo bardziej reportażowo, życiowo.
Czyta reportaże, ogląda polskie dramaty obyczajowe, wybiera schody zamiast windy.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

Zobacz też

Dzień z życia przedwojennego warszawiaka wiosną 1938 roku

Polska dwudziestolecia międzywojennego uchodzi za raj utracony, wzbudzający żywe zainteresowanie nawet tych, których historia jako taka nie ciekawi. Nic dziwnego, bo to przeszłość bardzo bliska, często znana z opowieści naocznych świadków z naszych rodzin. Przenieśmy się więc w nią na chwilę i zobaczmy, jak mógł wyglądać dzień typowego mieszkańca Warszawy z końca lat trzydziestych, inteligenta z klasy średniej.
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
8 kwietnia 2018
CZYTAJ WIĘCEJ