Seks to nie jest nagroda

3 minuty czytania
521
8
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
15 lipca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Seks w związkach bywa traktowany jak narzędzie, które służy do wynagrodzenia lub ukarania partnera. Cały dzień oglądałeś mundial? Nie wyniosłeś śmieci? No to wybacz, ale dziś boli mnie głowa! Tylko że to droga prowadząca do kryzysu i najpewniej rozpadu związku.

Seks związku jest ważny, potrzebny i jest pewną wypadkową relacji, a przynajmniej powinien być. Niestety, często zdarza się tak, że po pierwszym dzikim seksualnym szale, wkrada się w związek lekka rutyna i niekoniecznie seks jest najważniejszy. To jeszcze nic złego, bo tak to po prostu zwykle wygląda. Problem zaczyna się wtedy, kiedy jedna strona – najczęściej ta z mniejszym temperamentem erotycznym – zaczyna trochę tym seksem handlować i traktować zbliżenia jako kartę przetargową. No, kochanie, jak ty tak będziesz tylko na kanapie leżał, to nic z tego, trzeba jechać do mamusi, kwiaty podlać na cmentarzu i jeszcze regał skręcić! Nie chce ci się? To lepiej, żeby ci się zachciało, bo mi też może się nie chcieć dziś wieczorem!

No i powiedzmy, że ten spragniony seksu chłop pojedzie do tej nieszczęsnej mamusi, zahaczy o cmentarz i rozprawi się z wredną i paskudną instrukcją skręcania mebli. I wtedy co? Chcemy nie chcemy, kochać się z nim musimy, bo przecież odwalił co miał odwalić, czas na nas.

Seks to nie transakcja handlowa

I to trochę trąci dramatem, bo ani ten chłop super szczęśliwy nie będzie, ani też najpewniej jakoś strasznie mocno nie skupi się na partnerce i jej potrzebach, bo przecież i jemu obowiązki nie sprawiły przyjemności, to czemu jej by miały? Ani też zadowolona nie będzie kobieta, bo tym sposobem seks staje się jakąś strasznie przykrą transakcją. Gorszą niż ta między zawodową panią na godziny, a spragnionym uniesień panem. Bo tam nie dość, że nie ma uczucia, to jeszcze są pieniądze, które jawią mi się jako fajniejsze od podlanych kwiatków na cmentarzu.

Takie podejście do seksu jest więc złe dla dwóch stron, bo zamiast traktować zbliżenie jako wyraz miłości, bliskości, jako coś, co sprawia, że związek jest lepszy, fajniejszy, mocniejszy, staje się nic nie wartym aktem, odartym z uczuć. I paradoksalnie ta osoba, która tak podchodzi do seksu, że zbliżenia traktuje jak transakcję, chcąc mieć władzę, w gruncie rzeczy godzi się na to, by traktowano ją przedmiotowo i wcale żadnej władzy nie ma. Do tego traci przyjemność z seksu, bo raz, że partner się nie bardzo stara, wiedząc, że to po prostu transakcja, a dwa – musi go uprawiać wtedy, kiedy on akurat zrobi coś, czym sobie zasłużył. A więc takie rzeczy jak ochota, nastrój czy pożądanie tracą na znaczeniu.

Seks jest zbyt ważny, by był kartą przetargową

Oczywiście nie chodzi oto,  że jak partner jest średni, nie stara się, nie jest czuły, dobry, zionie wódą na kilometr, to my mamy budować z nim bliskość, relację i podgrzewać emocje. O emocje trzeba dbać i muszą to robić dwie strony. Nie może być tak, że brakuje miłych, czułych gestów, że brakuje starania się o partnera, są za to wymagania takie, że Grey przy tym to bajka dla dzieci. Związek to praca, podgrzewanie w nim temperatury to jej stały element. I jasne, że czasem jest tak, że sytuacja życiowa czy okoliczności, sprawić mogą, że partner zwyczajnie nie będzie chciał czy mógł uprawiać seksu. I tu – jeśli związek ma trochę mocniejsze fundamenty niż fascynacja swoimi ciałami – trzeba poczekać, pomóc, nie naciskać i nigdy do niczego nie zmuszać.

Trzeba więc o związek dbać, starać się dla siebie nawzajem, ale nigdy nie robić z seksu towaru, nie iść na szemrane deale, że ty pucujesz chatę przez tydzień, a ja – pardon, bardziej wrażliwi – obciągam ci przez następny. Tak być nie może, bo seks jest za fajną i zbyt ważną sprawą, żeby traktować go jako przymus, okazywać nim wdzięczność czy płacić nim za cokolwiek. Nie uprzedmiotawiajmy siebie i partnera, zamiast tego budujmy z nim bliskość.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
Rocznik '86, absolwentka polonistyki, zawodowo klepie teksty, prywatnie i od czasu do czasu – męża. Social media sierota, która prowadzi bloga www.znetawziete.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

8 odpowiedzi na “Seks to nie jest nagroda”

  1. To ja jeszcze dorzucę jedną opowiastkę z mojej grupy motoryzacyjnej. Jeden z,khm, członków grupy szukał ostatnio na szybko klapy do bagażnika. Koledzy pytają co się stało, typ odpowiada, że jego kobieta rozwaliła. Komentarz? No auta szkoda, ale ooo staaaaary, będziesz miał dzisiaj seks życia!

  2. Kwestia spojrzenia, stylu i proporcji.

    Nie ulega wątpliwości, że pożycie intymne stanowi jeden z podstawowych regulatorów stosunków społecznych wśród ludzi i na poziomie ‚atomowym’ nie sposób go zastąpić czymkolwiek innym tak, jak na przykład dzieje się to na wyższych i przez to coraz publiczniejszych szczeblach życia społecznego. Coś, co z początku może być niczym więcej jak zwierzęcym pożądaniem (w idealnym wypadku obopólnym) z upływem czasu staje się czynnikiem spajającym ten szczególny związek dwóch osób, bez którego to czynnika mamy do czynienia z kolejną mniej lub bardziej udaną znajomością. Nie sposób zatem wyobrazić sobie życia seksualnego dwóch osób toczącego się w oderwaniu od pozaseksualnych aspektów dzielenia z drugą osobą przestrzeni, wydatków, opieki nad potomstwem, itd. Jedno jest organicznie wręcz powiązane z drugim i w zrównoważonym układzie rapport pozałóżkowy przekłada się na zgranie w łóżku, a zgranie w łóżku owocuje porozumieniem poza nim. I nikogo to nie dziwi i nie oburza, co najwyżej zazdrośnie kłuje, kiedy sąsiedzi wesoło pląsający na zakupach pomiędzy sklepowymi półkami, spleceni dłońmi niczym bohaterowie jakiegoś kolorystycznie przejaskawionego musicalu z wczesnych lat 60tych (albo reklamy środków na niestrawność) wieczorami kwiczą sprośnie na całe osiedle, aż chcąc nie chcąc człowiek zastanawia się nad anatomicznymi szczególami sodomicznych aktów, którym się oddają.

    Maskownica ukrywająca całość mechanizmu opada (albo sama, albo umyślnie zdjęta), kiedy coś szwankuje i wtedy z niezadowoleniem połączonym z lekką fizyczną odrazą odkrywamy bebechy bycia razem i w naprawdę czarnych chwilach redukcjonistycznie-ekonomistycznie rozbić możemy wszelkie stosunki międzyludzkie, nawet te najbliższe naskórnym zakończeniom nerwowym na akty wymiany i towarzyszące im niekończące się rachunki korzyści i kosztów. Nie tylko sfery seksualnej to musi dotyczyć, można przecież uznać, że związek dwóch osób to pozbawiona emocjonalnej magii mikrogospodarka, gdzie ja gotuję dla wszystkich, bo wyjdzie taniej, a ty nie umiesz dosmaczyć i wszystko smakuje jak zlewki, za to ty pierzesz dla wszystkich, bo jesteś taki mądry i silny misiu i do pralki więcej cierpliwości masz. Razem łożymy na czynsz/kredyt oraz media, więc pod koniec okresu rozliczeniowego wszystkim w portfelach zostaje trochę grosika, do rozdysponowania indywidualnego na waciki i fajki, albo do przeznaczenia na wakacyjny fundusz, kastrację kota, czy urządzenie sali tortur i studia filmowego w jednym.

    Kwestią stylu pozostaje umiejętne posługiwanie się maskownicą. Bezwstydne wycenianie seksu tam, gdzie seks oficjalnego cennika nie posiada jest równie pozbawione klasy jak uważne studiowanie rachunku w restauracji w obecności wszystkich biesiadników przez kogoś, kogo ewidentnie stać na jego uiszczenie. I jeszcze, o zgrozo! wypytywanie każdego z osobna, co dokładnie zamówił i ile wypił.

    No, a teraz przyznaj się co nabroiłaś. ;o)))

      • Tak, ale jakby. 😉

        Chodziło mi o to, że w każdym związku jest element wyrachowania i jest jakaś dysproporcja cielesnego pożądania (ale nie tylko, bo jakaś zdrowa różnica w zainteresowaniach, temperamencie, itd też występuje) i nierzadko stanowią motor napędowy związku. Niezadowolonym można być wtedy chyba, kiedy otwartym, bezceremonialnym kodem komunikuje się drugiej stronie, że w zamian za A będzie B, a jak nie będzie A to nie będzie B. Dobrze zgrani partnerzy rozumieją się bez słów i jak coś przeskrobią, to sami grzecznie poprawiają pidżamkę, obracają się na drugi bok i gaszą nocną lampkę. Albo kneblują się czerwoną piłeczką, wskakują w lateksowy kombinezon bez rękawków i wpełzają do skrzyni na Pokrakę.

Dodaj komentarz

Zobacz też

Brak rozwodów i legalna prostytucja – erotyczne obyczaje II RP

Przedwojenna Polska, zwłaszcza na tle innych europejskich krajów, zaskakuje wyzwolonym podejściem do seksualności: nie penalizowano u nas homoseksualizmu, akceptowano związki pozamałżeńskie. Jednak miała też mroczniejsze oblicze – polskie prawo nie przewidywało cywilnych rozwodów, ale za to prostytucją mogły się parać nawet nastolatki.
Maciej Nowak-Kreyer
Maciej Nowak-Kreyer
26 maja 2018
CZYTAJ WIĘCEJ