Noże, karabiny i dwuzłotówki, czyli podwórkowe dzieciństwo w PRL-u

6 minut czytania
2517
2
Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
22 lipca 2018

Odsłuchaj

Voiced by Amazon Polly

Pisanie o tym, że kiedyś (czytaj przed upadkiem Muru Berlińskiego) dzieciaki spędzały większość wolnego czasu na podwórku jest banalne. Nie mieliśmy komputerów, przy których moglibyśmy bawić się w domu, nie oglądaliśmy bajek na Netfliksie, itp. Za to mieliśmy scyzoryki i graliśmy w karty na pieniądze. Dzieciństwo w PRL-u niekiedy groziło trwałym kalectwem…

Na podwórku biło się z kolegami (chociaż raz dostałem też od koleżanki, mimo że się z nią nie biłem), biegało za śmieciarą, podrywało dziewczyny, no i wymyślało zabawy. Na moim podwórku w Słupsku w latach 80. była piaskownica, huśtawka z opony, ślizgawka metalowa, na której kilka dzieciaków zostawiło swoje palce i murowany stolik z czterema siedzeniami. To wystarczyło żebyśmy organizowali igrzyska sportowe, budowali w piaskownicy czołgi i rozgrywali swój Wyścig Pokoju.

Oto krótki przewodnik po popularnych zabawach podwórkowych w PRL-u. Może niektóre z nich zachęcą was, żeby z dzieciakami jednak spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu. Choć my robiliśmy to bez rodziców. Ci tylko krzyczeli przez okno: „chodź na obiad” albo „wracaj na kolację”.

Zabawy z nożem i inne niebezpieczeństwa

Wiele z tych zabaw dzisiaj wydaje się na podwórku nie do pomyślenia. Chociażby gra w noża. Każdy z chłopaków miał swój scyzoryk albo finkę. Pewnie dzisiaj rodzic biegającego po podwórku dzieciaka z nożem za pazuchą trafiłby do więzienia, ale wtedy, w latach 70. i 80., było to normalne. Noże służyły do zabawy. Na przykład gra w państwa. Na kawałku piaszczystego podłoża rysowało się koło. Następnie dzieliło je na tyle równych części ilu było graczy. Każdy dostawał swoją część, czyli państwo. Jak przychodził twój ruch mogłeś innemu graczowi wypowiedzieć wojnę. Wtedy on schodził ze swojego pola, a ty rzucałeś w nie scyzorykiem. Jak się nie wbił traciłeś kolejkę, ale jak się wbił dzieliłeś państwo linią w miejscu wbicia. Tym sposobem część państwa przeciwnika przyłączałeś do swojego. Można było tak zdobywać państwa gracza obok, ale też państwo nie połączone ze swoim. Wtedy tworzyło się kolonie. Jak przeciwnik nie mógł już stanąć na swoim państwie dwoma stopami, bo inni je zdobyli, kończył grę. Można też było zawierać sojusze i walczyć przeciwko wspólnemu wrogowi.

Prawdziwą finkę miało niewielu, ale noże harcerskie i scyzoryki – prawie wszyscy

Czysto solową rozgrywką była inna gra nożem. Nazywaliśmy ją po prostu grą w noża, choć niektórzy nazywali ją pikuty. Każdy uczestnik po kolei wykonywał poszczególne rzuty z różnych części ciała. Z czółka, ramienia, kolana itp. Do tego dochodziły rzuty specjalne, czyli na przykład widelczyk, łyżeczka, które wykonywało się układając dłoń w określony sposób. Wygrywał ten, który pierwszy wykonał skutecznie cały zestaw rzutów. Ważne: rzut był zaliczony, jak można było między wbity nóż, a ziemię włożyć przynajmniej dwa palce.

Wśród gier niebezpiecznych dla zdrowia dzieci jeszcze wymieniłbym zabawy procą, kapiszonami i korkami, palenie saletry (układanie z niej tzw. wulkanów), jeżdżenie śmieciarką na doczepkę albo chodzenie na szaber.

Piłkarska kadra czeka

Bardzo popularne były wszelkie zabawy sportowe. Pamiętam, że organizowaliśmy nawet podwórkowe igrzyska z biegami, skokami w dal itp. w rolach głównych. Ale najpopularniejsza była gra w zbijaka, tzw. dwa ognie. Uczestników trzeba było podzielić na dwie grupy, narysować pole i mieć piłkę. Jedna grupa stawał na jednej połowie, druga na drugiej i zawodnicy rzucali w przeciwników piłką. Jak się kogoś trafiło i ten ktoś nie złapał piłki to schodził z boiska, jak złapał to sam wykonywał rzut. Za polem gry były ustawione dwie osoby, tzw. matki: po jednej za polem przeciwnika. Ci też wykonywali swoje rzuty, a jednocześnie ich nie można było zbić. Wygrywała drużyna, która pierwsza eliminowała wszystkich z przeciwnej drużyny. Oj, obrywało się czasami w głowę, ci w okularach, jak ja, mieli przerąbane.

Do zabaw sportowych zaliczyłbym też grę w kapsle. Torem mogło być wszystko: piaskownica, murek betonowy, kawałek chodnika, klatka schodowa. Na piaskownicy tor rysowało się stopą, a na betonie kredą. Można było ustawić przeszkody, jakieś wąskie przesmyki, tunele, mosty itp. Potem trzeba było przygotować drużyny. I tu wchodzi temat Wyścigu Pokoju, najpopularniejszej przed laty imprezy kolarskiej w naszej części świata. Kapsle trzeba było przygotować. Najpierw wycinało się flagi państw z atlasu geograficznego, żeby zrobić sobie drużynę. A potem pisało nazwiska kolarzy, najlepszych z Wyścigu Pokoju. Największą popularnością cieszyli się oczywiście Polscy zawodnicy, jak Szurkowski albo Piasecki. Niektórzy jednak wybierali niemieckich kolarzy: Uwe Raaba, Uwe Amplera i Olafa Ludwika, który dwukrotnie wygrał Wyścig Pokoju, zdobył też złoty medal olimpijski.

A podczas, gdy my trzaskaliśmy w kapsle dziewczyny grały w gumę. Rozwijało się ją na dwóch osobach albo na jednej i trzepaku, śmietniku czy innym przydatnym przedmiocie. Można było rozwinąć na kostkach, kolanach, biodrach, szyjce. I na tej gumie wyskakiwało się określone układy. Gumę wykorzystywało się również do tworzenia trudnych przejść. Dwie osoby rozwijały ją między sobą w taki sposób, żeby się w wielu miejscach przecinała i tworzyło siatkę linii przez którą uczestnik musiał przejść tak, żeby jej nie dotknąć.

Kolanka spoko, wyzwanie zaczynało się przy paszkach

Chiński Upadek Japonii

U mnie na podwórku grało się również w klasy, kółko graniaste, piłka parzy, Baba Jaga patrzy, w chowanego albo berka. Ja czasami wybierałem zabawę w autobus (jak w pobliżu nie było kolegów) albo podchody (jak byli). Do autobusu potrzebny był rower. Przyczepiałem do niego numer oznaczający linię autobusową i jeździłem po podwórku. Przystankami były klatki schodowe.

Jak zebrała się większa paczka dzieciaków to rozkręcaliśmy zabawę w strzelanego albo w podchody. W podchodach, popularnych też na koloniach i obozach, trzeba było podzielić się na grupy. Najprostsza zasada była taka, że jedna grupa musiała gonić drugą po śladach, które uciekająca zostawiała za sobą. Rysowało się strzałki po drodze kredą albo układało je z patyków czy kamyków. Po drodze można było też zostawiać różne pułapki dla grupy pościgowej albo zadania: jakieś łamigłówki czy zadania. A jak już obie grupy dobiegły do celu to można było zrelaksować się przy kartach.

Jak mieliśmy po kilka lat to nie wiedzieliśmy, że można grać na pieniądze, cukierki i inne wartościowe rzeczy. Ale jak już na to wpadliśmy to graliśmy „W pana”, zwanego też wulgarnym skrótem od „Chińskiego Upadku Japonii”. No i oczywiście w pokera.

Gry hazardowe i niewinne

Ale na pieniądze graliśmy też w noża. Rysowało się na ziemi jakiś punkt, kwadrat, koło. Każdy wyskakiwał z tak zwanym wpisowym, na przykład po 2 zł, i rzucaliśmy naszymi scyzorykami. Kto trafił najbliżej celu albo w niego to wygrywał całą kasę. Graliśmy też dwuzłotówkami albo złotówkami w tak zwane monety. Trzeba było wybrać jakąś ścianę, murek i zaznaczyć linię rzutów. Kto rzucił monetą najbliżej ściany zabierał wszystkie monety. Szczytem umiejętności był taki rzut, żeby moneta oparła się o ścianę. Rzadko, ale się udawało.

fot. Shutterstock
Zdezelowanych placów zabaw czar…

Noże, plastikowe karabiny i pieniądze nie są jednak potrzebne, żeby się dobrze bawić. Oto jeszcze skrót trzech innych super zabaw podwórkowych dla każdego:

Berek: klasyczną odmianę na pewno każdy zna, ale przed laty popularny był jeszcze berek drewniany (żeby się „uratować” trzeba było dotknąć czegoś z drewna), kucany (trzeba było kucnąć) albo tzw. ranny (goniąc ofiarę trzeba było złapać się za tą część ciała, w którą dostało się, jak zostawało się berkiem).

Gra w słupek i poprzeczkę: potrzeba piłki i bramki. Z miejsca, z którego wykonywało się rzuty karne, trzeba było kopnąć piłkę, tak żeby trafić w słupek lub poprzeczkę. Tak zdobywało się punkty, a wygrywał ten, które pierwszy zdobył ich ustaloną ilość.

Wywołuję: najlepsze do tego było boisko. Uczestnik z piłką ustawiał się na środku, a reszta wokół niego. Ten z piłką rzucał nią do góry i wszyscy się rozbiegali. No prawie wszyscy. Bo ten z piłką musiał wykrzyknąć, że kogoś z reszty wywołuje. Wtedy ten nie uciekał, tylko musiał szybko złapać piłkę i wtedy krzyknąć: stop. Ten, który złapał piłkę musiał trafić nią w wybraną osobę, która próbowała jak najdalej uciec.

A jak padał deszcze albo trzeba było zrobić przerwę od biegania czy strzelania, zawsze można było pograć w gry zeszytowe. Tutaj wybór był ogromny. Statki, szubienica, kółko i krzyżyk, państwa i miasta, piłka nożna. Nie można było się nudzić!

***
Co sądzisz na ten temat? Piszcie: listy@igimag.pl
Za najlepsze listy przyznamy nagrody!

Wojciech Przylipiak
Wojciech Przylipiak
Dziennikarz, przede wszystkim muzyczny. Zbieracz zabawek, komiksów i innych przedmiotów z epoki Commodore i Składnic harcerskich. Wszystko trzyma w domu - nie jest łatwo. Prowadzi bloga Bufet PRL.
AUTOR

Polecamy

Komentarze

2 odpowiedzi na “Noże, karabiny i dwuzłotówki, czyli podwórkowe dzieciństwo w PRL-u”

  1. U mnie, podwórkowo-szkolna wariacja gry „w monety” była utrudniona. Kto rzucił monetą najbliżej murku ten zgarniał monety, układał z nich na spodzie dłoni (lub na krawędzi z pomocą kciuka i palca wskazującego – jeśli wszyscy się zgodzili, bo tak było łatwiej) piramidę. Następnie trzeba było tą piramidę podrzucić w górę, ale tak żeby się nie rozpadła i złapać ją ciągle stojącą na wierzch dłoni. Następnie podrzucić jeszcze raz i złapać monety w locie w garść. Jak się udało – to te monety, które się złapało można było zabrać. Jak coś spadło, to próbował następny „kto był najbliżej” i tak, aż się skończyły monety. 🙂
    Inną popularną grą (głównie plażową) była gra „w kamienie”. Trzeba było znaleźć albo „wygenerować” fragment piasku z dużą ilością kamyków (relatywnie małych). Następnie podrzucało się jeden w górę i tą samą dłonią zbierało ile się dało, ale tak, żeby na koniec złapać ten, który się podrzuciło. Wygrywał rundę ten, kto zgarnął najwięcej kamieni.
    BTW: Jak ktoś nie miał własnego noża to był frajer. Królowały głównie podróbki „finek” i małe scyzoryki, ale bywały też „sprężynowce” i ciężkie noże myśliwskie. 😉

  2. Hacele lub kamienie. A z saletry i cukru robiło się bączki. Z metalowej zakrętki po wódce wyciągało się uszczelnienie, sypało saletrę, przykrywało uszczelnieniem i zaginało brzegi. Z drugiej strony robiło się gwoździem dwie dziury z dwóch stron i przez jedną odpalało. Bączek potrafił czasem poszybować naprawdę daleko i przelecieć np. nad dwupiętrowym budynkiem.

Dodaj komentarz

Zobacz też

Sposób na wypoczynek według PRL

Spakuj namiot ważący 20 kilogramów, wbij się do pociągu przez okno, a potem relaksuj w ośrodku na wieczorku zapoznawczym. Wyjedź na handel do bratniego kraju albo uprawiaj „działking”. Sposobów na majówkę, wypoczynek, było w PRL-u kilka. Wielu z nich pewnie byśmy dzisiaj nie przetrwali.
CZYTAJ WIĘCEJ