Nie chciałam aborcji, a jednak ją zrobiłam [LIST]

5 minut czytania
501
3
Listy od czytelników
Listy od czytelników
16 lipca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Ten list od czytelniczki miał ukazać się w zupełnie innym serwisie. Jednak jego autorka z goryczą stwierdziła, że jej przeżycia i spostrzeżenia chyba nie bardzo pasują do teorii i poglądów głoszonych przez „Codziennik Feministyczny” – jego redakcja nie była uprzejma odpowiedzieć. Po przeczytaniu tekstu Olgi Siemoniak, wysłała list do nas.

Patrzę w napisanego maila i boję się go wysłać. Od lat jestem zdeklarowaną feministką – brałam udział w marszach, dyskusjach, całą sobą podpisuję się pod postulatami o wolnym wyborze, bo każdy na niego zasługuje. Syndrom poaborcyjny? Jakaś ściema. No, nie do końca. Głęboko wierzę, że kiedy decyzja jest podjęta przez KOBIETĘ, że to ona chce takiego wyboru dokonać, to żadnych problemów z tym nie ma, bo przecież działa w zgodzie z sobą. Cóż, ja mam. Towarzyszy mi od 56 dni i każdego kolejnego budzę się rano z nadzieją, że zniknie.

Ponad miesiąc temu dokonałam aborcji. Mam ten komfort (chociaż taki) psychiczny, że mogłam to zrobić bezpiecznie, za pieniądze wyjechać z kraju – stać mnie, stać niedoszłego ojca dziecka. Od tego czasu nie ogarniam.

Nie chciałam ciąży, nie chciałam też aborcji

Ciąża nie była chciana. Strzał w twarz tak naprawdę, kompletna dezorientacja – co teraz? Kiedyś myślałam, że od razu wejdę w internet, znajdę stronę, zadzwonię i się umówię – wiem jak to działa, gdzie napisać, które fora pomogą. Nagle nie mogę się do tego zmusić na samą myśl płaczę – a MOŻE. Może jednak, chociaż to nie czas, nie pora i wszystko jest nie tak – w końcu to moje. Ojciec dziecka nie myślał podobnie. Nie dał mi czasu, przestrzeni na zastanowienie się, był zdeterminowany na jedno rozwiązanie – uległam. Bo powiedzieć, ze się zgodziłam to byłoby za dużo. Czy nie miał racji w swojej argumentacji? Pewnie miał, ale to nie była MOJA decyzja. Nie miałam czasu tak naprawdę na jej podjęcie, szczerze mówiąc nie do końca pamiętam tamte trzy tygodnie, od momentu gdy się dowiedziałam.

I takich kobiet w internecie nie widzę. A nie wierzę, że ich nie ma bo za dużo jest postów typu – jestem w ciąży, partner naciska na usunięcie. Potem już cisza, ciągu dalszego historii brak. Szukałam grupy wsparcia, porady jak sobie radzić z tym, co się ze mną dzieje. Cisza. Nie ma dla nas miejsca w dyskusji o prawie do aborcji.

Uciekanie przed wspomnieniami? Pewnie tak. Wstyd? Cóż, w obecnym świecie ciężko mówić normalnie o samej aborcji, a jeszcze przyznać się do tego, że ktoś cię do tego zmusił? Jak można zmusić, przecież siłą cię na tym stole nie kładł. No pewnie, że nie kładł, ale bądź przerażoną kobietą w nieplanowanej ciąży, z szalejącymi już hormonami, brakiem jakiegokolwiek wsparcia, karmioną najgorszymi wizjami a dobrymi radami tylko tych osób, których i tak to nie dotyczy i wtedy możemy sobie porozmawiać o tym jak być asertywnym.

A co z kobietami, które chciały dziecka, ale musiały usunąć ciążę ze względu na wady, swoje zdrowie? One maja większe prawo do współczucia niż takie jak ja, ale nadal w ramach dyskusji natrafiłam (zbyt często) na odpowiedzi – ciesz się, że mogłaś. A syndrom nie istnieje i teraz biedna kobieta zastanawia się, czy wszystko z nią ok. W końcu pisali, że poczuje ulgę, a tu sporo uczuć się pojawia, ale ulgi to akurat brak.

Brak złotego środka

Mam wrażenie, że dyskusja o aborcji poszła tylko w dwóch kierunkach, jedynych dwóch „słusznych” – aborcja to całkowite zło i powinna być absolutnie zabroniona, no i „aborcja jest ok”. WYBÓR jest ok. Aborcja nie. Paradoksalnie, kobiety, do których powinnam móc się zwrócić to wszelkie fora „pro-choice”, to one powinny być miejscem, gdzie udam się po pomoc. Mhm. Jasne. Jeśli mam ochotę posłuchać o swojej niesamodzielności albo tym, jak to powinnam się cieszyć, bo mogłam wyjechać i bo mogłam zrobić to, co zrobiłam, to jasne, mogę pisać. Tylko że ten rodzaj ataku, kompletnie zaślepionego ideologicznie w jedną stronę niewiele różni się od pełnych nienawiści twarzy „pro-life’ów”, którzy też uważają, że mają monopol na prawdę i decydowanie o tym, kto co kiedy powinien czuć.

Nie ma miejsca w tej dyskusji na odcienie szarości, a epatowanie tekstami jak to „syndrom nie istnieje” w pewnym momencie zaczyna odbierać prawo do przeżywania tego, co się zrobiło. Jakby nie wypadało cierpieć, tęsknić, mieć żalu do siebie, do ojca dziecka (czy stwórcy zarodka, co kto woli), bo się MOGŁO dokonać takiego a nie innego wyboru. I co z tego, że mogłam. Czy przez to jak bardzo zaogniona jest ta dyskusja nie mam prawa już nic czuć, „jesteś z nami lub przeciwko nam”? Naprawdę, siostry feministki?

Tak naprawdę ten list sprowadza się do apelu o rzeczywiste szanowanie wyboru. Mam wrażenie, że im bardziej zacięty jest konflikt w sferze społeczno-politycznej, tym bardziej zaostrza się podejście „wszystko albo nic”. I przez to w swojej walce tracimy, tracimy poparcie kobiet, które generalnie się z czymś zgadzają ALE. Na „ale” już nie ma miejsca. Nawet dziewczyny, które są za wolnym wyborem, ale same by go nie dokonały potrafią być atakowane w komentarzach. Zatracamy w tym wszystkim racjonalne myślenie a to pierwszy krok do fanatyzmu, który towarzyszy chociażby tak znanym nam krzykaczom z billboardami antychoice.

Syndrom poaborcyjny istnieje

Z jednym muszę się zgodzić w stu procentach – nie byłoby aż tak, nie byłoby tak źle gdyby, do cholery, szanowano nasze prawa. W tym wszystkim, co się działo w moim życiu NIE POMOGŁO, że na zabieg od umówienia się do pojechania musiałam czekać ponad tydzień i się nad tym zastanawiać. Nie pomogło, że musiałam kłamać znajomym i rodzinie, dlaczego nie będę dostępna pod telefonem. Nie pomogło taśmowe wręcz podejście personelu kliniki do całej kwestii (a przerób mają spory, zapewniam. Oficjalne dane dotyczące wyjazdów – litości. Tyle chyba w tydzień się przyjmuje). Nie pomogło, że przez kilka tygodni człowiek stresuje się pójść do lekarza na kontrolę. Nie pomogło, że kiedy z organizmem dzieje się coś nie tak, nie możesz zadać pytania wprost i robisz z siebie kretynkę w prywatnym gabinecie, opowiadając jakieś bajeczki. Nie pomogło, że do psychologa w Polsce człowiek dostanie się, nawet prywatnie po kilku tygodniach i nie może poradzić się, co zrobić (a zegar tyka i wskazuje bardzo ograniczony czas).  Ale nie są to JEDYNE powody, dlaczego czuję się jak się czuję. Mam syndrom poaborcyjny, tylko i aż tyle i czuję się z tym, co zrobiłam po prostu źle. Mam do tego prawo.

Ciężko się to wszystko pisze, bo wspomnienia z tamtych dni jeszcze bardziej się nasilają, łzy płyną po twarzy i generalnie w tym wszystkim daleko mi do ulgi, którą naprawdę chciałabym czuć.

Po tym wszystkim wiem tyle, że ja przestaję walczyć o prawo do aborcji, ale zaczynam o realne prawo do wyboru.

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Listy od czytelników
Listy od czytelników
Ludzie listy piszą, a redakcja IgiMaga czyta i publikuje, jeśli coś wyda nam się ważne, ciekawe lub poruszające. Piszcie do nas na adres: listy@igimag.pl.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

3 odpowiedzi na “Nie chciałam aborcji, a jednak ją zrobiłam [LIST]”

  1. Hej, autorko listu, strasznie mi się przykro zrobiło z powodu twoich doświadczeń. Daj jakieś znaki życia w komentarzach tutaj!

  2. „Codziennik Feministyczny” – serio? Total ignor?

    Przykro mi, że przechodzisz przez to wszystko. Mam nadzieję, że z czasem rana się zagoi, zasklepi. Ściskam Cię po siostrzanemu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz też

Aborcyjny Dream Team chyba trochę przesadził. Kasia Nosowska pod feministycznym pręgierzem.

Kasia Nosowska przyznała, że nie jest zwolenniczką aborcji, bo ta potrafi poharatać duszę. Na nic zdał się fakt, że artystka popiera prawa kobiet do decydowania o sobie, a jej przemyślenia to efekt własnych doświadczeń. I tak Aborcyjny Dream Team postanowił Nosowską odrobinę uświadomić.
Olga Siemoniak
Olga Siemoniak
28 czerwca 2018
CZYTAJ WIĘCEJ

Zaprenumeruj newsletter

Melon i Skwarski w Twojej skrzynce pocztowej.
Najciekawsze artykuły Igimag.pl raz na dwa tygodnie.

Zapoznałem(-am) się z treścią polityka prywatności i akcetuję ją.